sobota, 15 czerwca 2019

Route Diaries 8

LEXI

30 kwietnia 1986 r.
Gdzieś w Kentucky
Ja, Michael, Bret oraz CC szliśmy poboczem drogi w samym środku nocy. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy, ale niezbyt nam to przeszkadzało.
Poison mieli tego dnia nagrania do nowego teledysku. Kiedy przyszli na plan wyglądali koszmarnie: brudni, niedogoleni, w śmierdzących ciuchach. Garderobiane i wizażystki miały nie lada wyzwanie, żeby doprowadzić ich do ładu. Po całym dniu pracy nad videoclipem chłopaki zerwali się stamtąd i wszyscy razem poszliśmy się nawalić. CC i Bret wciąż mieli na sobie ciuchy do teledysku, a Michael zawsze wyglądał jak wymalowana lalka Barbie. Tym dziwniejszy był widok naszej ekipy zataczającej się o trzeciej w nocy na jakieś wiejskiej drodze. Całe szczęście, że oprócz nas nikogo innego tam nie było, bo w przeciwnym razie na pewno jakiś frajer wezwałby policję i znów trzeba by było odbierać nas z izby wytrzeźwień.
Szliśmy sobie tak i szliśmy, aż w pewnym momencie zauważyliśmy cmentarz. Niczym bohaterowie z debilnych horrorów postanowiliśmy skrócić sobie przez niego drogę. Nagle CC poczuł, że musi zwymiotować. Pochylił się nad jednym z nagrobków i puścił pawia. Koledzy chcieli pomóc mu wstać, ale stracili równowagę i wszyscy trzej upadli. Ja stałam obok i  zanosiłam się głośnym śmiechem. Bret zauważył kontem oka leżące na jednym z grobów zwiędłe róże.

Every rose has it thorns
just like every night has it dawns...

Zaczął śpiewać. Kumple zawtórowali mu. Wokalista chwycił bukiet cmentarnych kwiatów i dla uczczenia tej jakże romantycznej chwili wręczył mi go z szerokim uśmiechem.
- Proszę Lexi - wybełkotał - to dla ciebie.
Wzięłam róże i spojrzałam na Michaela, który rozciął sobie rękę zardzewiałym łańcuchem ogradzającym grób. Na szczęście był tak nawalony, że nawet nic nie poczuł.
- Chłopaki, chodźmy już! - ponagliłam ich.
- Ja tu zostaję - mruknął CC, układając się do snu w kałuży własnych wymiocin.
- No chodź! - złapałam go za rękę i spróbowałam podnieść - A, dobra tam! - dałam za wygraną, kładąc się koło niego.



LOTTI

2 maja 1986 r.
Freedom Hall
Johnson City
- Chodź z nami do klubu po koncercie - zaproponowała Lorri - będzie fajnie.
- Nie mogę, mam dużo roboty - próbowałam znaleźć jakąś wymówkę.
- Daj spokój - przewróciła oczami dziewczyna - nigdy z nami nigdzie nie wychodzisz - przypomniała mi z lekkim wyrzutem.
- Nie jestem typem imprezowiczki - westchnęłam.
- No weź, to przecież tylko wypad do klubu z paczką znajomych - nie odpuszczała Lorri - jeśli ci się nie spodoba to wyjdziemy razem, ok? - zaproponowała, widząc moją wciąż nie przekonaną minę.
Nic jej nie odpowiedziałam.
- Powinnaś się w końcu trochę rozerwać - poklepała mnie po ramieniu - ciągle tylko pracujesz, albo siedzisz w pokoju. odrobina luzu ci nie zaszkodzi.
- Hej, dziewczyny! Idziecie?! - zawołała Viki, podbiegając do nas. Impreza jeszcze się nie zaczęła, a ona już była nieźle wstawiona.
- Lotti ma opory - mruknęła Lorri.
Viki spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Ej, Lotti, no co ty?! - oburzyła się - znowu będziesz siedzieć w hotelu jak ostatnia sierota?! - popukała się w czoło - Chodź z nami!
- No a pranie? - przypomniałam jej.
- Kobieto! Olej pranie! Tam będzie cały zespół i kilku fajnych technicznych! Lars mówił, że może wpadną ludzie z Pantery! - trajkotała z przejęciem - tylko skończony frajer nie skorzystałby z takiej okazji - podsumowała.

Klub Capone's
- Hej, mała, ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić? - jakiś gruby typek w koszulce AC/DC przysiadł się do mnie, podsuwając mi drinka i uśmiechając się obleśnie.
- Spadaj - pokazałam mu środkowy palec i odwróciłam się na krześle.
Siedziałam znudzona przy barze i sączyłam powoli piwo. Lorri i Viki szalały na parkiecie, a chłopaki podrywali panienki. Nudziłam się potwornie. Chciałam, poprosić Lorri, żebyśmy wróciły do hotelu, ale ona za dobrze się bawiła, żeby dało się ją stąd wyciągnąć.
Nie lubiłam klubów i tego typu imprez. Nie czułam się na nich dobrze. Do tego jeszcze ten natrętny koleś...
- No weź, nie zgrywaj takiej niedostępnej - przysunął się do mnie jeszcze bliżej i spróbował włożyć mi łapy pod bluzkę.
Wystraszyłam się nie na żarty.
- Odwal się, oblechu! - zaczęłam krzyczeć i wyrywać się.
- No co ty, nie mów, że nie jesteś chętna! - grubas wykręcił mi ręce do tyłu i zaczął lizać po szyi.
Rozpłakałam się.
- Spierdalaj! - wrzasnęłam, zaciskając powieki.
- Zostaw ją! - usłyszałam stanowczy, męski głos.
Po chwili mój napastnik leżał na ziemi z rozkwaszonym nosem. Otworzyłam oczy. Nade mną stał Kirk.
- Nic ci nie jest? - spytał, obejmując mnie troskliwie ramieniem.
- Nie, nic - pokręciłam głową, poprawiając bluzkę - dziękuję.
Spojrzałam za siebie. Ten zbok zwijał się na podłodze, zachlapując wszystko dookoła krwią. Wokół niego zebrało się sporo ludzi, ciekawych całego zajścia. Odeszliśmy z Kirkiem na bok.
- Co to był za koleś? - chłopak wskazał na swoją ofiarę.
- Nie mam pojęcia, nie znam go - odpowiedziałam.
- Na pewno nic ci nie zrobił? - upewnił się Hammett.
- Nie. Jeszcze raz dzięki - uśmiechnęłam się nie wyraźnie.
- Powinnaś nieco bardziej na siebie uważać. Takie ładne dziewczyny jak ty często przyciągają chamów i zboczeńców.
Coś we mnie wstąpiło i rzuciłam:
- A ty którym z tych dwóch jesteś? - boże, czemu ja to powiedziałam?!
Podniosłam wzrok na Kirk'a, obawiając się nieco jego reakcji. Chłopak wybuchnął śmiechem. Spojrzałam mu w oczy i również zaczęłam chichotać, coraz głośniej i głośniej, aż w końcu oboje chichraliśmy się jak idioci, nie mogąc złapać tchu.



Gadaliśmy, śmialiśmy się i piliśmy, sukcesywnie powiększając kolekcję opróżnionych kufli po piwie.
- Pójdę po jeszcze jedno - zaproponował Kirk, podrywając się z krzesła.
- Siadaj, co chwila gdzieś latasz - powstrzymałam go - ja pójdę - oznajmiłam, czkając.
Lekko chwiejnym krokiem podeszłam do baru.
- Jeszcze raz to samo - zwróciłam się do barmana, opierając się o ladę.
Wróciłam do stolika, stawiając na nim dwa duże kufle Guinnessa.
- Proszę - powiedziałam.
- Twoje zdrowie - wzniósł toast Kirk.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i wzięłam duży łyk piwa. Z głośników leciało właśnie "Life on Mars" David'a Bowie'go.

It's a God-awful small affair
To the girl with the mousy hair
But her mummy is yelling no
And her daddy has told her to go...

- Może zatańczymy? - Hammett wyciągnął rękę w moją stronę.
- Oh, lepiej nie - potrząsnęłam przecząco głową - koszmarnie tańczę - spuściłam wzrok.
- No weź, nie może być przecież aż tak źle -.nie poddawał się Kirk, wciąż trzymając dłoń wyciągniętą w moim kierunku.
Zawahałam się przez chwilę.
- Noo, dobra - złapałam w końcu jego rękę i podążyłam za nim na parkiet.
Poczułam jak kładzie palce na moich biodrach. Splotłam dłonie na jego karku. Kołysaliśmy się lekko.

But her friends is nowhere to be seen
Now she walks through her sunken dream
To the seat with th clearest view
And she's hooked to the silver screen...

- Ałć! - zawołał Kirk, gdy nadepnęłam mu na stopę.
- Ojejku, tak cię przepraszam! Nie chciałam - zaczęłam się szybko tłumaczyć.
- Nie przejmuj się, to nic takiego - machnął ręką chłopak - ja też nie jestem jakimś tam Fredem Astairem.
Zachichotałam.
But the film is a saddeing bore
For she's lived it ten times or more
She could spit in the eyes of fools
As they ask her to focus on...

Oparłam głowę na klatce piersiowej Kirk'a. On przycisnął mnie do siebie ciaśniej, przesuwając ręce na moją pupę.

Sailors fighting in the dance hall
Oh, man, look at those caveman go
It's the freakiest show
Take look at the lawman
Beating up the wrong guy
Oh, man, wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is ther life on Mars?...

Wirowaliśmy pośrodku zatłoczonej sali, a mnie wydawało się jakby reszta świata w ogóle nie istniała. Jakbyśmy byli tu tylko ja i on. Te wszystkie światła, muzyka, szumiący w głowie alkohol... chciałam aby ta chwila trwała wiecznie.

4 komentarze:

  1. Nie mam pojęcia o historii powstania piosenki "Every rose has its thorn", ale jeśli tak to wyglądało jak w tej historii to jestem w szoku! :D
    Bardzo mi się podobało, kiedy Lotti w końcu dała się wyrwać na imprezę. Uwielbiam widzieć ją w sytuacjach, do których nie przywykła. KOCHAM za tę scenę z gentlemeńskim Kirkiem, ratującym damy z opresji! Super, że on ma tutaj taki dystans do siebie i ogarnął, że Lotti nie miała nic złego na myśli, zadając to dość niezręczne pytanie.
    Bardzo słodko wyszła ta scena, gdzie ona już nie widzi poza nim świata, a jednocześnie z powiewem metalu, kiedy Kirk trzymał ręce na jej pośladkach.
    Może to właśnie Kirk będzie tym, który wywróci jej życie do góry nogami i nie pozwoli już by stała dłużej w cieniu?

    Świetne robota <3
    Czytam dalej!
    Reverie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia powstania tej piosenki była zupełnie inna, ale cały fragment dotyczący Lexi przyśnił mi się kiedyś i jak tylko się obudziłam spisałam ten sen XD
      Gentelmeński Kirk to najlepszy Kirk XD
      Kirk jeszcze sporo namiesza w życiu Lotti, ale wszystko w swoim czasie :)
      Dziękuję za komentarz i gorąco pozdrawiam <3
      Lady Stardust

      Usuń
  2. O tutaj już o wiele bardziej podobała mi się perspektywa Lexi. Za to coraz ciekawiej wygląda historia Lotti, a przez tą sytuację w klubie strasznie jej współczułam. Nie dziwię się, że się rozpłakała, ale dobrze, że Kirk był obok.
    A w ogóle daj mi znać, jeśli moje komentarze cię urażają czy coś. Naprawdę fajnie piszesz, a ja jestem zdania, że lepiej komuś powiedzieć o ewentualnych błędach niż tylko chwalić, bo na przyszłość można coś z tego wyciągnąć.
    Pozdrawiam,
    ~Golden

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tutaj wypadło to lepiej :)
      I również jestem zdania, że lepiej powiedzieć o błędach, bo to dużo daje jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności pisania :D jestem bardzo wdzięczna za każdy komentarz i bardzo za nie dziękuję <3

      Pozdrowionka <3
      Lady Stardust

      Usuń