LOTTI
2 lipca 1986 r.Olympiastadion
Berlin, Niemcy
- Dlaczego musimy grać koncert w Niemczech?! Tu nawet nie ma fajnych lasek - marudził rozżalony Hetfield, zgniatając pustą puszkę Heinekena na czole i ciskając ją w kąt.
- Pff, brzmisz jak te glam metalowe cipy - wypomniał mu Lars - co cię obchodzą laski? Jesteśmy tu dla muzyki, zapomniałeś?! - uniósł się Duńczyk.
- A ty brzmisz jak jakiś pedał - prychnął James - mów za siebie, dla mnie laski to stały element udanego koncertu - powiedział z pełną powagą.
Ulrich zmarszczył groźnie brwi i krzyżując ręce na piersiach zaczął coś mamrotać. W odpowiedzi blondyn pokazał mu fuckera.
- Ej, myślicie, że mogę założyć koszulkę ze swastyką? - zażartował Hammett, chcąc rozluźnić nieco napiętą atmosferę wywołaną przez kolegów.
James beknął głośno, ignorując go.
- Jesteście wszyscy ostro pojebani - stwierdziła Viki, śmiejąc się pod nosem i zgarniając ze stolika pod ścianą opróżnione wcześniej butelki i wrzucając je do wora na śmieci - a koszulka, o której mówisz jest w praniu - dodała, sugerując, że nie ma szans, by Kirk ją włożył.
- Luzik Viki, tak sobie tylko śmieszkowałem - uśmiechnął się gitarzysta, szturchając ją w bok.
- No ja myślę - zachichotałam, kręcąc głową z rozbawieniem - nie chciałabym, żeby mój chłopak był nazistą.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- Hehe, chodź tu - powiedział Hammett, przyciągając mnie do siebie, obejmując mocno ramieniem i czule całując.
Z każdym kolejnym dniem zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej. Kirk był moim pierwszym poważnym chłopakiem. Sama nie wiem czemu, ale czułam, że to coś więcej niż szczeniackie zauroczenie. Był taki wyrozumiały, ciepły i kochany. Mogłam z nim gadać godzinami dosłownie o wszystkim, a gdy potrzebowałam pomocy i wsparcia zawsze przy mnie był. Nie chciałam obiecywać sobie nie wiadomo czego, w końcu od wydarzeń w Paryżu nie minęło aż tak dużo czasu, ale nie mogłam się też oszukiwać, od samego początku Kirk nie był mi obojętny, po prostu wcześniej nie chciałam tego przyznać.
Bałam się i to potwornie, że coś nie wyjdzie, że z czasem coś się między nami popsuje, że może zwykła przyjaźń byłaby lepsza, ale próbowałam odpędzić te myśli. Nie chciałam o tym myśleć. Nie teraz. Teraz chciałam być wreszcie w pełni szczęśliwa. Przecież chyba na to zasługiwałam.
Koncert przebiegł jak zwykle pomyślnie. McLeish próbował się czegoś czepiać, ale Viki wzięła go na bok, szepnęła coś do ucha i zanim się obejrzałam, zniknęli w toalecie. Wzdrygnęłam się lekko na myśl, że Viki może to z nim robić, ale postanowiłam, jak to miałam w zwyczaju, skupić się na robocie. Pomogłam się przebrać chłopakom, posegregowałam rzeczy do prania, posprzątałam trochę w garderobie i korzystając z chwili spokoju, wróciłam za kulisy popatrzeć na występ Motörhead.
If you like to gamble
I tell you I'm your man
You win some, lose some
All the same to me
Chłopaki grali właśnie swój największy hit. Nie mogłam się oprzeć i zaczęłam podrygiwać.
The pleasure is to play
Makes no difference what you say
I don't share you greed
the only card I need
Is the Ace of spades
the Ace of spades
Machałam energicznie głową w rytm muzyki. Lemmy i ekipa dawali czadu!
Czułam się trochę jakbym znów miała szesnaście lat i pierwszy raz słyszała ten utwór lecący w radiu w jednym z nowojorskich sklepów muzycznych.
Aż podskoczyłam.
Lemmy stał obok i uśmiechał się po przyjacielsku. Popijał tradycyjnie Jack'a Daniels'a. Nawet nie zauważyłam kiedy się tu zjawił.
- A ty nie na scenie? - zapytałam, doprowadzając swoje rozczochrane włosy do ładu.
- Hehe, zrobiłem sobie małą przerwę, no wiesz, trzeba uzupełnić płyny - zarechotał, pociągając duuuuży łyk prosto z butelki i wycierając usta rękawem kurtki - zaraz muszę wyjść na bis - dodał z powagą.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- Chcesz trochę? - zapytał Kilmister, wskazując na trunek.
- A poproszę - uśmiechnęłam się szczerze, a Lemmy podał mi butelkę.
Wzięłam spory łyk i chciałam mu ją oddać, dochowując kolejności, ale on już wyciągnął dla siebie drugą. Zrobiłam zdziwioną i jednocześnie pełną podziwu minę, ale po chwili przypomniałam sobie, że to przecież Lemmy i cała butelka whisky to dla niego kaszka z mleczkiem.
- Dobra, będę leciał - rzucił po chwili, nasłuchując jak okrzyki tłumu domagającego się jeszcze jednej piosenki wzrastają - trzymaj się, mała - klepnął mnie w plecy na pożegnanie, przerzucił przez ramię basówkę i pognał z powrotem na scenę, ku ogromnej uciesze fanów.
Zostałam z pełną w 3/4 flaszką Daniels'a. W przeciwieństwie do Lemmy'ego nie byłam w stanie sama jej opróżnić. Udałam się więc do garderoby, by podzielić się zdobyczą z resztą. Chłopaki oczywiście ucieszyli się niezmiernie. Co z tego, że alkoholu mili pod dostatkiem?
- Ooo, Lotti, nie musiałaś! - powiedział James teatralnym głosem.
- Podziękujcie Lemmy'emu - odparłam wesoło, kładąc whisky na długim brązowym stole, pokrytym pokaźną ilością pustych, bądź prawie pustych puszek po piwie i Coca coli, dwiema napoczętymi paczkami tanich fajek i gazetkami pornograficznymi.
Posiedzieliśmy chwilę i przenieśliśmy tę kameralną imprezkę do hotelu.
Później James stwierdził, że trzeba zamówić jakieś dziwki, ale koniecznie musza mieć na ryjach jakieś fikuśne maski albo chociaż torby, bo Niemki są tak brzydkie, że inaczej mu nie stanie i nie zarucha. Rzecz jasne to jego słowa, nie moje. Nie miałam zbytniej ochoty obserwować jak chłopaki urządzają sobie orgietkę z udziałem szpetnych prostytutek. Pożegnałam się więc ze wszystkimi i poczłapałam w stronę swojego i Kirk'a pokoju.
- Lotti, czekaj! - usłyszałam za sobą wołanie.
- Co jest, skarbie? - odwróciłam się przodem do Hammett'a.
- Może skoczymy coś zjeść? - zaproponował radośnie - umieram z głodu - wyznał, a jego brzuch, jakby na potwierdzenie tych słów, głośno zaburczał.
- Haha, no skoro tak to chodźmy - zgodziłam się, bo szczerze mówiąc też chętnie bym coś zjadła.
Jak łatwo można było się domyśleć, Berlin znałam jedynie z podręcznika od geografii, za to Hammett zapewniał mnie, że doskonale wie gdzie iść i nie ma opcji żeby się zgubić. Przestałam wierzyć w te słowa, gdy piąty raz skręciliśmy w tą samą uliczkę, a żadna budka z kebabem czy McDonald nie ukazały się naszym oczom.
- Na pewno dobrze idziemy? - zapytałam, widząc kolejny raz ten sam pomnik.
- Tak, tak to na pewno gdzieś tutaj - Kirk rozglądał się po okolicy niepewnie.
- Może zapytamy kogoś o drogę? - podsunęłam.
- Nie no, co ty? - oburzył się nieco chłopak - Lotti, nie ufasz mi? - zaśmiał się nerwowo.
- Tobie ufam - zapewniłam go - ale twojej orientacji w terenie już trochę mniej - dodałam ciszej.
Chodziliśmy tak w kółko jeszcze przez jakiś czas aż w końcu Kirk nie wytrzymał.
- Nosz kurwa jego jebana mać! - wrzasnął przyciągając tym uwagę grupki turystów - jak to jest do jebanej cholery możliwe, że nigdzie nie ma żadnej zasranej budy z żarciem?! - denerwował się, a jego brzuch burczał złowrogo.
- Spokojnie, kochanie - starałam się go jakoś uspokoić - ochłoń chwilę, poszukamy jakiejś mapy czy coś i będzie nam łatwiej znaleźć drogę - uśmiechnęłam się do niego czule głaszcząc jego ramię.
Kirk pokiwał powoli głową i głośno odetchnął.
- Masz rację - przyznał - przepraszam Lotti, nie chciałem być nie miły. Po prostu jestem już cholernie głodny... - zaczął się tłumaczyć.
- Spokojnie, rozumiem. Ja też chciałabym już coś zjeść, ale nerwy nam w niczym nie pomogą - powiedziałam, omiatając wzrokiem okolicę, po czym ruszyłam przed siebie.
- Guten Abend - przywitałam się grzecznie z jakimś starszym facetem siedzącym na ławeczce nieopodal nas - wie pan może jak dojść do jakiejś najbliższej restauracji? - zapytałam uśmiechając się przyjaźnie.
Mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu paru lat odwzajemnił uśmiech i w kilku prostych do zrozumienia zdaniach wyjaśnił mi, że należy kierować się prosto ulicą, z której właśnie przyszliśmy, następnie skręcić w lewo, przejść przez jezdnię i powinniśmy być na miejscu.
- Danke schön! - ukłoniłam się lekko i pobiegłam z powrotem do Kirk'a, przekazałam mu czego się dowiedziałam i chwytając się za ręce podążyliśmy we wskazanym kierunku.
Już po chwili siedzieliśmy w ciepłym barze jedząc tłuste smażone kiełbaski i zapijając je piwem. Co jak co, ale piwo to Niemcy mają nieziemskie! W tle rozbrzmiewały przyjemne dźwięki "Still loving you" Scorpions'ów.
Kirk wcinał aż mu się uszy trzęsły. Serio musiał być baaardzo głodny. Jadł tak zachłannie i szybko, że uwalił sobie całą twarz i przy okazji koszulkę musztardą, co wywołało u mnie szeroki uśmiech.
- Jesz jak świnia - zażartowałam, podając mu serwetki.
- Chrum, chrum - chrumkał Hammett, przechylając się przez stół w moją stronę - daj buziaczka swojej śwince - próbował mnie pocałować, przez co chichrałam się jeszcze głośniej, bo wciąż był brudny od żółtego sosu.
- Przepraszam? - obok nas stała czwórka nastolatków w skórzanych kurtkach i koszulkach Metallicy.
Spojrzeliśmy na nich, odsuwając się od siebie, a Kirk szybko wytarł buzię.
- Możemy prosić o autograf? - spytał jeden z nich, wyciągając w stronę Hammett'a zeszyt pokryty naklejkami i długopis.
- No pewnie - odparł chłopak posyłając fanom przyjazny uśmiech - jak macie na imię? - spytał, patrząc na ich podekscytowane młodzieńcze twarze.
- Ja jestem Andi - przedstawił się prędko pierwszy z nich - a to są Dennis, Kosta i Alfred - wskazał kolejno na resztę chłopaków.
Kirk nabazgrał coś szybko w zeszycie i oddał go właścicielowi.
- Proszę bardzo - uśmiechnął się ponownie.
- Dzięki stary! - zawołał uradowany fan i wraz z kolegami począł oglądać dedykację - jesteś najlepszy! - dodał na odchodne i cała czwórka ruszyła w tylko im znanym kierunku.
- To na czym stanęliśmy? - spytał uwodzicielskim tonem Hammett, patrząc mi w oczy.
- Na tym, że powinieneś umyć zęby - zażartowałam, odsuwając się od niego lekko.
- I wtedy dasz się pocałować? - spytał z nadzieją w głosie, choć wiedziałam, że przez "całowanie" rozumie coś znacznie więcej.
- Wtedy tak, ty mój Prosiaczku - zapewniłam go, puszczając mu oczko.
You know I'm born to lose
And gambling's for fools
But that's the way I like it baby
I don't wanna live forever
Czułam się trochę jakbym znów miała szesnaście lat i pierwszy raz słyszała ten utwór lecący w radiu w jednym z nowojorskich sklepów muzycznych.
And don't forget the joker!
Kilku technicznych patrzyło z rozbawieniem na moje dzikie pląsy, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Bawiłam się przednio.
- Nieźle tańczysz, mała - usłyszałam niski, męski głos.Aż podskoczyłam.
Lemmy stał obok i uśmiechał się po przyjacielsku. Popijał tradycyjnie Jack'a Daniels'a. Nawet nie zauważyłam kiedy się tu zjawił.
- A ty nie na scenie? - zapytałam, doprowadzając swoje rozczochrane włosy do ładu.
- Hehe, zrobiłem sobie małą przerwę, no wiesz, trzeba uzupełnić płyny - zarechotał, pociągając duuuuży łyk prosto z butelki i wycierając usta rękawem kurtki - zaraz muszę wyjść na bis - dodał z powagą.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- Chcesz trochę? - zapytał Kilmister, wskazując na trunek.
- A poproszę - uśmiechnęłam się szczerze, a Lemmy podał mi butelkę.
Wzięłam spory łyk i chciałam mu ją oddać, dochowując kolejności, ale on już wyciągnął dla siebie drugą. Zrobiłam zdziwioną i jednocześnie pełną podziwu minę, ale po chwili przypomniałam sobie, że to przecież Lemmy i cała butelka whisky to dla niego kaszka z mleczkiem.
- Dobra, będę leciał - rzucił po chwili, nasłuchując jak okrzyki tłumu domagającego się jeszcze jednej piosenki wzrastają - trzymaj się, mała - klepnął mnie w plecy na pożegnanie, przerzucił przez ramię basówkę i pognał z powrotem na scenę, ku ogromnej uciesze fanów.
Zostałam z pełną w 3/4 flaszką Daniels'a. W przeciwieństwie do Lemmy'ego nie byłam w stanie sama jej opróżnić. Udałam się więc do garderoby, by podzielić się zdobyczą z resztą. Chłopaki oczywiście ucieszyli się niezmiernie. Co z tego, że alkoholu mili pod dostatkiem?
- Ooo, Lotti, nie musiałaś! - powiedział James teatralnym głosem.
- Podziękujcie Lemmy'emu - odparłam wesoło, kładąc whisky na długim brązowym stole, pokrytym pokaźną ilością pustych, bądź prawie pustych puszek po piwie i Coca coli, dwiema napoczętymi paczkami tanich fajek i gazetkami pornograficznymi.
Posiedzieliśmy chwilę i przenieśliśmy tę kameralną imprezkę do hotelu.
Później James stwierdził, że trzeba zamówić jakieś dziwki, ale koniecznie musza mieć na ryjach jakieś fikuśne maski albo chociaż torby, bo Niemki są tak brzydkie, że inaczej mu nie stanie i nie zarucha. Rzecz jasne to jego słowa, nie moje. Nie miałam zbytniej ochoty obserwować jak chłopaki urządzają sobie orgietkę z udziałem szpetnych prostytutek. Pożegnałam się więc ze wszystkimi i poczłapałam w stronę swojego i Kirk'a pokoju.
- Lotti, czekaj! - usłyszałam za sobą wołanie.
- Co jest, skarbie? - odwróciłam się przodem do Hammett'a.
- Może skoczymy coś zjeść? - zaproponował radośnie - umieram z głodu - wyznał, a jego brzuch, jakby na potwierdzenie tych słów, głośno zaburczał.
- Haha, no skoro tak to chodźmy - zgodziłam się, bo szczerze mówiąc też chętnie bym coś zjadła.
Jak łatwo można było się domyśleć, Berlin znałam jedynie z podręcznika od geografii, za to Hammett zapewniał mnie, że doskonale wie gdzie iść i nie ma opcji żeby się zgubić. Przestałam wierzyć w te słowa, gdy piąty raz skręciliśmy w tą samą uliczkę, a żadna budka z kebabem czy McDonald nie ukazały się naszym oczom.
- Na pewno dobrze idziemy? - zapytałam, widząc kolejny raz ten sam pomnik.
- Tak, tak to na pewno gdzieś tutaj - Kirk rozglądał się po okolicy niepewnie.
- Może zapytamy kogoś o drogę? - podsunęłam.
- Nie no, co ty? - oburzył się nieco chłopak - Lotti, nie ufasz mi? - zaśmiał się nerwowo.
- Tobie ufam - zapewniłam go - ale twojej orientacji w terenie już trochę mniej - dodałam ciszej.
Chodziliśmy tak w kółko jeszcze przez jakiś czas aż w końcu Kirk nie wytrzymał.
- Nosz kurwa jego jebana mać! - wrzasnął przyciągając tym uwagę grupki turystów - jak to jest do jebanej cholery możliwe, że nigdzie nie ma żadnej zasranej budy z żarciem?! - denerwował się, a jego brzuch burczał złowrogo.
- Spokojnie, kochanie - starałam się go jakoś uspokoić - ochłoń chwilę, poszukamy jakiejś mapy czy coś i będzie nam łatwiej znaleźć drogę - uśmiechnęłam się do niego czule głaszcząc jego ramię.
Kirk pokiwał powoli głową i głośno odetchnął.
- Masz rację - przyznał - przepraszam Lotti, nie chciałem być nie miły. Po prostu jestem już cholernie głodny... - zaczął się tłumaczyć.
- Spokojnie, rozumiem. Ja też chciałabym już coś zjeść, ale nerwy nam w niczym nie pomogą - powiedziałam, omiatając wzrokiem okolicę, po czym ruszyłam przed siebie.
- Guten Abend - przywitałam się grzecznie z jakimś starszym facetem siedzącym na ławeczce nieopodal nas - wie pan może jak dojść do jakiejś najbliższej restauracji? - zapytałam uśmiechając się przyjaźnie.
Mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu paru lat odwzajemnił uśmiech i w kilku prostych do zrozumienia zdaniach wyjaśnił mi, że należy kierować się prosto ulicą, z której właśnie przyszliśmy, następnie skręcić w lewo, przejść przez jezdnię i powinniśmy być na miejscu.
- Danke schön! - ukłoniłam się lekko i pobiegłam z powrotem do Kirk'a, przekazałam mu czego się dowiedziałam i chwytając się za ręce podążyliśmy we wskazanym kierunku.
Już po chwili siedzieliśmy w ciepłym barze jedząc tłuste smażone kiełbaski i zapijając je piwem. Co jak co, ale piwo to Niemcy mają nieziemskie! W tle rozbrzmiewały przyjemne dźwięki "Still loving you" Scorpions'ów.
Kirk wcinał aż mu się uszy trzęsły. Serio musiał być baaardzo głodny. Jadł tak zachłannie i szybko, że uwalił sobie całą twarz i przy okazji koszulkę musztardą, co wywołało u mnie szeroki uśmiech.
- Jesz jak świnia - zażartowałam, podając mu serwetki.
- Chrum, chrum - chrumkał Hammett, przechylając się przez stół w moją stronę - daj buziaczka swojej śwince - próbował mnie pocałować, przez co chichrałam się jeszcze głośniej, bo wciąż był brudny od żółtego sosu.
- Przepraszam? - obok nas stała czwórka nastolatków w skórzanych kurtkach i koszulkach Metallicy.
Spojrzeliśmy na nich, odsuwając się od siebie, a Kirk szybko wytarł buzię.
- Możemy prosić o autograf? - spytał jeden z nich, wyciągając w stronę Hammett'a zeszyt pokryty naklejkami i długopis.
- No pewnie - odparł chłopak posyłając fanom przyjazny uśmiech - jak macie na imię? - spytał, patrząc na ich podekscytowane młodzieńcze twarze.
- Ja jestem Andi - przedstawił się prędko pierwszy z nich - a to są Dennis, Kosta i Alfred - wskazał kolejno na resztę chłopaków.
Kirk nabazgrał coś szybko w zeszycie i oddał go właścicielowi.
- Proszę bardzo - uśmiechnął się ponownie.
- Dzięki stary! - zawołał uradowany fan i wraz z kolegami począł oglądać dedykację - jesteś najlepszy! - dodał na odchodne i cała czwórka ruszyła w tylko im znanym kierunku.
- To na czym stanęliśmy? - spytał uwodzicielskim tonem Hammett, patrząc mi w oczy.
- Na tym, że powinieneś umyć zęby - zażartowałam, odsuwając się od niego lekko.
- I wtedy dasz się pocałować? - spytał z nadzieją w głosie, choć wiedziałam, że przez "całowanie" rozumie coś znacznie więcej.
- Wtedy tak, ty mój Prosiaczku - zapewniłam go, puszczając mu oczko.
LEXI
5 lipca 1986 r.
Hotel SureStay
Sacramento
Hotel SureStay
Sacramento
Miło było, ale się skończyło. Po paru dniach przyszło mi się z moją kochaną Pati rozstać. Wyczaiła w L.A. jakiś nowy, młody zespół stojący, jak to mówią, u progu sławy i postanowiła się wokół niego zakręcić. Terminy koncertów Aerosmith również przestały pokrywać się z trasą Ozza i Mötley Crüe no i ich drogi się rozeszły. Ja zostałam. Nie chciałam i po części nie mogłam zostawić Nikki'ego i reszty chłopaków. Sama nie wiem co się ze mną działo, jeszcze nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam, ale nie byłam w stanie wytrzymać bez tego tapirowanego ćpuna u mego boku. Nie, to nie była żadna pierdolona miłość, ale Pati miała rację, darzyłam Sixx'a pewnym wyjątkowym uczuciem. Może i liczyły się dla niego tylko sex i dragi, ale walić to! Dla mnie liczyło się dokładnie to samo. Byliśmy jak Sid i Nancy, jak Bonnie i Clyde, jak Harley i Joker - zdegenerowani, szaleni i niebezpieczni. Para psychopatów, którym do szczęścia wystarczyła butelka whisky i odrobina hery.
No właśnie, heroina... największa miłość Nikki'ego. Nie mogłam z nią konkurować. Nikt nie mógł. Zresztą, nawet nie próbowałam. Poddawałam się jej działaniu tak samo jak on. Przecież nie mogłam być gorsza! Fakt, odkąd zaczęliśmy się spotykać dawałam w żyłę częściej niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie czułam się inaczej. A na pewno nie gorzej. Czułam się wspaniale! Odlatywałam w najodleglejsze zakamarki kosmosu i było mi bosko! Potrzebowałam tego, bo mimo, że szaleliśmy jak opętani, to życie z Nikkim wcale nie było usłane różami. Oprócz tego, że był idealnym dopełnieniem mojej spaczonej duszy, potrafił też być strasznym chujem. Nie raz przez niego płakałam i jeszcze nie raz miało mi przyjść zapłakać.
- Gdzie ją, kurwa, masz?!
- Nie wiem o co ci, do cholery, chodzi!
- Nie udawaj głupszej niż jesteś, ty pieprzona dziwko! Dawałem ci wczoraj na imprezie pierdoloną działkę hery! Miałaś jej pilnować! Byłaś aż tak najebana, ze nie pamiętasz?! - Nikki wydzierał się jak nigdy, wymachując przy tym zaciśniętymi pięściami. Żyły na jego szyi i skroniach wyglądały jakby miały zaraz eksplodować. Przypominał wściekłego buldoga, jeszcze tylko brakowało, żeby zaczął toczyć pianę z ust!
- Ogłuchłaś, kurwa, czy co?! - wrzasnął, chwytając mnie za ramiona i potrząsając mocno.
Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Stałam jak wryta i gapiłam się na niego z wytrzeszczonymi oczami. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia co stało się z tą przeklętą działką! Musiałam ją zgubić, dać komuś albo sama zażyć... KURWA, NIE WIEM! Wiedziałam za to, że Nikki nie żartuje.
- Jak się nie znajdzie, to cię chyba normalnie zajebię!
Był serio wkurwiony. Przerażał mnie! Latał po całym pokoju rozrzucając moje rzeczy, a ja nie wiedziałam co zrobić. Bałam się.
Jeszcze wczoraj świetnie się bawiliśmy cała ekipą na grillu z okazji Dnia Niepodległości zorganizowanym przez wytwórnię. Oglądaliśmy pokaz fajerwerków, piliśmy na umór i było super. Potem przenieśliśmy się do klubu. Tańczyłam, wciągnęłam małe co nieco, obciągnęłam jakiemuś gościowi w kiblu. Nikki może i dał mi coś na przechowanie, ale nie pamiętałam tego.
Sixx wywalał kolejne ciuchy z mojej walizki i niszczył wszystko co wpadło mu w ręce. Nie umiałam go powstrzymać. Serce waliło mi jak pojebane. Szczerze? Miałam nadzieję, że to jakiś chory sen, z którego zaraz się obudzę. Oh, głupia ja!
Mimo wszystko starałam się nie okazywać emocji, ale gdy ten pojeb dorwał się do mojej ulubionej sukienki nie wytrzymałam!
- Zostaw to, ty jebany szmaciarzu! - ryknęłam, rzucając się na niego ze łzami w oczach i wbiłam paznokcie w jego ramię tak głęboko, że aż pociekła krew.
Ten tylko odepchnął mnie z całej siły tak, że poleciałam na podłogę. Zabolało, nie powiem, chyba stłukłam sobie tyłek, ale nie zważając na ból, szybko podniosłam się, chcąc jeszcze raz zawalczyć o moją własność.
Ta sukienka była najcenniejszą rzeczą jaką miałam. Na ogół nie przywiązywałam większej wagi do ubrań, tak to jest, kiedy większość ciuchów ma się kradzionych albo z secondhand'ów, Nikki mógł sobie je rozwalać do woli! Ale tej jednej rzeczy, tej jednej jedynej sukienki nie wolno mu było tknąć! Po prostu, kurwa, nie!
Ktoś powie "co to za wielkie halo?! To w końcu tylko zwykły kawałek szmaty, w dodatku nie za ładny." Może i racja, ale to się liczy. Ten "kawałek szmaty" dostałam od Giny - uzależnionej od wszelkich dragów nimfomanki. Była moją przyjaciółką jeszcze zanim poznałam Pati, czyli lata świetlne temu. Gina uciekła z domu od ojca alkoholika, który ją bił i gwałcił. Jebany skurwiel. Nie miała pieniędzy, więc wylądowała na ulicy. Sprzedawała się, żeby mieć kasę na narkotyki, ale twierdziła, że to lubi. Koniec końców stoczyła się na samo dno, zaraziła jakimś syfem i umierała w strasznych męczarniach. Kiedy ostatni raz ją widziałam leżała na przesiąkniętych wilgocią i szczurzym moczem kartonach obok jakiegoś śmietnika. Była już na wykończeniu, choć wtedy nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Trzęsła się i kaszlała krwią. Twarz miała brudną, w kolorze ziemi, a zapuchnięte oczy ledwie trzymała otwarte. Całe jej ciało pokrywały ropiejące wrzody i strupy. W okół walały się zużyte strzykawki i inne śmieci. Okropny widok. Niczym nie przypominała zadziornej szesnastolatki, która jeszcze do niedawna była.
- Nie mam na świecie nikogo, żadnej rodziny, ani przyjaciół. Wszyscy się ode mnie odwrócili, brzydzą się mną - mamrotała wyczerpana gorączką i ciągłymi wymiotami - mam tylko ciebie, Lexi - powiedziała, ściskając mocniej moją dłoń swoimi kościstymi palcami - tylko ty mnie nie zostawiłaś - mówiła z wyraźnym trudem. Widać było, że nie miała już na nic siły - dlatego chcę ci to dać - wystękała, wyciągając spod starego, dziurawego koca, którym była przykryta niewielkie zawiniątko.
Ostrożnie rozwinęłam materiał i ujrzałam ową pudroworóżową sukienkę z lekkim dekoltem, zakończoną falbaną.
- Dostałam ją jako zapłatę za upojną noc od najbogatszego i najprzystojniejszego faceta jakiego w życiu spotkałam - wykrzywiła sine usta w coś na kształt uśmiechu - mnie się już nie przyda - westchnęła ciężko, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Gina, proszę, nie mów tak! - błagałam ją, głaszcząc jej posklejane od brudu włosy - zabiorę cię do lekarza, wszystko będzie dobrze, wyleczą cię, zobaczysz - zapewniałam ją, naiwnie wierząc we własne słowa - będziesz żyć, słyszysz?! - mówiłam przez łzy, przytulając się do przyjaciółki, jak gdyby to miało pomóc mi zatrzymać ją przy sobie na zawsze.
Gina tylko uśmiechnęła się błogo, jakby właśnie załadowała sobie działkę najwyborniejszej heroiny. Chwilę potem wyzionęła ducha. Ta sukienka to jedyne co mi po niej pozostało.
- Co suko?! Pewnie tu ją schowałaś! - krzyknął Nikki triumfalnie, rozdzierając kieckę na strzępy.
- Zostaw to, chuju! Oddawaj! - wrzeszczałam rozhisteryzowana, waląc go w szale pięściami po plecach. Przestałam się jakkolwiek kontrolować.
- Powiedziałam, kurwa, ZOSTAW! - kopnęłam go w nerki.
Nikki spojrzał na mnie z pogardą, strzelił z plaskacza w twarz i wrócił do niszczenia mojej ukochanej pamiątki. Dobrze już wiedział, że nic tam nie znajdzie, ale robił to żeby jeszcze bardziej mi dopiec.
Złapałam się za piekący policzek i tak jak stałam wybiegłam stamtąd, trzaskając drzwiami. Miałam na sobie jedynie przydługi T-shirt z Van Halen, ale w tym momencie nie obchodziło mnie to bardziej niż zwykle. Biegłam boso przez korytarz nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu czułam się kompletnie bezsilna. Nie miałam żadnych prawdziwych przyjaciół, może poza Pati, ale jej już tu przecież nie było. Stevena i Aerosmith również. Do reszty tych debili z Motley Crue również nie mogłam pójść, wiadomo, że wzięliby stronę Nikki'ego albo wcale się tym nie przejęli. Kto mi pozostał? Do kogo miałam się zwrócić?
Mój wybór padł na Ozzy'ego. Nie oczekiwałam od niego niczego wielkiego, ale najzwyczajniej w świecie potrzebowałam się komuś wygadać.
- Japierdziu! Lexi, co ci?! - spytał Osbourne, gdy stanęłam przed drzwiami jego pokoju.
Dziwne, że w ogóle mnie poznał. Nie przypominałam siebie, bardziej zapłakanego, roztrzęsionego bachora.
- Właź do środka - wpuścił mnie, nie czekając na odpowiedź.
Weszłam i usiadłam na skraju wielkiego wygodnego łóżka. Apartament Ozzy'ego był chyba z dwa razy większy od tego, który dzieliłam z Sixx'em, ale chuj z tym.
Zrzuciłam na podłogę kilka pustych puszek i podciągnęłam nogi, opierając brodę na kolanach.
- Co ci się stało? - zapytał Osbourne, wskazując na twarz, po czym wyjął z barku butelkę Hennesy i dwie spore szklanki.
Zastanowiłam się chwilę, czy aby na pewno powinnam mówić mu prawdę, chociaż w sumie czemu nie? Ozzy był czubem, ale to wiadomo. W sumie był taki sam jak my wszyscy, interesowały go tylko sex, narkotyki i alkohol. Pewnie już swędział go kutas i gdyby nie moja wizyta zamówiłby se dziwkę lub napaloną fankę by wykorzystać okazję, że Sharon nie ma w pobliżu i zaruchać. Byłam pewna, że na drugi dzień nie będzie pamiętał ani słowa z naszej rozmowy i właściwie pasowało mi to.
- Pokłóciłam się z Nikkim - wyznałam, biorąc jedną ze szklanek.
- Nieźle cię urządził - mruknął Ozzy bardziej do siebie niż do mnie.
Lekko chwiejnym krokiem podszedł do łóżka i usiadł, a raczej rozwalił się na nim, rozlewając przy okazji swoją whisky na kołdrę.
Wzruszyłam tylko ramionami. Co on tam mógł wiedzieć? Pewnie nie raz urządził Sharon gorzej po pijaku.
- Najgorsze jest to, ze ten kutas zniszczył mi wszystkie ubrania - rzuciłam, wypijając zawartość szklanicy duszkiem i wlepiając pusty wzrok w częściowo przykrytą puchatym, biało-czarnym dywanem podłogę.
Starałam się na powrót przywdziać maskę wypranej z emocji suki, ale jakoś mi nie szło.
Ozzy podrapał się po głowie, wymamrotał coś pod nosem, zwlekł się z wyra i sięgnął do szafki stojącej nieopodal. Otworzył kilka szuflad, wywalając z nich całą zawartość, aż w końcu wygrzebał gdzieś z pomiędzy gaci i skarpetek plik pieniędzy.
- Masz - powiedział, wręczając mi go - kup sobie jakieś łaszki i co tam chcesz, ale... - zawiesił się na moment - jeśli mam być szczery - odkaszlnął - radziłbym ci wracać do domu.
Zamurowało mnie. zrobiłam dziwną minę, jakbym nie wiedziała o co chodzi. Jakiego, kurwa, domu?! Nie miałam przecież żadnego pieprzonego domu! Byłam sierotą, od zawsze zdaną tylko i wyłącznie na siebie. Moim "domem" była ulica i tanie motele. Do czego ja niby miałabym wracać?!
- Łatwo ci mówić - spojrzałam na Ozza z wyrzutem, marszcząc brwi - ty masz żonę, która mimo wszystkich twoich chorych jazd cię kocha, masz dzieci, rodzinę, masz do czego wracać. A ja? - ku mojemu zdziwieniu mówiłam o wiele spokojniej i mniej chaotycznie niż przypuszczałam, że mówić będę.
Ozzy wyraźnie unikał mojego wzroku.
- Rób co chcesz - powiedział w końcu - ale moim zdaniem zasługujesz na kogoś lepszego niż Nikki. Lepszego niż my wszyscy - dodał ściszywszy głos.
Nie miałam zamiaru ani ochoty dłużej go słuchać.
- Wiesz co? Dzięki za porady, ale jeśli pozwolisz, pójdę teraz kupić sobie jakieś ubrania - powiedziałam chłodno, po czym wstałam, przeczesałam palcami włosy i skierowałam się do wyjścia - aha i dzięki za forsę, oddam ci jak będę miała - rzuciłam na odchodne i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Sixx wywalał kolejne ciuchy z mojej walizki i niszczył wszystko co wpadło mu w ręce. Nie umiałam go powstrzymać. Serce waliło mi jak pojebane. Szczerze? Miałam nadzieję, że to jakiś chory sen, z którego zaraz się obudzę. Oh, głupia ja!
Mimo wszystko starałam się nie okazywać emocji, ale gdy ten pojeb dorwał się do mojej ulubionej sukienki nie wytrzymałam!
- Zostaw to, ty jebany szmaciarzu! - ryknęłam, rzucając się na niego ze łzami w oczach i wbiłam paznokcie w jego ramię tak głęboko, że aż pociekła krew.
Ten tylko odepchnął mnie z całej siły tak, że poleciałam na podłogę. Zabolało, nie powiem, chyba stłukłam sobie tyłek, ale nie zważając na ból, szybko podniosłam się, chcąc jeszcze raz zawalczyć o moją własność.
Ta sukienka była najcenniejszą rzeczą jaką miałam. Na ogół nie przywiązywałam większej wagi do ubrań, tak to jest, kiedy większość ciuchów ma się kradzionych albo z secondhand'ów, Nikki mógł sobie je rozwalać do woli! Ale tej jednej rzeczy, tej jednej jedynej sukienki nie wolno mu było tknąć! Po prostu, kurwa, nie!
Ktoś powie "co to za wielkie halo?! To w końcu tylko zwykły kawałek szmaty, w dodatku nie za ładny." Może i racja, ale to się liczy. Ten "kawałek szmaty" dostałam od Giny - uzależnionej od wszelkich dragów nimfomanki. Była moją przyjaciółką jeszcze zanim poznałam Pati, czyli lata świetlne temu. Gina uciekła z domu od ojca alkoholika, który ją bił i gwałcił. Jebany skurwiel. Nie miała pieniędzy, więc wylądowała na ulicy. Sprzedawała się, żeby mieć kasę na narkotyki, ale twierdziła, że to lubi. Koniec końców stoczyła się na samo dno, zaraziła jakimś syfem i umierała w strasznych męczarniach. Kiedy ostatni raz ją widziałam leżała na przesiąkniętych wilgocią i szczurzym moczem kartonach obok jakiegoś śmietnika. Była już na wykończeniu, choć wtedy nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Trzęsła się i kaszlała krwią. Twarz miała brudną, w kolorze ziemi, a zapuchnięte oczy ledwie trzymała otwarte. Całe jej ciało pokrywały ropiejące wrzody i strupy. W okół walały się zużyte strzykawki i inne śmieci. Okropny widok. Niczym nie przypominała zadziornej szesnastolatki, która jeszcze do niedawna była.
- Nie mam na świecie nikogo, żadnej rodziny, ani przyjaciół. Wszyscy się ode mnie odwrócili, brzydzą się mną - mamrotała wyczerpana gorączką i ciągłymi wymiotami - mam tylko ciebie, Lexi - powiedziała, ściskając mocniej moją dłoń swoimi kościstymi palcami - tylko ty mnie nie zostawiłaś - mówiła z wyraźnym trudem. Widać było, że nie miała już na nic siły - dlatego chcę ci to dać - wystękała, wyciągając spod starego, dziurawego koca, którym była przykryta niewielkie zawiniątko.
Ostrożnie rozwinęłam materiał i ujrzałam ową pudroworóżową sukienkę z lekkim dekoltem, zakończoną falbaną.
- Dostałam ją jako zapłatę za upojną noc od najbogatszego i najprzystojniejszego faceta jakiego w życiu spotkałam - wykrzywiła sine usta w coś na kształt uśmiechu - mnie się już nie przyda - westchnęła ciężko, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Gina, proszę, nie mów tak! - błagałam ją, głaszcząc jej posklejane od brudu włosy - zabiorę cię do lekarza, wszystko będzie dobrze, wyleczą cię, zobaczysz - zapewniałam ją, naiwnie wierząc we własne słowa - będziesz żyć, słyszysz?! - mówiłam przez łzy, przytulając się do przyjaciółki, jak gdyby to miało pomóc mi zatrzymać ją przy sobie na zawsze.
Gina tylko uśmiechnęła się błogo, jakby właśnie załadowała sobie działkę najwyborniejszej heroiny. Chwilę potem wyzionęła ducha. Ta sukienka to jedyne co mi po niej pozostało.
- Co suko?! Pewnie tu ją schowałaś! - krzyknął Nikki triumfalnie, rozdzierając kieckę na strzępy.
- Zostaw to, chuju! Oddawaj! - wrzeszczałam rozhisteryzowana, waląc go w szale pięściami po plecach. Przestałam się jakkolwiek kontrolować.
- Powiedziałam, kurwa, ZOSTAW! - kopnęłam go w nerki.
Nikki spojrzał na mnie z pogardą, strzelił z plaskacza w twarz i wrócił do niszczenia mojej ukochanej pamiątki. Dobrze już wiedział, że nic tam nie znajdzie, ale robił to żeby jeszcze bardziej mi dopiec.
Złapałam się za piekący policzek i tak jak stałam wybiegłam stamtąd, trzaskając drzwiami. Miałam na sobie jedynie przydługi T-shirt z Van Halen, ale w tym momencie nie obchodziło mnie to bardziej niż zwykle. Biegłam boso przez korytarz nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu czułam się kompletnie bezsilna. Nie miałam żadnych prawdziwych przyjaciół, może poza Pati, ale jej już tu przecież nie było. Stevena i Aerosmith również. Do reszty tych debili z Motley Crue również nie mogłam pójść, wiadomo, że wzięliby stronę Nikki'ego albo wcale się tym nie przejęli. Kto mi pozostał? Do kogo miałam się zwrócić?
Mój wybór padł na Ozzy'ego. Nie oczekiwałam od niego niczego wielkiego, ale najzwyczajniej w świecie potrzebowałam się komuś wygadać.
- Japierdziu! Lexi, co ci?! - spytał Osbourne, gdy stanęłam przed drzwiami jego pokoju.
Dziwne, że w ogóle mnie poznał. Nie przypominałam siebie, bardziej zapłakanego, roztrzęsionego bachora.
- Właź do środka - wpuścił mnie, nie czekając na odpowiedź.
Weszłam i usiadłam na skraju wielkiego wygodnego łóżka. Apartament Ozzy'ego był chyba z dwa razy większy od tego, który dzieliłam z Sixx'em, ale chuj z tym.
Zrzuciłam na podłogę kilka pustych puszek i podciągnęłam nogi, opierając brodę na kolanach.
- Co ci się stało? - zapytał Osbourne, wskazując na twarz, po czym wyjął z barku butelkę Hennesy i dwie spore szklanki.
Zastanowiłam się chwilę, czy aby na pewno powinnam mówić mu prawdę, chociaż w sumie czemu nie? Ozzy był czubem, ale to wiadomo. W sumie był taki sam jak my wszyscy, interesowały go tylko sex, narkotyki i alkohol. Pewnie już swędział go kutas i gdyby nie moja wizyta zamówiłby se dziwkę lub napaloną fankę by wykorzystać okazję, że Sharon nie ma w pobliżu i zaruchać. Byłam pewna, że na drugi dzień nie będzie pamiętał ani słowa z naszej rozmowy i właściwie pasowało mi to.
- Pokłóciłam się z Nikkim - wyznałam, biorąc jedną ze szklanek.
- Nieźle cię urządził - mruknął Ozzy bardziej do siebie niż do mnie.
Lekko chwiejnym krokiem podszedł do łóżka i usiadł, a raczej rozwalił się na nim, rozlewając przy okazji swoją whisky na kołdrę.
Wzruszyłam tylko ramionami. Co on tam mógł wiedzieć? Pewnie nie raz urządził Sharon gorzej po pijaku.
- Najgorsze jest to, ze ten kutas zniszczył mi wszystkie ubrania - rzuciłam, wypijając zawartość szklanicy duszkiem i wlepiając pusty wzrok w częściowo przykrytą puchatym, biało-czarnym dywanem podłogę.
Starałam się na powrót przywdziać maskę wypranej z emocji suki, ale jakoś mi nie szło.
Ozzy podrapał się po głowie, wymamrotał coś pod nosem, zwlekł się z wyra i sięgnął do szafki stojącej nieopodal. Otworzył kilka szuflad, wywalając z nich całą zawartość, aż w końcu wygrzebał gdzieś z pomiędzy gaci i skarpetek plik pieniędzy.
- Masz - powiedział, wręczając mi go - kup sobie jakieś łaszki i co tam chcesz, ale... - zawiesił się na moment - jeśli mam być szczery - odkaszlnął - radziłbym ci wracać do domu.
Zamurowało mnie. zrobiłam dziwną minę, jakbym nie wiedziała o co chodzi. Jakiego, kurwa, domu?! Nie miałam przecież żadnego pieprzonego domu! Byłam sierotą, od zawsze zdaną tylko i wyłącznie na siebie. Moim "domem" była ulica i tanie motele. Do czego ja niby miałabym wracać?!
- Łatwo ci mówić - spojrzałam na Ozza z wyrzutem, marszcząc brwi - ty masz żonę, która mimo wszystkich twoich chorych jazd cię kocha, masz dzieci, rodzinę, masz do czego wracać. A ja? - ku mojemu zdziwieniu mówiłam o wiele spokojniej i mniej chaotycznie niż przypuszczałam, że mówić będę.
Ozzy wyraźnie unikał mojego wzroku.
- Rób co chcesz - powiedział w końcu - ale moim zdaniem zasługujesz na kogoś lepszego niż Nikki. Lepszego niż my wszyscy - dodał ściszywszy głos.
Nie miałam zamiaru ani ochoty dłużej go słuchać.
- Wiesz co? Dzięki za porady, ale jeśli pozwolisz, pójdę teraz kupić sobie jakieś ubrania - powiedziałam chłodno, po czym wstałam, przeczesałam palcami włosy i skierowałam się do wyjścia - aha i dzięki za forsę, oddam ci jak będę miała - rzuciłam na odchodne i zatrzasnęłam za sobą drzwi.


