LOTTI
28 maja 1986 r.
The Historic Orpheum Theatre
Minneapolis
- Jak to odchodzisz?! - przetarłam wilgotne od łez oczy.Słowa Lorri dźwięczały mi w uszach, a sama nie byłam w stanie nic odpowiedzieć. Nie chciałam żeby odeszła. Po prostu nie i koniec! Nie mogła mnie zostawić samej, nie teraz.
- A... ale dlaczego? - wydusiłam z siebie cicho.
Lorri tylko wzruszyła ramionami. Wiedziałam, że nie tak miałam dowiedzieć się o jej odejściu. Kiedy przyszła tu pożegnać się z całą ekipą, mnie chciała sobie odpuścić. Nie chciała sprawiać mi dodatkowego bólu. A jednak stało się... Wpadła na mnie, gdy niczego nieświadoma pchałam wieszak obwieszony skórzanymi kurtkami. Głupia nie byłam, od razu poznałam, że coś jest nie tak. Lorri była wyraźnie przygnębiona. To był dla mnie widok tak rzadki, że aż prawie nierealny! Lorri, która zawsze tryskała radością i energią do działania, której uśmiech był niemal tak rozpoznawalny jak czerwony Gibson Angus'a Young'a, była smutna!
- Wyrzucili mnie - pociągnęła nosem - znaleźli kogoś innego na moje miejsce - dodała, odwracając głowę, żeby nie było widać, że płacze.
Poczułam niewyobrażalną złość, wręcz wściekłość! Jak mogli wyrzucić Lorri?! Przecież nikt nie zarządzał naszą ekipą lepiej niż ona. Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Skoro ty odchodzisz, to ja też - powiedziałam stanowczo, prostując się.
Lorri zaśmiała się pod nosem.
- Nie wygłupiaj się - powiedziała, wycierając oczy rękawem czarnej bluzki - to przecież trasa z Motörhead! Marzyłaś o niej, nie możesz tego przegapić - westchnęła, opierając się plecami o ohydną, szarą ścianę, z której sypał się tynk.
Zapadła chwila męczącej ciszy. Kilka sekund zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Co mogłam powiedzieć? Co zrobić aby zatrzymać Lorri?
- Ale ja nie poradzę sobie bez ciebie! - wypaliłam załamanym głosem.
Lorri ponownie westchnęła, jakby próbowała się zebrać w sobie.
- Dasz radę kobieto! - powiedziała, patrząc mi głęboko w oczy i kładąc ręce na ramionach - jesteś silna babka, poradzisz sobie ze wszystkim - uściskała mnie czule.
- A co z tobą? - zapytałam - dokąd teraz pojedziesz?
- Hmmm, sama nie wiem... może do L.A.? Znajdę jakąś inna kapelę, u której mogłabym pracować. Albo wiem! Zawsze chciałam polecieć do Maroka, zwiedzić trochę świata... no co? - przerwała, widząc moją minę.
- Nic - powiedziałam, uśmiechając się smutno - uważaj tam na siebie, gdziekolwiek będziesz.
Dziewczyna pokiwała głową.
- Ty też. Dbaj o Viki i chłopaków - poprosiła - a przede wszystkim o siebie.
Przytuliłyśmy się jeszcze raz na pożegnanie. Obydwie wiedziałyśmy doskonale, że to najprawdopodobniej nasz ostatni uścisk w życiu. Na tę myśl do moich oczu znów napłynęły słone łzy, ale postanowiłam być silna. Wtuliłam się mocniej w miękki materiał bluzki Lorri.
- No dobra... to pa! - dziewczyna odwróciła się szybko, nie chcąc się znów rozpłakać, po czym chwyciła za swoją walizkę i ruszyła długim, słabo oświetlonym korytarzem w stronę drzwi, nad którymi widniał ledwo widoczny napis "EXIT".
Widziałam już tylko jej oddalającą się i znikającą w ciemności sylwetkę oraz słyszałam stukot obcasów jej kowbojskich butów na betonowej posadce. Później moje oczy przysłoniły łzy, a w uszach zaczął dźwięczeć gwar rozmów ludzi powoli wypełniających korytarz.
LEXI
30 maja 1986 r.Long Beach Arena
Los Angeles
Na trasie z KISS nie pobyliśmy zbyt długo. Nikki i ekipa do tego stopnia wkurwiali Gene'a Simmons'a, że wykopał ich już po kilku koncertach. W prawdzie, ja mogłam zostać, ale wolałam trzymać się dalej z ekipą Crüe. KISS przy nich to straszni nudziarze, nie brali dragów i w zasadzie oprócz ruchania panienek po koncertach nie robili nic ciekawego. Nie to co kiedyś! Jeszcze parę lat temu, gdy w zespole wciąż byli Peter i Ace wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Ci dwaj to umieli szaleć. Wszystkie najdziksze odpały KISS zawdzięczali właśnie im. No, ale cóż... czasy się zmieniają, podobnie jak składy zespołów, a Gene dobrej zabawy wyraźnie nie tolerował.
Na szczęście pojawił się Ozzy, który przygarnął nas pod swoje diabelskie skrzydła. Promował właśnie album " The Ultimate Sin" i z chęcią przyjął podobnych sobie zjebów jako support.
Chłopaki byli wniebowzięci. Ja również. Trasa z Ozzy'm oznaczała największe szaleństwa i wygłupy o jakich słyszał świat.
W międzyczasie wróciliśmy na jeden dzień do Los Angeles i świętowaliśmy w Rainbow do utraty przytomności. Dosłownie. Tak się akurat nieciekawie złożyło, że byli tam również goście ze Slayer'a. Jak łatwo się domyślić, nie przepadali oni za Mötley Crüe i oczywiście wywiązała się między nimi bójka. Zaczęło się niewinnie, ktoś na kogoś krzywo spojrzał, ktoś inny mruknął coś złośliwego na temat czyjeś fryzury, potem zaczęło robić się coraz groźniej. W powietrzu czuć było mordobicie.
Spojrzenia i pomruki szybko przerodziły się w głośne groźby i deklaracje skopania tyłków rywali.
- Whoo - hoo! Będą się napierdalać! - zawył jakiś koleś, obwieszony od stóp do głów łańcuchami i kolczastymi bransoletami, wymachując w górze rękami.
Kerry zdjął z bioder pas z nabojami i zaczął złowrogo nim potrząsać. Zaraz doskoczył do niego Vince i walnął go w szczenę. Błysnęło ostrze sprężynowego noża i polała się pierwsza krew. To Nikki ciął na oślep swoich wrogów.
- Obciągnę zwycięzcy! - zaoferowałam, wskakując na wykonany z czarnego drewna stolik.
Dziw, że z niego nie spadłam, w końcu byłam narąbana w trzy dupy.
Rozpętało się piekło. W powietrzu latały szklanki, kufle, ciężkie popielniczki, stoły i krzesła. Walka była na tyle epicka, że przyciągnęła uwagę większości siedzących w barze gości, którzy niemalże od razu zaczęli obstawiać zakłady, która ekipa wygra, bądź za ile minut przyjedzie policja. Ci bardziej pijani postanowili zaangażować się w spór i wesprzeć ukochany zespół w walce, bądź po prostu napierdalać każdego, kto miał koszulkę czy naszywkę z logo "wroga".
Tommy chwycił długą ławę, spychając z niej przy okazji przerażoną bladą dziewczynę o włosach w kolorze mysiego blondu. Mick podchwycił pomysł kolegi, złapał ławę z drugiej strony i razem cisnęli nią w chłopaków ze Slayer'a, którzy aktualnie prali Vince'a. Tom szarpał go za włosy, uderzając jego głową o zachlapaną krwią i piwem podłogę, a Jeff i Dave kopali go po brzuchu ciężkimi buciorami. Nikki zauważywszy to dźgnął Aray'e nożem pod żebra. Tamten odskoczył, wyrywając Neil'owi pukiel blond włosów.
- Ty szmaciarzu! - ryknął Vince, łapiąc się za głowę.
Kilku ochroniarzy spróbowało zareagować i przerwać bijatykę. Na ich nieszczęście z dość mizernym skutkiem. Gdy tylko znaleźli się bliżej centrum wydarzeń obsypał ich grad pięści i kopniaków, po czym zostali odepchnięci na wyłożoną czerwonym materiałem ścianę, zatoczyli się i upadli jak ostatnie sieroty na stojące po bokach lokalu kanapy.
Że też takie pizdy zatrudniane są do ochrony klubów! - pomyślałam, a w następnej chwili coś śmignęło mi przed oczami, obraz mi się rozmył i już leżałam na ziemi z rozciętą skronią i urwanym filmem.
Ocknęłam się następnego dnia w hotelu. Najśmieszniejsze jest to, że nie pamiętam kto wygrał. Ale czy to ważne? Byliśmy cali poobijani i skacowani. To znaczy chłopaki. Ja byłam tylko skacowana, nie licząc blizny na czole. Łeb mi pękał, a spierzchnięte wargi i wysuszone gardło domagały się czegoś do picia. Wzięłam więc garść leków, zapiłam je wódą i zajęłam łazienkę na następne trzy godziny. Musiałam doprowadzić się do względnego porządku. Zwłaszcza przed spotkaniem z Ozzy'm.
- A co ty się tak odjebałaś jak szczur na otwarcie kanału?! - zarechotał Nikki gdy w końcu wyszłam z kibla.
- Też byś się lepiej za siebie wziął - powiedziałam spryskując się perfumem.
- A co jest ze mną nie tak? - zapytał Nikki, drapiąc się po dupie.
Zmierzyłam go wzrokiem.
- Masz rzygi na koszulce - wzdrygnęłam się, choć nie była to najbardziej ohydna rzecz jaką w życiu widziałam.
- Na prawdę?! - Sixx przyjrzał się swojemu T-shirt'owi z Sex Pistols.
- Yep.
- No trudno - machnął ręką - założę kurtkę - stwierdził od niechcenia.
- Jak se chcesz - mruknęłam - ale jeśli mamy się dzisiaj ruchać, to chociaż weź prysznic.
Nikki przewrócił oczami.
- No dobra - westchnął i poczłapał do łazienki.
Ja w tym czasie przygotowałam nam po speedball'u. Po co nam śniadania skoro mieliśmy dragi? Zażyliśmy i zaraz potom musieliśmy się zbierać. Manager chłopaków - Doc McGhee już walił w drzwi i kazał nam się pośpieszyć.
Wsiedliśmy do taksówek, które zawiozły nas na drugi koniec miasta do sali prób, gdzie mieliśmy zobaczyć się z Ozzy'm. Książę Ciemności kończył właśnie próbę dźwięku gdy weszliśmy do środka. Biegał po scenie i wył jak opętany do akompaniamentu ostrych riffów Jack'a E Lee, dźwięków basówki Phil'a Soussan'a i walenia w gary Randy'ego Castillo. Kiedy nas zobaczył zeskoczył ze sceny i podszedł się przywitać.
- Siemka, jak tam? Wciągniecie coś? - przeszedł od razu do rzeczy.
Dwa razy nie musiał pytać.
Wciągnęliśmy po kilka kresek i wypiliśmy parę drinków. Później przyszedł czas koncertu. Ozzy dał zajebisty występ. Mötley Crüe nie byli gorsi. Skończyli gdzieś koło dwudziestej trzeciej.
- No to dokąd idziemy? - spytał Osbourne, zaraz po zejściu za kulisy - znam świetny bar tu za rogiem - dodał, nie czekając na odpowiedź.
Spojrzałam na Nikki'ego. Oczy aż mu błyszczały na myśl o całonocnej libacji u boku samego Księcia Ciemności.
- No to na co czekamy?! - zawołał - prowadź, Ozzy!
I cała ekipa wesołym korowodem podążyła do baru.

