LOTTI
13 kwietnia 1986 r.
Hotel Pennsylvania Plaza
Nowy Jork
Zameldowałam się w hotelu Pennsylvania Plaza. Wzięłam najtańszy pokój jaki mięli, na inny nie było mnie stać. Postanowiłam wziąć prysznic. Po około 15 minutach wyszłam z łazienki owinięta w ręcznik. Czułam się zrelaksowana. Usiadłam na łóżku. Wyjęłam z plecaka walkman'a i kasetę Judas Priest "Screaming for Vengeance". Założyłam na uszy słuchawki. Siedziałam chwilę zasłuchana w dźwięki "Electric eye". Kiedy zrobiło mi się chłodno sięgnęłam do plecaka po jedną z koszulek. Zarzuciłam na siebie T- shirt przyozdobiony grafiką z ostatniej płyty Helloween i spostrzegłam, że niechcący wysypałam zawartość pudełka z pamiątkami po ciotce.
- Cholera - zaklęłam pod nosem, schylając się i podnosząc rozsypane zdjęcia i listy.
Po śmierci cioci Willow nie mogłam patrzeć na te rzeczy - wywoływały we mnie bezgraniczny smutek, ale teraz, nie wiedzieć czemu, zaczęłam je przeglądać.
- Cholera - zaklęłam pod nosem, schylając się i podnosząc rozsypane zdjęcia i listy.
Po śmierci cioci Willow nie mogłam patrzeć na te rzeczy - wywoływały we mnie bezgraniczny smutek, ale teraz, nie wiedzieć czemu, zaczęłam je przeglądać.
Na prawie wszystkich fotografiach byłyśmy tylko ja i ciocia: ja i ciocia pierwszego dnia szkoły, ja i ciocia na moich dziesiątych urodzinach, ja i ciocia podczas mojej komunii, ja i ciocia po odebraniu dyplomu ukończenia liceum. Było również parę zdjęć z jej młodości. Zawsze była piękną kobietą, mogła ułożyć sobie życie z jakimś fajnym kolesiem, a zamiast tego opiekowała się mną praktycznie do końca życia.
W pudełku były także listy od jej adoratorów, które dostawała jak była w moim wieku i laurki, które przynosiłam jej z przedszkola.
Na samym dnie znalazłam jeszcze jedno zdjęcie. Dziwne, bo nigdy wcześniej go nie widziałam. Były na nim dwa pulchne, słodkie niemowlaki. Odwróciłam zdjęcie na drugą stronę, żeby zobaczyć podpis.
"Siostry Ryan 26.06.1963 r."
Zmarszczyłam brwi. Jakie, kurwa, siostry?!
Cała tylna strona fotografii zapisana była ładnym, starannym pismem z pewnością należącymi do mojej cioci. Zaczęłam czytać dalej.
"Charlot
Wiem, że powinnam powiedzieć Ci to już dawno temu, ale jakoś nie potrafiłam. Kiedy byłaś mała wydawało mi się, że to za wcześnie, a im dłużej zwlekałam, tym trudniej było mi to z siebie wydusić.
Lotti, kochanie, nie jesteś jedynaczką. Masz siostrę, bliźniaczkę.
Kiedy się urodziłyście wasi rodzice bardzo się cieszyli, ale ten straszliwy wypadek wszystko pokrzyżował. Wracali z wami ze szpitala. Było ciemno, padał deszcz. Wasz ojciec prowadził, inny kierowca wyjechał z naprzeciwka i... wasi rodzice zginęli na miejscu.
Byłam jedyną bliską osobą, która mogła się wami zająć i tym większy mój wstyd, że tego nie zrobiłam, ale bałam się. Byłam młoda, nie miałam pieniędzy, ani warunków, żeby wychować dwójkę dzieci. To wszystko mnie przerosło. Wybrałam Ciebie, a ta druga dziewczynka... nie mam pojęcia co się z nią stało.
Lotti, wiem, że źle zrobiłam, ale proszę zrozum mnie. Kocham Cię ja własną córkę. Chciałam, żebyś była szczęśliwa, żeby niczego Ci nie brakowało. Naprawdę nie wiedziałam jak Ci to powiedzieć przez te wszystkie lata. Teraz jesteś już dorosłą kobietą, zrobisz z tą informacją co zechcesz, ale proszę Cię o jedno - nie miej mi za złe mojego wyboru.
Kocham Cię bardzo
Willow"
Odłożyłam zdjęcie trzęsącymi się rękami. Nie mogłam, kurwa, uwierzyć w to co przeczytałam. To chyba jakiś pierdolony żart!
Przepłakałam całą noc. Nie mogłam zasnąć, ciągle o tym myślałam. Jak to możliwe, że miałam siostrę ?! Jak to możliwe, że ciotka ukrywała to tak długo ?! Zawsze wydawało mi się, że to ja miałam przesrane w życiu, a tymczasem moja siostra była gdzieś tam na świecie kompletnie sama! Dręczyła mnie myśl, co by było gdyby ciocia wybrała ją zamiast mnie?
Może powinnam spróbować ją odnaleźć? Ale przecież nic o niej nie wiem. Nie znam nawet jej imienia.
Natłok myśli i emocji sprawił, że udało mi się zmrużyć oczy dopiero nad ranem. Spałam chyba z pół godziny? Może 40 minut. Obudził mnie dzwoniący telefon. To była Lorri. Powiedziała, że mam szybko przyjść pod Felt Forum. Dostałam tę robotę.
14 kwietnia 1986 r.
Hotel San Remo
San Francisco
Po koncercie chlaliśmy w Whisky aż do zamknięcia. Później zachciało nam się kąpieli w oceanie, więc czym prędzej załadowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy w stronę Santa Monica Beach. Ja zabrałam się z Michael'em, Bret'em i CC. Rikki, Bobby i Andy jechali drugim autem. Reszta chłopaków z Hanoi gdzieś nam się zawieruszyła, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Na plażę dotarliśmy koło 4 nad ranem. Od razu rozebraliśmy się i wskoczyliśmy do wody. Gdy zrobiło nam się zimno postanowiliśmy rozpalić ognisko. CC i Andy skoczyli po gitary, które mieli w bagażniku. Siedzieliśmy nadzy na piasku przy ognisku, pijąc, śmiejąc się i śpiewając na cały głos, aż nie zgarnęła nas policja i zabrała na komisariat.
Prosto z izby wytrzeźwień odebrał nas tour manager chłopaków. Nie przejmowaliśmy się pozostawionymi przy plaży samochodami i tak były z wypożyczalni. Wpakowaliśmy się do taksówek i ruszyliśmy w kierunku LAX. Na miejscu odnaleźli się brakujący członkowie Hanoi Rocks - Razzle, Sami i Nasty Suicide.
Zgodnie z zapewnieniami Michael'a ktoś przywiózł na lotnisko moją walizkę. W sumie oprócz kilku szmat, w których chodziłam na codzień nie było w niej nic cennego, ale zawsze miło mieć się w co przebrać.
Udaliśmy się na odprawę, ale najpierw wciągnęliśmy w łazience wszystkie prochy jakie mieliśmy.
Lot był krótki i chyba całkiem przyjemny. Nie pamiętam z niego za wiele, bo przez większość czasu spałam oparta na ramieniu Monroe'a.
Wylądowaliśmy w San Francisco. Wysiedliśmy z samolotu. Na lotnisku już czekała długa, czarna limuzyna, która miała zawieść nas do hotelu.
- To się nazywa życie - ucieszył się Rikki, wsiadając do pojazdu.
Reszta uczyniła to samo.
Zajęłam miejsce przy oknie.
Piliśmy szampana i gadaliśmy o pierdołach, aż dojechaliśmy do celu.
W pudełku były także listy od jej adoratorów, które dostawała jak była w moim wieku i laurki, które przynosiłam jej z przedszkola.
Na samym dnie znalazłam jeszcze jedno zdjęcie. Dziwne, bo nigdy wcześniej go nie widziałam. Były na nim dwa pulchne, słodkie niemowlaki. Odwróciłam zdjęcie na drugą stronę, żeby zobaczyć podpis.
"Siostry Ryan 26.06.1963 r."
Zmarszczyłam brwi. Jakie, kurwa, siostry?!
Cała tylna strona fotografii zapisana była ładnym, starannym pismem z pewnością należącymi do mojej cioci. Zaczęłam czytać dalej.
"Charlot
Wiem, że powinnam powiedzieć Ci to już dawno temu, ale jakoś nie potrafiłam. Kiedy byłaś mała wydawało mi się, że to za wcześnie, a im dłużej zwlekałam, tym trudniej było mi to z siebie wydusić.
Lotti, kochanie, nie jesteś jedynaczką. Masz siostrę, bliźniaczkę.
Kiedy się urodziłyście wasi rodzice bardzo się cieszyli, ale ten straszliwy wypadek wszystko pokrzyżował. Wracali z wami ze szpitala. Było ciemno, padał deszcz. Wasz ojciec prowadził, inny kierowca wyjechał z naprzeciwka i... wasi rodzice zginęli na miejscu.
Byłam jedyną bliską osobą, która mogła się wami zająć i tym większy mój wstyd, że tego nie zrobiłam, ale bałam się. Byłam młoda, nie miałam pieniędzy, ani warunków, żeby wychować dwójkę dzieci. To wszystko mnie przerosło. Wybrałam Ciebie, a ta druga dziewczynka... nie mam pojęcia co się z nią stało.
Lotti, wiem, że źle zrobiłam, ale proszę zrozum mnie. Kocham Cię ja własną córkę. Chciałam, żebyś była szczęśliwa, żeby niczego Ci nie brakowało. Naprawdę nie wiedziałam jak Ci to powiedzieć przez te wszystkie lata. Teraz jesteś już dorosłą kobietą, zrobisz z tą informacją co zechcesz, ale proszę Cię o jedno - nie miej mi za złe mojego wyboru.
Kocham Cię bardzo
Willow"
Odłożyłam zdjęcie trzęsącymi się rękami. Nie mogłam, kurwa, uwierzyć w to co przeczytałam. To chyba jakiś pierdolony żart!
Przepłakałam całą noc. Nie mogłam zasnąć, ciągle o tym myślałam. Jak to możliwe, że miałam siostrę ?! Jak to możliwe, że ciotka ukrywała to tak długo ?! Zawsze wydawało mi się, że to ja miałam przesrane w życiu, a tymczasem moja siostra była gdzieś tam na świecie kompletnie sama! Dręczyła mnie myśl, co by było gdyby ciocia wybrała ją zamiast mnie?
Może powinnam spróbować ją odnaleźć? Ale przecież nic o niej nie wiem. Nie znam nawet jej imienia.
Natłok myśli i emocji sprawił, że udało mi się zmrużyć oczy dopiero nad ranem. Spałam chyba z pół godziny? Może 40 minut. Obudził mnie dzwoniący telefon. To była Lorri. Powiedziała, że mam szybko przyjść pod Felt Forum. Dostałam tę robotę.
LEXI
14 kwietnia 1986 r.
Hotel San Remo
San Francisco
Po koncercie chlaliśmy w Whisky aż do zamknięcia. Później zachciało nam się kąpieli w oceanie, więc czym prędzej załadowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy w stronę Santa Monica Beach. Ja zabrałam się z Michael'em, Bret'em i CC. Rikki, Bobby i Andy jechali drugim autem. Reszta chłopaków z Hanoi gdzieś nam się zawieruszyła, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Na plażę dotarliśmy koło 4 nad ranem. Od razu rozebraliśmy się i wskoczyliśmy do wody. Gdy zrobiło nam się zimno postanowiliśmy rozpalić ognisko. CC i Andy skoczyli po gitary, które mieli w bagażniku. Siedzieliśmy nadzy na piasku przy ognisku, pijąc, śmiejąc się i śpiewając na cały głos, aż nie zgarnęła nas policja i zabrała na komisariat.
Prosto z izby wytrzeźwień odebrał nas tour manager chłopaków. Nie przejmowaliśmy się pozostawionymi przy plaży samochodami i tak były z wypożyczalni. Wpakowaliśmy się do taksówek i ruszyliśmy w kierunku LAX. Na miejscu odnaleźli się brakujący członkowie Hanoi Rocks - Razzle, Sami i Nasty Suicide.
Zgodnie z zapewnieniami Michael'a ktoś przywiózł na lotnisko moją walizkę. W sumie oprócz kilku szmat, w których chodziłam na codzień nie było w niej nic cennego, ale zawsze miło mieć się w co przebrać.
Udaliśmy się na odprawę, ale najpierw wciągnęliśmy w łazience wszystkie prochy jakie mieliśmy.
Lot był krótki i chyba całkiem przyjemny. Nie pamiętam z niego za wiele, bo przez większość czasu spałam oparta na ramieniu Monroe'a.
Wylądowaliśmy w San Francisco. Wysiedliśmy z samolotu. Na lotnisku już czekała długa, czarna limuzyna, która miała zawieść nas do hotelu.
- To się nazywa życie - ucieszył się Rikki, wsiadając do pojazdu.
Reszta uczyniła to samo.
Zajęłam miejsce przy oknie.
Piliśmy szampana i gadaliśmy o pierdołach, aż dojechaliśmy do celu.


