środa, 20 marca 2019

Route Diaries 4

LOTTI

13 kwietnia 1986 r.
Hotel Pennsylvania Plaza
Nowy Jork

Zameldowałam się w hotelu Pennsylvania Plaza. Wzięłam najtańszy pokój jaki mięli, na inny nie było mnie stać. Postanowiłam wziąć prysznic. Po około 15 minutach wyszłam z łazienki owinięta w ręcznik. Czułam się zrelaksowana. Usiadłam na łóżku. Wyjęłam z plecaka walkman'a i kasetę Judas Priest "Screaming for Vengeance". Założyłam na uszy słuchawki. Siedziałam chwilę zasłuchana w dźwięki "Electric eye". Kiedy zrobiło mi się chłodno sięgnęłam do plecaka po jedną z koszulek. Zarzuciłam na siebie T- shirt przyozdobiony grafiką z ostatniej płyty Helloween i spostrzegłam, że niechcący wysypałam zawartość pudełka z pamiątkami po ciotce.
- Cholera - zaklęłam pod nosem, schylając się i podnosząc rozsypane zdjęcia i listy.
Po śmierci cioci Willow nie mogłam patrzeć na te rzeczy - wywoływały we mnie bezgraniczny smutek, ale teraz, nie wiedzieć czemu, zaczęłam je przeglądać.
Na prawie wszystkich fotografiach byłyśmy tylko ja i ciocia: ja i ciocia pierwszego dnia szkoły, ja i ciocia na moich dziesiątych urodzinach, ja i ciocia podczas mojej komunii, ja i ciocia po odebraniu dyplomu ukończenia liceum. Było również parę zdjęć z jej młodości. Zawsze była piękną kobietą, mogła ułożyć sobie życie z jakimś fajnym kolesiem, a zamiast tego opiekowała się mną praktycznie do końca życia.
W pudełku były także listy od jej adoratorów, które dostawała jak była w moim wieku i laurki, które przynosiłam jej z przedszkola.
Na samym dnie znalazłam jeszcze jedno zdjęcie. Dziwne, bo nigdy wcześniej go nie widziałam. Były na nim dwa pulchne, słodkie niemowlaki. Odwróciłam zdjęcie na drugą stronę, żeby zobaczyć podpis.
"Siostry Ryan 26.06.1963 r."
Zmarszczyłam brwi. Jakie, kurwa, siostry?!
Cała tylna strona fotografii zapisana była ładnym, starannym pismem z pewnością należącymi do mojej cioci. Zaczęłam czytać dalej.
"Charlot
Wiem, że powinnam powiedzieć Ci to już dawno temu, ale jakoś nie potrafiłam. Kiedy byłaś mała wydawało mi się, że to za wcześnie, a im dłużej zwlekałam, tym trudniej było mi to z siebie wydusić.
Lotti, kochanie, nie jesteś jedynaczką. Masz siostrę, bliźniaczkę.
Kiedy się urodziłyście wasi rodzice bardzo się cieszyli, ale ten straszliwy wypadek wszystko pokrzyżował. Wracali z wami ze szpitala. Było ciemno, padał deszcz. Wasz ojciec  prowadził, inny kierowca wyjechał z naprzeciwka i... wasi rodzice zginęli na miejscu.
Byłam jedyną bliską osobą, która mogła się wami zająć i tym większy mój wstyd, że tego nie zrobiłam, ale bałam się. Byłam młoda, nie miałam pieniędzy, ani warunków, żeby wychować dwójkę dzieci. To wszystko mnie przerosło. Wybrałam Ciebie, a ta druga dziewczynka... nie mam pojęcia  co się z nią stało.
Lotti, wiem, że źle zrobiłam, ale proszę zrozum mnie. Kocham Cię ja własną córkę. Chciałam, żebyś była szczęśliwa, żeby niczego Ci nie brakowało. Naprawdę nie wiedziałam jak Ci to powiedzieć przez te wszystkie lata. Teraz jesteś już dorosłą kobietą, zrobisz z tą informacją co zechcesz, ale proszę Cię o jedno - nie miej mi za złe mojego wyboru.
Kocham Cię bardzo
Willow"
Odłożyłam zdjęcie trzęsącymi się rękami. Nie mogłam, kurwa, uwierzyć w to co przeczytałam. To chyba jakiś pierdolony żart!
Przepłakałam całą noc. Nie mogłam zasnąć, ciągle o tym myślałam. Jak to możliwe, że miałam siostrę ?! Jak to możliwe, że ciotka ukrywała to tak długo ?! Zawsze wydawało mi się, że to ja miałam przesrane w życiu, a tymczasem moja siostra była gdzieś tam na świecie kompletnie sama! Dręczyła mnie myśl, co by było gdyby ciocia wybrała ją zamiast mnie?
Może powinnam spróbować ją odnaleźć? Ale przecież nic o niej nie wiem. Nie znam nawet jej imienia.
Natłok myśli i emocji sprawił, że udało mi się zmrużyć oczy dopiero nad ranem. Spałam chyba z pół godziny? Może 40 minut. Obudził mnie dzwoniący telefon. To była Lorri. Powiedziała, że mam szybko przyjść pod Felt Forum. Dostałam tę robotę.





LEXI


14 kwietnia 1986 r.
Hotel San Remo
San Francisco 

Po koncercie chlaliśmy w Whisky aż do zamknięcia. Później zachciało nam się kąpieli w oceanie, więc czym prędzej załadowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy w stronę Santa Monica Beach. Ja zabrałam się z Michael'em, Bret'em i CC. Rikki, Bobby i Andy jechali drugim autem. Reszta chłopaków z Hanoi gdzieś nam się zawieruszyła, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Na plażę dotarliśmy koło 4 nad ranem. Od razu rozebraliśmy się i wskoczyliśmy do wody. Gdy zrobiło nam się zimno postanowiliśmy rozpalić ognisko. CC i Andy skoczyli po gitary, które mieli w bagażniku. Siedzieliśmy nadzy na piasku przy ognisku, pijąc, śmiejąc się i śpiewając na cały głos, aż nie zgarnęła nas policja i zabrała na komisariat.
Prosto z izby wytrzeźwień odebrał nas tour manager chłopaków. Nie przejmowaliśmy się pozostawionymi przy plaży samochodami i tak były z wypożyczalni. Wpakowaliśmy się do taksówek i ruszyliśmy w kierunku LAX. Na miejscu odnaleźli się brakujący członkowie Hanoi Rocks - Razzle, Sami i Nasty Suicide.
Zgodnie z zapewnieniami Michael'a ktoś przywiózł na lotnisko moją walizkę. W sumie oprócz kilku szmat, w których chodziłam na codzień nie było w niej nic cennego, ale zawsze miło mieć się w co przebrać.
Udaliśmy się na odprawę, ale najpierw wciągnęliśmy w łazience wszystkie prochy jakie mieliśmy.
Lot był krótki i chyba całkiem przyjemny. Nie pamiętam z niego za wiele, bo przez większość czasu spałam oparta na ramieniu Monroe'a.
Wylądowaliśmy w San Francisco. Wysiedliśmy z samolotu. Na lotnisku już czekała długa, czarna limuzyna, która miała zawieść nas do hotelu.
- To się nazywa życie - ucieszył się Rikki, wsiadając do pojazdu.
Reszta uczyniła to samo.
Zajęłam miejsce przy oknie.
Piliśmy szampana i gadaliśmy o pierdołach, aż dojechaliśmy do celu.


piątek, 1 marca 2019

Route Diaries 3

LOTTI

13 kwietnia 1986 r.
Felt Forum,  Madison  Square Garden
Nowy Jork

Dotarłam na miejsce na około pół godziny przed otwarciem bramek. Podeszłam do kasy.
- Dzień dobry, poproszę jeden bilet - powiedziałam sięgając do plecaka po pieniądze.
- Wyprzedane - usłyszałam chłodną odpowiedź kasjerki wywieszającej właśnie kartkę z napisem "Brak biletów".
- Ale jak to? - zamrugałam oczami nie dowierzając.
Kasjerka wzruszyła ramionami z obojętną miną.
Odeszłam na bok zrezygnowana. Nie powinnam się dziwić, w końcu kto normalny kupuje bilety na Metallice na niecałą godzinę przed koncertem?!
Zaczęłam się rozglądać, licząc, że wypatrzę kogoś kto akurat chciałby odsprzedać swój bilet. Niektóre dziewczyny wchodziły w zamian za pokazanie bramkarzom tego co mają pod stanikiem, ale ja jakoś nie miałam śmiałości czegoś takiego zrobić.
Chodziłam tak wokół hali koncertowej nie wiedząc co ze sobą zrobić, gdy nagle usłyszałam za sobą znajomy kobiecy głos:
- Charlot?! To ty?!
Odwróciłam się.
- Lorri! - krzyknęłam uradowana i zaskoczona - co ty tu robisz?!
Nie wierzyłam własnym oczom. Znałam Lorri jeszcze z czasów szkolnych. Byłyśmy w jednej klasie i bardzo się lubiłyśmy. Siedziałyśmy razem na matmie i angielskim i na sprawdzianach zawsze ściągałyśmy od siebie nawzajem. Później ona wyjechała spełniać marzenia o karierze muzycznej i kontakt nam się urwał.
Teraz stała przy wejściu dla personelu, ubrana w czarne skórzane spodnie, kowbojskie buty i koszulkę z logo Metallicy. Gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła i rzuciła mi się na szyję.
- Jejuśku, Lotti! Sto lat się nie widziałyśmy! Co tam u ciebie? - zapytała podekscytowana.
- Wszystko w porządku - skłamałam - ale lepiej ty powiedz co robisz w Nowym Jorku? Myślałam, że wyprowadziłaś się do Kalifornii.
- Bo się wyprowadziłam. Tyle tylko, że mój chłopak, Trip, jest technicznym Mety, więc przyjechałam z nim i ekipą - wyjaśniła - a ty wybierasz się na koncert?
- Chciałam, nawet bardzo, ale bilety są już wyprzedane - westchnęłam.
Lorri sięgnęła po coś do saszetki zawieszonej na biodrach.
- W prawdzie biletów nie mam, ale co powiesz na to? - wręczyła mi z uśmiechem przepustkę za kulisy.
- Boże, Lorri, nie wiem co powiedzieć - zmieszałam się lekko. Takiego prezentu się nie spodziewałam.
- To nic takiego - machnęła ręką dziewczyna - tyle czasu się nie widziałyśmy, musimy się nagadać. Chodź, przedstawię cię reszcie - powiedziała prowadząc mnie do środka.
Szłyśmy długim, wąskim korytarzem, co chwila mijając się z kimś z ekipy technicznej.
- Hej, ludzie, to jest Lotti - zawołała Lorri do grupki facetów majstrujących coś przy gitarach i wzmacniaczach.
- Cześć - przywitałam się trochę speszona. Wszystko tu było dla mnie takie nowe.
Kilku z nich mi odpowiedziało.
- A to Trip - rzuciła, wskazując na chłopaka w skórzanej kurtce i podartych dżinsach, niosącego dwie spore skrzynie. Kiedy nas zauważył odstawił je i podszedł bliżej.
- Cześć skarbie - zwrócił się do Lorri, całując ją.
- Kochanie, to moja koleżanka Lotti - wskazała na mnie.
Trip przybił ze mną piątkę.
- Skoczysz nam po piwo? - poprosiła dziewczyna.
- Jasne - odparł techniczny i po chwili wrócił, przynosząc nam po browarku.
Lorri poczęstowała mnie skrętem. Staliśmy chwilę z boku i gadaliśmy w trójkę o tym i owym, aż nagle ktoś krzyknął :
- Przejście! Metallica idzie!
Dziewczyna chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła bliżej.
Z jednego z korytarzy, w otoczeniu kilku roadies i ochroniarza, wyszli James, Lars, Kirk i Cliff.
Poczułam, że nogi się pode mną uginają. Stałam niemal twarzą w twarz z moimi idolami.
- Udanego występu, panowie - uśmiechnęła się do zespołu moja towarzyszka.
- Dzięki - zawołał James, również się uśmiechając.
Cliff pokazał nam ruchem ręki, żebyśmy poszły za nimi. Ruszyłyśmy.
Ostatnie minuty przed rozpoczęciem show. Chłopaki założyli gitary. Lars chwycił za pałeczki. Wyszli na scenę.
Zajęłyśmy z Lorri miejsca obok realizatorów. W przerwach między utworami podawałyśmy chłopakom piwo, a kiedy skończyli grać Lorri poszła dla nich po ręczniki, żeby mogli otrzeć pot.
Byłam tak zaaferowana tym wszystkim, co się wokół działo, że nie pamiętałam ani jednej piosenki jaką zagrali tego wieczoru.
- Świetny koncert - pochwaliła Lorri z tradycyjnym dla siebie uśmiechem.
- Ta, wyszło nam całkiem nieźle - pokiwał głową Hetfield - za wyjątkiem tego, że Lars nie trzymał tempa i gubił rytm - zażartował, szturchając perkusistę w bok.
Wszyscy zachichotali, tylko Ulrich zrobił kwaśną minę.
- Będziemy się zbierać - stwierdził nadonsany - powiedzcie Beth, żeby przyniosła czyste ciuchy do garderoby, te są całe przepocone i śmierdzą - rzucił na odchodne.
- Ej, Trip, widziałeś gdzieś Beth? - spytała Lorri chłopaka.
- Beth? Odeszła dzisiaj rano, zapomniałem ci powiedzieć.
- Jak to odeszła? Tak po prostu?
- Jej siostrze urodziło się dziecko. Powiedziała, że musi pomóc jej się nim zajmować, czy coś i odeszła - wzruszył ramionami Trip.
- No to trzeba będzie poszukać kogoś na jej miejsce - westchnęła dziewczyna - a póki co... Viki! Zanieś chłopakom świeże ubrania! - zwróciła się do jednej z dziewczyn krzątających się po backstag'u.
- Sorki za to całe zamieszanie - powiedziała patrząc na mnie - nie miałyśmy nawet czasu porządnie porozmawiać. Co słychać u twojej cioci, dobrze się czuje?
Słysząc to pytanie wyraźnie posmutniałam.
- Zmarła trzy miesiące temu - odpowiedziałam cicho.
- Ojejku, tak mi przykro! - Lorri zakryła ręką usta - Jak ty sobie teraz radzisz? - spytała, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- No właśnie sobie nie radzę - wyznałam - dziś rano straciłam pracę - poczułam, że oczy robią mi się wilgotne, a tak bardzo nie chciałam płakać.
Przyjaciółka przytuliła mnie.
- Nie martw się kochana, wszystko się jakoś ułoży - pocieszała mnie, głaszcząc moje rozpuszczone włosy.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu na małej ławeczce ustawionej pod ścianą.
- Jeśli mogę spytać - odezwała się Lorri przerywając ciszę - gdzie pracowałaś?
- W szwalni - odparłam, pociągając nosem.
- To znaczy, że umiesz szyć i znasz się na ciuchach i takich tam? - upewniła się.
Skinęłam twierdząco głową.
- No to super się składa - na twarzy dziewczyny ponownie zawitał uśmiech - Może chciałabyś wziąć tę fuchę po Beth? Byłabyś garderobianą.
- Poważnie?
- No pewnie! Pogadam jeszcze z szefostwem, ale nie powinni mieć nic przeciwko, zwłaszcza skoro i tak potrzebujemy kogoś na to miejsce.
- Nie chcę ci robić problemu...
- Ale to żaden problem! Bądź tutaj jutro, koło dziesiątej. Zadzwonię do ciebie jeszcze rano potwierdzić wszystko. Dasz mi swój numer?
- Najlepiej dzwoń na recepcję hotelu Pennsylvania Plaza.
- Ok
- Naprawdę, nie wiem jak ci się odwdzięczę.
- Oj, daj spokój!
Posiedziałyśmy jeszcze przez moment, wspominając stare czasy, aż w końcu uznałam, że na mnie pora.
- Będę już lecieć - powiedziałam zarzucając plecak na ramię.
- Może chcesz żeby Trip cię odwiózł? - zaproponowała Lorri.
- Nie, dzięki, poradzę sobie - odmówiłam.
- Na pewno?
- Tak.
- Dobra, no to trzymaj się i do jutra - uściskała mnie na pożegnanie.
Ruszyłam pieszo w stronę hotelu. Boże, co to była za noc! W parę godzin moje życie obróciło się o 180°. Wszystko tak nagle się zmieniło, miałam tylko nadzieje, że na lepsze.