środa, 20 lutego 2019

Route Diaries 2

LEXI

13 kwietnia 1986 r.
Tropicana Motel
Santa Monica Blvd, Los Angeles

- Cholera - obudziłam się z bolącą głową. Rozejrzałam się wokół. Dochodziła siedemnasta. Leżałam w łóżku w motelu Tropicana - moim tymczasowym lokum. Obok mnie na podłodze siedział Michael i pakował w nozdrza kokainę. Spróbowałam przypomnieć sobie cokolwiek z wczorajszej nocy. Nic z tego.
- O, już wstałaś - ucieszył się Monroe widząc, że nie śpię - miałaś w torebce trochę baju proszku, poczęstowałem się - wyznał.
Czemu za każdym razem gdy się spotykaliśmy on podpieprzał moje dragi ?!
Wstałam z łóżka i podeszłam do starej szyby robiącej mi za lustro, żeby się pomalować.
- Co jest ?! - zdziwiłam się otwierając kosmetyczkę i zauważając w niej spore braki.
- Masz zawsze taki zajebisty podkład - uśmiechnął się Michael, spostrzegając moje zaskoczenie - i puder... i kredkę do oczu... i tą szminkę z Rimmel'a - wymieniał dalej.
- Ruszałeś moje kosmetyki ?! - zmarszczyłam brwi.
- No co? Taki boski wygląd sam się nie zrobi - zaśmiał się, odgarniając teatralnym gestem włosy - lepiej powiedz, czy jesteś spakowana?
- A niby czemu miałabym być spakowana?
- Bo obiecałaś mi, że pojedziesz z nami w dalszą trasę, nie pamiętasz?
- Kiedy ci to obiecałam?
- Nie ważne kiedy - przewrócił oczami Michael - ale pojedziesz, prawda?
- Czy ja wiem... - udałam, że się zastanawiam.
- Lexi, znam cię. Wiem, że nie umiesz mi odmówić i nie przegapisz okazji, by zabawić się w trasie - powiedział pewnym siebie tonem, rzucając się na łóżko.
Przeklęty Michael, znał mnie aż za dobrze.
- Oh, kotku - westchnęłam - o której masz dzisiaj ten swój koncert? - spytałam, siadając przy nim i głaszcząc jego tlenione blond włosy.
- O dwudziestej - odparł Monroe.
- Cóż, to znaczy, że mamy jeszcze prawie trzy godzinki dla siebie. Wykorzystajmy je jak najlepiej - szepnęłam mu do ucha, po czym wróciliśmy do tego, co robiliśmy przez całą minioną noc.




LOTTI

13 kwietnia 1986 r.
East New York
Brooklyn, Nowy Jork

Kiedy się obudziłam dochodziło wpół do dziesiątej! W pracy miałam być na siódmą rano. Nie wierzyłam, że to się mogło stać! Jeszcze nigdy w życiu nie spóźniłam się do pracy. Zasnęłam ze słuchawkami na uszach i nie usłyszałam budzika.
Tak szybko, jak to było możliwe, ubrałam się i wybiegłam z mieszkania. Pokonałam schody z prędkością światła. Przebiegłam przez ulicę i zdyszana wsiadłam w pierwszy - lepszy autobus.
" Błagam szybciej, proszę jedź szybciej " - powtarzałam w myślach. Oczywiście moje prośby nie mogły zostać spełnione. Po przejechaniu kilku przystanków autobus utknął w korku. No tak, to w końcu Nowy Jork! A kiedy pomyślałam, że gorzej już być nie może do pojazdu wsiedli kontrolerzy.
- Poproszę bilecik - uśmiechnął się złośliwie jeden z kanarów, widząc moje zdenerwowanie.
Boże, dlaczego akurat dzisiaj ?!
Nawet nie próbowałam tłumaczyć w jakiej zjebanej sytuacji się znajdowałam.
Panowie kazali mi wysiąść, wypisali karę za brak biletu i zmarnowali 15 minut czasu, którego i tak nie miałam.
Gdy dotarłam do szwalni było grubo po jedenastej. W zasadzie nie miałam po co tam wchodzić. Kiedy tylko przekroczyłam próg, szefowa wręczyła mi gotowe wypowiedzenie. Zabrałam tylko swoje rzeczy i wyszłam stamtąd z trudem powstrzymując łzy.
Chciało mi się płakać. Całe moje dotychczasowe życie legło w gruzach! Teraz nie miałam pracy, pieniędzy, z mieszkaniem też mogłam się pożegnać.
Na domiar złego zaczął padać deszcz.
Szłam przemoczona ulicami Brooklynu i miałam ochotę rzucić się pod najbliższy samochód. Zresztą, to byłoby jakieś rozwiązanie. Szłam tak w strugach deszczu i snułam czarne myśli, kiedy moją uwagę przykuł plakat promujący dzisiejszy koncert Metallicy.
Ach, uwielbiałam ich! Byli kompletnie inni niż większość zespołów z Kalifornii. Grali naprawdę zajebistą muzę i otworzyli drogę do światowej sławy wielu zespołom thrash metalowym, takim jak chociażby Slayer czy Exodus.
Stałam na środku chodnika wgapiona w plakat, aż w końcu stwierdziłam, że i tak nie miałam nic do stracenia. Postanowiłam, że zamiast użalać się nad sobą jak mała dziewczynka, oleję wszystko na jedną noc i przeżyję najlepsze chwile swojego życia.


LEXI

13 kwietnia 1986 r.
Klub Whisky a Go Go
Sunset Strip, Los Angeles
Koncert Hanoi Rocks

Weszliśmy z Michael'em do Whisky i udaliśmy się do jego garderoby. Reszta zespołu siedziała w środku i rozgrzewała się przed występem. Poison właśnie kończyli swój set. Zeszli ze sceny i dołączyli do nas. Wciągnęliśmy po kresce, wypiliśmy coś, chwile pogadaliśmy.
- Chyba trza się zbierać - oznajmił Andy, podnosząc się z kanapy - koncert sam się nie zagra.
Podczas gdy Hanoi Rocks grali swoją część występu ja zajęłam się chłopakami z Poison. Ich kariera nabierała ostatnio coraz większego tempa. Ze statusu początkujących gwiazdek przechodzili do etapu rockowego objawienia, co jeszcze bardziej wzmagało mój apetyt na nich.
- Więc, jesteście teraz w trasie z Hanoi Rocks? - zagadałam siadając między CC, a Rikki'm na skórzanej kanapie i nalewając sobie szklankę Jacka Danielsa.
- Tak - uśmiechnął się Rikki, mierząc mnie wzrokiem. Chyba wpadłam mu w oko.
- Michael mówił, że podobno masz jechać z nami - wtrącił CC, obejmując mnie ramieniem.
- Musze to przemyśleć - odparłam znudzonym tonem.
- Fajnie by było mieć u boku taką laskę jak ty - wyszczerzył się gitarzysta.
- Zrobisz mi loda? - spytał prosto z mostu Bret, stając na przeciwko mnie. Uwielbiałam taką bezpośredniość.
Przyjrzałam mu się uważnie, był całkiem przystojny.
- Dobra - zgodziłam się - Chodź -powiedziałam łapiąc go za rękę i prowadząc do toalety.
Kiedy wróciliśmy Hanoi Rocks schodzili właśnie ze sceny.
- To jak Lexi, gotowa do drogi?- rzucił Monroe, chwytając za butelkę wódki i opróżniając duszkiem niemal połowę jej zawartości.
- Zostawiłam walizkę w recepcji w motelu-wyjaśniłam.
- Wyślemy kogoś, żeby po nią podjechał w drodze na lotnisko - stwierdził Michael.
- Ok
- Super - uściskał mnie - uwielbiam kiedy z nami podróżujesz!




LOTTI

13 kwietnia 1986 r.
East New York
Brooklyn, Nowy Jork

Spakowałam swoje rzeczy w mały podróżny plecak. Kilka T- shirt'ów, dwie pary dżinsów, bielizna i niewielkie pudełeczko z pamiątkami po ciotce, których nie miałam czasu nawet przejrzeć. Najwięcej miejsca zajęły moje ukochane płyty. Tak, oto cały mój dobytek. Wyciągnęłam z puszki po ciastkach stojącej w kuchni wszystkie oszczędności jakie miałam i ruszyłam w stronę drzwi. Z lekkim żalem spojrzałam po raz ostatni na miejsce, w którym spędziłam całe swoje dotychczasowe życie. To tutaj stawiałam swoje pierwsze kroki, tutaj dorastałam, tutaj był mój dom, a teraz przyszło mi to miejsce zostawić, prawdopodobnie już na zawsze.
Jeszcze za życia ciotki pan Rodriguez - właściciel mieszkania, krzywo patrzył na to, że zalegamy z czynszem, ale w końcu zawsze płaciłyśmy. Teraz jednak nie było mnie na niego stać. Musiałam sama odejść, albo za parę dni wyprowadzili by mnie stąd wspólnicy Rodrigueza, którzy do przyjaznych typów nie należeli.
Drżącymi rękami przekręciłam klucz w drzwiach i zbiegłam ze schodów.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Route Diaries 1

LEXI

12 kwietnia 1986 r.
Sunset Strip, Los Angeles

Tony śmieci na ulicach. Obskurne alejki. Zatłoczone kluby. Ciemne zaułki, w których jakieś podejrzane typki gwałcą przypadkowo napotkane dziewczyny. Kolejny ćpun zdycha na chodniku jak pies. Kolejny małoletni kurwiszon oddaje się podstarzałemu biznesmenowi w zamian za kilka dolarów lub tandetny naszyjnik. Kolejny zespół gra kolejny koncert w kolejnym barze. Kolejne marzenia umierają. Kolejna zwykła noc na Sunset Strip.
Zmierzałam właśnie w kierunku Rainbow, ubrana w krótką skórzaną spódniczkę i top z logo Aerosmith. Mimo że była noc miałam na sobie moje ukochane okulary przeciwsłoneczne.
Grupka chłopaków zagwizdała na mój widok- nic nowego.
Jakiś samochód zatrzymał się obok mnie.
- Ej, piękna! Obciągniesz mi? - zawołał koleś opuszczając szybę w aucie.
- Tylko jeśli jesteś gwiazdą rocka i masz miliony na koncie - odpowiedziałam, cały czas idąc dalej i nie odwracając się w jego stronę. Następny frajer, który bierze mnie za łatwą dziwkę. Cóż, nie pomylił się bardzo.
Weszłam do klubu i przeciskając się przez tłum ludzi usiadłam przy barze.
- To co zawsze, proszę- zwróciłam się do barmana, zdejmując okulary i zapalając papierosa.
- Oczywiście, Lexi - uśmiechnął się tamten, podając mi whisky z colą.
- O, Boziu, Lexi! - zapiszczała jakaś dziewczyna, podbiegając do mnie z drugiego końca lokalu. Powinnam ją znać?! Pewnie to tylko kolejna zwykła fanka - naiwniaczka, która myśli, że przy odrobinie szczęścia i botoksu   może być taka jak ja. Z całego serca jej tego nie życzę.
Nazywałam się Alexandra Page, ale zmieniłam imię na Lexi. Sunset Strip było moim światem, a kluby takie jak Rainbow drugim domem, pierwszym nie licząc tanich moteli. Od pięciu lat żyłam na ulicach Hollywood. Wcześniej wychowywałam się w sierocińcu, ale kiedy skończyłam 15 lat zwiałam stamtąd, żeby skosztować prawdziwego życia. W wieku 17 lat wyjechałam do Los Angeles. To tutaj poznałam większość moich "przyjaciół". Zaczynałam jako prostytutka, ale ponieważ nie interesowali mnie łysiejący kolesie po 50-ce, żonaci, z trójką dzieci na karku, przerzuciłam się na muzyków. Zjechałam chyba całą Amerykę u boku największych gwiazd heavy metalu. Byłam w Europie, Australii, nawet w Azji. Przez te lata poznałam wszystkich liczących się w tym biznesie ludzi. Spałam z miliardem mężczyzn i władowałam w siebie hektolitry alkoholu, kwasu, hery, koki i całej masy podobnych gówien. Tu w L.A. uchodziłam za swoistą legendę.
Teraz szukałam kolejnej okazji, żeby załapać się na jakąś trasę. Takowa nadarzyła się akurat w jednej z obleśnych toalet Rainbow. Poszłam do niej,omijając bzykające się na podłodze parki, żeby wciągnąć sobie co nieco i poprawić makijaż. W środku jak zwykle był tłum dziewczyn. Stanęłam między nimi przed lustrem i wyciągnęłam z torebki kredkę do oczu.
- Cholera! - usłyszałam obok siebie głos jednej laski - masz może pożyczyć podkład, mój się skończył- zwróciła się do mnie.
- Jasne - odparłam podając jej kosmetyk - Boże! - wykrzyknęłam kiedy spojrzałam na "nią". Koło mnie stał Michael Monroe, wokalista Hanoi Rocks - fińskiego zespołu grającego mieszankę punk'a z glam rockiem.
- Ty chyba serio jesteś transwestytą!
- Coś ty - powiedział rozsmarowując podkład na twarzy - po prostu lubię tak wyglądać.
- Ale to jeszcze nie znaczy, że musisz chodzić do damskiego kibla.
- Zawsze chodzę do damskiego - przyznał się - w męskim bez przerwy dochodzi do bójek, bo wszyscy nazywają mnie pedziem, gdy widzą, że nakładam sobie makijaż - westchnął.
- Co ty w ogóle robisz w L.A.? - spytałam, zmieniając temat.
- Jesteśmy w trasie z Poison, dziś mamy wolne, a jutro gramy w Whisky, może wpadniesz?
- Może - wzruszyłam ramionami.
Wyszliśmy z toalety i poszliśmy do stolika, przy którym imprezowała reszta chłopaków z Hanoi. Dosiadłam się do nich. Przez resztę nocy szaleliśmy w Rainbow. Nieoczekiwanie miałam zajęcie na najbliższe kilka tygodni - jechałam w trasę z Hanoi Rocks.




LOTTI


12 kwietnia 1986 r.
Brooklyn, Nowy Jork

Wracałam właśnie z nocnej zmiany w szwalni. Byłam po prostu skonana, dosłownie padałam z nóg. Odkąd zmarła ciocia Willow wszystko było na mojej głowie.
Nowojorskie ulice o tej porze nie należały do najprzyjemniejszych i najbezpieczniejszych.
- Pani, poratuj dolarkiem - poprosił jakiś bezdomny siedzący przy śmietniku.
Zatrzymałam się i sięgnęłam do kieszeni podartych dżinsów.
- Mam tylko tyle - westchnęłam, podając mężczyźnie 50 centów i ruszyłam dalej.
Gdy byłam już na moim osiedlu, gdzieś w oddali usłyszałam strzały - normalka.
Wtoczyłam się na piąte piętro zniszczonego budynku do mojej ciasnej kawalerki, którą jeszcze do niedawna dzieliłam z ciotką i zaległam na kanapie.
Miałam 22 lata, nędzną pracę, obskurne mieszkanie i prawdopodobnie żadnej przyszłości.
Wychowywała mnie ciocia Willow, rodziców nie pamiętałam wcale, podobno zginęli w wypadku kiedy byłam bardzo mała. To ciotka opiekowała się mną, dbała o mnie i pozwalała u siebie mieszkać. Była cudowną kobietą o złotym sercu, niestety kilka miesięcy temu przegrała ciężką walkę z rakiem.
Teraz zostałam na świecie zupełnie sama. Nie lubiłam się nad sobą użalać, ale ciężko było mi znaleźć jakiekolwiek plusy. Kawalerka, w której rezydowałam była zadłużona, nie miałam z czego zapłacić czynszu, ledwie starczało mi na jedzenie. Jakby tego było mało groziła mi utrata pracy. W szwalni, w której harowałam na trzy zmiany przeprowadzali właśnie redukcję etatów. Byłam pewna, że wylecę, to tylko kwestia czasu. Szefowa nienawidziła mnie i tylko czekała aż popełnię jakiś choćby najmniejszy błąd.
Podniosłam się z kanapy i podeszłam do lodówki. Przeleciałam wzrokiem prawie puste półki. Nie miałam za dużego wyboru, więc zdecydowałam się na kawałek pizzy sprzed dwóch dni i odgrzałam go w mikrofali, po czym wróciłam na kanapę. Odpaliłam na walkmanie mój ulubiony album - "Reign in Blood" Slayer'a. Ledwie zdążyłam nadgryźć pizzę i wysłuchać pierwszych dwóch utworów, a już opanował mnie sen.




czwartek, 14 lutego 2019

Route Diaries - Wstęp

Będzie to historia o dwóch siostrach bliźniaczkach, które różni zupełnie wszystko. Pierwsza to gorąca sex-bomba ze słonecznego Los Angeles i jedna z najsłynniejszych groupie w światku metalowo-rockowym. Druga jest skromną i pracowitą krawcową z Nowego Jorku, która łutem szczęścia dostaje się w szeregi ekipy Metallicy jako garderobiana.
Rozdzielone jako małe dziewczynki mają szansę znowu się spotkać, ale czy uda im się odnowić rodzinne więzi?

środa, 13 lutego 2019

Hejka :-)

Hejka, z tej strony Lady Stardust lub jak kto woli Lorri Monroe. Witam serdecznie na moim pierwszym blogu. Zamieszczać na nim będę opowiadania fan fiction mojego autorstwa dotyczące szeroko pojętej sceny metalowo - rockowej lat 80-tych. Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Miłego czytania! :-)