niedziela, 8 września 2019

Route Diaries 14

LEXI

20 maja 1986 r.
Toronto
Kanada
Poison za wszelką cenę starali się udowodnić światu, że są chodzącym kataklizmem, który przewala się przez miasta i miasteczka, niszcząc wszystkich i wszystko, co napotka na swej drodze, nie pozostawiając za sobą ani jednej dziewicy, kropli alkoholu, czy grama koki. Mötley Crüe natomiast byli takim kataklizmem. Gdyby otworzyć słownik na słowie "dekadencja", z całą pewnością znalazłoby się tam ich zdjęcie i to jeszcze takie, na którym perwersyjnie dymają laski, pokazują fiuty, spuszczają się na krzyże lub robią inne rzeczy uznane przez ogół społeczeństwa za wulgarne. Doprowadzili zezwierzęcenie do formy sztuki.
Z Nikki'm było nam po prostu bosko! Przy nim wszyscy moi poprzedni faceci wydawali się skończonymi nudziarzami. Tak, owszem, był pieprzonym ćpunem, ale co z tego?! Nikt tu nie był święty, na pewno ja nie byłam. Nikki dostarczał mi przede wszystkim dwóch rzeczy: dobrą zabawę i sex. Czego więcej mi było trzeba? Oczywiście nie traktowałam go poważnie. Niczego w życiu nie traktowałam poważnie. To tylko komplikuje sprawy. Ja dla Nikki'ego też byłam tylko zabaweczką. Kolejną dziewczyną na jedna noc, no może jedną trasę. Mógł mieć każdą, ale wybrał mnie. Dlatego, że byłam najlepsza? Najładniejsza? Miałam największą dupę i cycki? Chyba raczej dlatego, że ciągle załatwiałam mu dragi. Ładnym dziewczyną dilerzy sprzedają towar taniej. Zwłaszcza tym, które nie mają problemu, żeby obciągnąć im przy okazji fiuta. Nikki dobrze o tym wiedział. Jak nie chciało mu się ruszyć dupy z hotelu, wysyłał mnie na poszukiwania dilerów. Po koncertach imprezowaliśmy jak dzikie bestie. Mötley Crüe było na topie, mogliśmy robić co tylko chcieliśmy - management za wszystko łożył. Nie wiedziałam jak długo jeszcze będę miała okazję tak się bawić. Nikki w każdej chwili mógł mnie olać, albo ja mogłam znaleźć kogoś innego, ale póki co korzystałam ze znajomości z nim ile wlezie.


Hotel Crowne Plaza
Z trudem otworzyłam ciężkie od snu powieki. Powoli obróciłam głowę w stronę okna, przez które wdzierały się promienie popołudniowego słońca. Oślepiona jego blaskiem zmrużyłam szybko oczy. Wygrzebałam się z wielkiego łóżka, na którym oprócz mnie leżeli jeszcze trzej nadzy kolesie i kilka lasek z bitą śmietana na cyckach i korkami od szampana w cipkach (jedna zmieściła tam nawet całą butelkę). Wciągnęłam na siebie zwisające z lampy koronkowe majtki i chwiejnym krokiem ruszyłam do łazienki, nie zwracając zbytniej uwagi na leżących na podłodze pijanych i nieprzytomnych ludzi. Chciało mi się rzygać. Uklęknęłam przy muszli klozetowej i zwróciłam zawartość żołądka, po czym wytarłam twarz w jakąś walającą się po podłodze szmatę i spojrzałam w stronę białej wanny, w której spał Nikki. Pokryta siniakami i bliznami ręka bezwładnie zwisała mu za krawędź wanny i dotykała zimnych kafelków, brudząc je krwią. Na kolanach miał swoja gitarę basową, kilka strzykawek oraz łyżeczkę. Wokół niego zalegały puste puszki i butelki. Usiadłam na miękkiej wykładzinie łazienkowej i gapiłam się na Sixx'a przez kilka kolejnych minut. Przy okazji zapaliłam papierosa, znalezionego przypadkiem w kieszeni brudnych dżinsów Eddie'go Van Halen'a. Kiedy znudziło mi się bezczynne siedzenie, wstałam, weszłam do wanny, siadając na Nikki'ego okrakiem i strzeliłam go w pysk.
- Co do chuja?! - oszołomiony chłopak momentalnie otworzył podkrążone oczy.
- Koniec spania, kotku - powiedziałam, dla odmiany całując go.
- Która godzina? - wymamrotał Nikki półprzytomnym tonem, odsuwając się ode mnie.
- A co ja zegarynka jestem?! Nie wiem - wzruszyłam ramionami - ale lepiej stąd spierdalajmy - dodałam po chwili.
Do apartamentu w każdej chwili mogły wbić gliny, albo przynajmniej wkurwiony kierownik. Nie miałam zamiaru, ani tym bardziej ochoty znajdować się tam, kiedy będzie opieprzał wszystkich za urządzanie sobie z jego hotelu burdelu i imprezowni. Pomogłam Nikki'emu wygramolić się z wanny i jak gdyby nigdy nic zwinęliśmy się stamtąd. Zarzuciłam na siebie czyjąś skórzaną kurtkę, która akurat wisiała przy drzwiach i wybiegliśmy z hotelu, trzymając się z Sixx'em za ręce.

LOTTI

22 maja 1986 r.
Arizona Biltmore, A Waldorf Astoria Resort
Phoenix
Trasa po Europie z Motörhead! Kiedy to usłyszałam, myślałam, że padnę. Świętowałyśmy z Lorri cała noc, pijąc tanie wino i domowej roboty szampana.
- O kurwa, poznamy Lemmy'ego! - piszczała Lorri, skacząc po łóżku w samych majtkach z butelką Thunderbird'a w ręce.
- Ty poznasz - poprawiłam ją, siedząc obok na podłodze i paląc skręta - ja, co najwyżej, mogę wyprać mu gacie - westchnęłam - choć pewnie i tak, będzie tyle roboty przy Metallice, że cudem będzie, jak uda mi się chociaż popatrzeć na ich koncert.
Lorri zatrzymała się.
- No chyba cię pogięło, jeśli myślisz, że nie przedstawię mojej najlepszej kumpeli Lemmy'emu! - popukała się w czoło, próbując utrzymać równowagę na sprężynującym materacu.
W tym momencie do pokoju wpadła Viki ubrana, a jak by inaczej, w obcisły top z logo Motörhead.
- Dziewczyny! Dziewczyny! Jedziemy w trasę z Lemmy'm! - zawołała na całe gardło, rzucając się na łóżko i machając nogami w powietrzu.
Lorri podała jej butelkę Nightrain'a.
- To będzie coś! - kontynuowała Viktoria, pociągając łyk wina - Lotti, spotkamy Lemmy'ego, kurwa, Kilimister'a! Czaisz to?! - spojrzała na mnie błyszczącymi oczami.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- To wszystko wciąż do mnie nie dociera - odparłam, przejmując butelkę od Viki i siadając obok dziewczyn na łóżku.
Noc zleciała nam jak z bicza strzelił. Zasnęłyśmy dopiero nad ranem, upite radością... i nie tylko. Czekała mnie w życiu kolejna wielka przygoda. Nie mogłam uwierzyć, że coś tak cudownego spotyka akurat mnie.



LEXI

25 maja 1986 r.
Pittsburgh Civic Arena
Pittsburgh
Mötley Crüe dostali propozycję trasy z KISS. Nikki się jarał, lubił ich jako dzieciak. Ja też się cieszyłam. Ruchanko z Gene'm Simmons'em zawsze było u mnie mile widziane.
Już po pierwszym koncercie Mötleye poszli w miasto się najebać, a ja zostałam z ekipą KISS.
Pewnie gdyby nie moja reputacja słynnej już groupie, za żadne skarby nie dopchałabym się do zespołu (3/4 publiczności stanowiły napalone laski), ale na szczęście mnie chłopcy już znali i chętnie skorzystali z moich usług po raz kolejny. Zaczęłam tradycyjnie od Gene'a. Musieliśmy się streszczać, bo jak to ujął Simmons "jeden chuj na tyle cipek to nierówna walka'. Przy okazji pogadaliśmy sobie trochę i powspominaliśmy stare, dobre czasy.
To było moje czwarte spotkanie z KISS. Pierwsze odbyło się podczas trasy Creatures of the Night. Wtedy dopiero zaczynałam przygodę z moją profesją i grzecznie czekałam wraz z innymi małolatami w kolejce do kurnika. Za drugim razem przyszliśmy na koncert z chłopakami z Rush, a że oni znali się z KISS, to i mnie wkręcili w to towarzystwo. Ruszyłam wtedy z tą czwórką wymalowanych kolesi w trzy tygodniowe tourneè po Japonii i spotykałam się przez pewien czas z Paul'em. Za trzecim razem urwałam się z trasy z Def Leppard tylko po to, by znów dołączyć do KISS'ów, a w zasadzie do ich supportu - Bon Jovi. Pamiętam dobrze jak wtedy jarałam się Jon'em i jak wyglądał nasz pierwszy raz. Stałam akurat przy wzmacniaczach i stroiłam gitarę dla Mark'a St. John'a, bo miał jakieś problemy z ręką. Jon zauważył mnie, podszedł i przywitał się swoim słodkim głosem:
- Cześć, ślicznotko!
Podniosłam wzrok znad gryfu gitary i poczułam, że miękną mi kolana. Był taki oszałamiająco przystojny i nieziemsko czarujący!
- Hej - rzuciłam, nie chcąc pokazać, że się przy nim denerwuję.
Jon uraczył mnie swoim nieskazitelnym uśmiechem.
- Masz może pożyczyć lakier do włosów? - zapytał.
- Jasne - odparłam, drżącą ręką sięgając do torby leżącej obok wzmacniacza i mechanicznym ruchem podając mu puszkę lakieru Aqua Net.
Jon spryskał swoją i tak nienaganną fryzurę i oddał mi puszkę.
- Dzięki - rzucił i jeszcze raz obdarzył mnie swoim perfekcyjnym uśmiechem, po czym oddalił się w stronę garderoby.
Zagryzłam dolną wargę i patrzyłam jak jego sexowny tyłeczek powoli znika mi z oczu. Miałam pozwolić mu tak po prostu odejść? Otóż nie tym razem. Odstawiłam wiosło Mark'a na stojak i czym prędzej pobiegłam za Jon'em. Skończyliśmy na stole bilardowym w jego garderobie przy dźwiękach "I want to know what love is" Foreigner. To był jeden z najlepszych razy w moim życiu! Do dziś go miło wspominam.
Gdy mój czas na wspominki z Gene'm dobiegł końca, udałam się do Paul'a.
- Lexi! Wyglądasz wspaniale, nic się nie zmieniłaś - zaczął Stanley, siląc się na niepotrzebną grzeczność - jak się miewasz?
- Dobra, dobra, daruj se te komplementy - przewróciłam oczami zniecierpliwiona - wiesz przecież doskonale po co tu jestem - puściłam do niego oczko, siadając na szklanym stole i rozkładając szeroko nogi.
Paul, nie czekając ani chwili dłużej, uklęknął przede mną i włożył głowę między moje uda. Wczepiłam palce w jego długie kręcone włosy i westchnęłam z rozkoszy. Dla takich właśnie chwil opłaca się być groupie.


poniedziałek, 2 września 2019

Route Diaries 13

LEXI

11 maja 1986 r.
Four Seasons Hotel
Boston
- Cześć, mam na imię Nikki, a ty jesteś taka piękna, że mam ochotę cię wyruchać tu i teraz, ale wczoraj włożyłem kutasa w nieodpowiednią szparkę i teraz swędzą mnie jajca, więc może wpadniesz jutro? - tak brzmiały pierwsze słowa, które do mnie wypowiedział.
Czarne włosy niemal w całości zasłaniały mu oczy, a buty na platformie dodawały co najmniej kilkanaście centymetrów wzrostu. W sumie nie interesował mnie zbytnio, wolałam Vince'a Neil'a, ale mimo wszystko z niewiadomych przyczyn postanowiłam dać mu szansę.
- Jeśli do jutra nie odpadnie ci fiutek, to daj znać, przyjdę - rzuciłam bez emocji.
Po koncercie od razu zaczaiłam się na Vince'a. Nie było to łatwe, gdyż jako frontman i wokalista Mötley Crüe, Neil dwadzieścia cztery godziny na dobę otoczony był wianuszkiem dziewczyn, które nie odstępowały go na krok. Zawsze lubił otaczać się laskami takimi jak ja - łatwymi i bez żadnych hamulców. Ja natomiast lubiłam facetów takich jak on - sexownych muzyków. Nie pozostało nam nic innego, jak spędzić ze sobą noc. Zrobiliśmy trójkącik z moją kumpelą Pati, która akurat była w mieście z chłopakami z Great White.
Z Pati poznałyśmy się podczas trasy ze Scorpions kilka lat temu. Razem obciągałyśmy kutasa nie jednemu kolesiowi. Ona, podobnie jak ja, zaczynała na ulicy. Matka wyrzuciła ją z domu po tym, jak w wieku czternastu lat zaszła w ciąże z kolegą z klasy. Pati nie miała wyboru, musiała dawać dupy, żeby mieć za co przeżyć. Dość szybko wyrobiła sobie opinię całkiem niezłej dziwki, a jeszcze szybciej pokochała blask fleszy, światła reflektorów, drogie hotele i limuzyny. Jej pierwszym koncertem był Aerosmith. Steven'owi od razu się spodobała. Podobno wypatrzył ją wtedy w tłumie i wciągnął na scenę podczas wykonywania piosenki "Rag doll". Pati pojechała z chłopakami na tournée po Europie i od tamtej pory ruchała już tylko gwiazdy rock'a i okazjonalnie aktorów.
Chociaż nasza noc z Vince'm była upojna, to między mną, a ślicznym blondynem nie zaiskrzyło. Dlatego też już następnej nocy zapukałam do drzwi pokoju Sixx'a. Miałam na sobie koronkowe rękawiczki, skórzaną spódnicę, czerwony top i moje najlepsze szpilki. W tym stroju nikt nie mógł mi się oprzeć.
- Kutas na miejscu? Bo mam ochotę go ujeżdżać - zawołałam z uśmiechem na powitanie, wchodząc przez uchylone drzwi.
- Spierdalaj! Idź sobie! Chcę być sam! - usłyszałam w odpowiedzi.
Zatkało mnie, chyba pierwszy raz w życiu. Takiego przywitania się nie spodziewałam.
Nikki leżał na łóżku zlany zimnym potem. Cały się trząsł. Miał przekrwione oczy i ledwo mógł złapać oddech. Wyglądał jakby zaraz miał się przekręcić.
- Jezu! Co ci jest? - spytałam, stając w progu i gapiąc się na niego.
Nie powiem, przestraszyłam się tym widokiem.
- Wyjdź stąd! - krzyknął Sixx, wbijając pomalowane czarnym lakierem paznokcie w mokry od potu i nie tylko materac.
Chciał poderwać się z łóżka, ale zamiast tego jedynie skręcił się z bólu z wyraźnym grymasem na twarzy.
Podeszłam bliżej. Serce zaczęło mi szybciej walić.
- Może ci jakoś pomóc? - zapytałam, tak pewnym siebie tonem, na jaki tylko było mnie stać.
- Nikt nie może mi pomóc, rozumiesz?! - syknął chłopak - ja nie jestem sobą! Skończyła mi się heroina, koka, amfa, wszystko! - wysapał, chwytając mnie mocno za nadgarstek i wlepiając we mnie swój przerażony wzrok.
Uśmiechnęłam się chytrze. Do głowy wpadł mi pomysł jak wykorzystać tę jego słabość.
- Wiesz, tak się składa, że mam w pokoju trochę heroiny - wyznałam, opanowując początkowy lęk - jak dasz kasę, to ci przyniosę - sądząc po jego minie wiedziałam, że mam go w garści.
- Przynieś, to ci zapłacę - jęknął Nikki, zwijając się w kłębek i rozprostowując nagle - szybko!- zaczęło miotać nim na wszystkie strony.
Wyszłam stamtąd i po chwili wróciłam z dilerką pełną białego proszku i całym zestawem "małego ćpuna".
Tak oto narodziła się nasza toksyczna znajomość. Wtedy oczywiście nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, do czego doprowadzi nas ten chory związek. O tym mieliśmy się już niebawem przekonać.



LOTTI

17 maja 1986 r.
Salt Palace
Salt Lake City
Sytuacja z Kirk'iem ustabilizowała się nieco. W prawdzie wciąż było mi głupio z nim gadać, ale postanowiłam  zachowywać się względnie normalnie.
Amerykańska część Damage I.N.C. Tour dobiegała końca, co oznaczałoby, że za chwilę znowu będę bezrobotna. Oznaczałoby, gdyby nie fakt, że Lorri załatwiła mi angaż na europejską część trasy.
- Boże, przecież ja nigdy w życiu nie byłam w Europie! - wytrzeszczyłam oczy, kiedy poinformowała mnie o tym, że nasza wspólna przygoda jeszcze się nie kończy.
- No i co? - machnęła ręką Lorri - ja byłam tylko dwa, no może trzy razy w U.K. i raz w Paryżu - powiedziała, jakby to było takie "nic" - damy radę, będziemy trzymać się razem - zapewniła mnie, obejmując ramieniem.
Dostałyśmy kilka dni wolnego, żeby móc odpocząć nieco i przygotować się do dalszej podróży. Pojechałyśmy więc całą trójką, razem z Viki, na małe zakupy do pobliskiej galerii handlowej. Musiałam w końcu sprawić sobie walizkę albo chociaż większą torbę, mój plecak już pękał w szwach. Opuszczając dom nastawiłam się na jednorazowe szaleństwo na koncercie i ułożenie sobie życia na nowo w innym mieście, a tymczasem już ponad miesiąc tułałam się z ekipą Metallicy po całych Stanach. Mój biedny, stary, wysłużony plecaczek, pokryty naszywkami i przypinkami przeróżnej maści, nie był w stanie pomieścić wszystkich nagromadzonych przeze mnie podczas tej wędrówki rzeczy. A trochę ich było. Nigdy nie uważałam się za zbieracza, ale w prost nie mogłam się powstrzymać przed kupnem pamiątek i płyt z miejsc, w których nigdy wcześniej nie byłam. Nie wspominając już o przepustkach za kulisy, których mimo, że dostawałam je każdej nocy, nie byłam w stanie wyrzucać.
Odwiedziłyśmy kilka sklepów i mniejszych stoisk. Lorri kupiła sobie nowe buty, czarne obcasy na grubej podeszwie obijane ćwiekami. Viki wygrzebała na przecenie w jednym z butików sukienkę w lamparcie cętki i okulary przeciwsłoneczne tak bogato zdobione i kiczowate, że nie powstydziłby się ich sam Elton John. Zainwestowała też w nowy sprzęt fryzjerski - suszarkę i lokówkę.
- Nie potrzebnie przepłacałaś - skomentowała jej zakup Lorri - i tak dobrze wiesz, że Lars nie pozwoli ci zrobić z Mety pudli - dokuczała jej.
- Jeszcze zobaczymy - odparła Viktoria, nie zwracając uwagi na docinki koleżanki i zakładając na nos swoje nowe okulary - poza tym, to nie dla Lars'a tylko dla mnie. Kto wie, może trafi nam się jako support jakiś niezły zespolik z przystojnymi kolesiami w składzie? W moim wieku powinnam zacząć szukać sobie bogatego męża - powiedziała i pobiegła w podskokach w kierunku stojącej na środku galerii fontanny.
Ja i Lorri popatrzyłyśmy po sobie.
- Dziewczyny, ma któraś z was drobne? - zawołała Viki, grzebiąc z zapałem w torebce.
- Nie, a po co ci ? - zdziwiła się Lorri.
- Żeby wrzucić do fontanny - odparła Viktoria - dobra, już znalazłam - ucieszyła się, wyjmując z jednej z wewnętrznych kieszeni torebki 10 centów - chciałabym mieć przystojnego, bogatego i fajnego faceta, który zapewniłby mi lepsze życie - poprosiła, patrząc na monetę, po czym wrzuciła ją do fontanny.
Lorri tylko popukała się w czoło.
- Ona chyba zapomniała, że w tej jej Oklahomie czeka na nią narzeczony - szepnęła do mnie, ale na tyle głośno, że Viki też usłyszała.
- Niech sobie czeka - wzruszyła ramionami dziewczyna - ja na razie do Oklahomy się nie wybieram - stwierdziła z pełnym przekonaniem w głosie.
- Ta, poza tym każdy wie, że fontanny wcale nie spełniają życzeń - mruknęła Lorri, kątem oka patrząc jak na jej słowa zareaguje koleżanka.
- Oczywiście, że spełniają! - zaprzeczyła jej słowom Viki.
- No może co najwyżej życzenia tego gościa - zaśmiała się Lorri, wskazując na menela skrzętnie wybierającego monety z wody.
- Że co?! - Viktoria gwałtownie obróciła się - Ej! Zostaw to pan! - krzyknęła do bezdomnego, lecąc w jego stronę i próbując wyrwać mu pieniądze.
Nie powiem, miałyśmy z tego z Lorri niezły ubaw.
- Pomożemy jej? - zapytałam po chwili śmiechu.
- Chyba raczej jemu - poprawiła mnie Lorri, kierując wzrok na wyraźnie przegrywającego mężczyznę - ale masz rację, lepiej rozdzielmy ich zanim zrobią to ochroniarze - stwierdziła i obie ruszyłyśmy w stronę szamoczącej się dwójki.