piątek, 15 listopada 2019

Route Diaries 16

LOTTI

4 czerwca 1986 r.
St. David's Hall
Cardiff, Walia
Backstage u Motörhead to było coś, czego do tej pory nie widziałam. Prawdziwy rock'n'rollowy raj! Istny cyrk na kółkach. Szkoda, że Lorri nie mogła tego zobaczyć. Oddałabym wszystko, żeby tu ze mną była.
Na samym początku zaliczyłyśmy z Viki małą wpadkę. Spóźniłyśmy się, bo za późno wyszłyśmy z hotelu i nie uwzględniłyśmy, że na mieście będą korki.
- Cholera, już za piętnaście ósma! - jęknęła Viki, wysiadając z taksówki i patrząc na zegarek.
- Mówiłam ci, żebyśmy wyszły szybciej, ale nie! Ty musiałaś się jeszcze, kurwa, pomalować - wypominała jej Ellen, która zabrała się z nami - albo raczej tapetować - mruknęła, patrząc na wyjątkowo mocny nawet jak na Viki makijaż.
- Oj tam, oj tam - przewróciła oczami Viktoria - wiesz przecież, że to wszystko dla Lemmy'ego - zatrzepotała pomalowanymi na niebiesko rzęsami. Na sam dźwięk imienia lidera Motörhead była cała w skowronkach.
- Nie chcę cię martwić, ale jak się nie pospieszymy to Lemmy może nie mieć okazji podziwiać twojego make-up'u - przypomniałam jej, sprowadzając ją z powrotem na ziemię.
Dotarłyśmy na miejsce zaledwie kilka minut po wyznaczonym czasie, ale to w zupełności wystarczyło byśmy dostały opieprz. Pan McLeish - koleś, który zastąpił Lorri, zmierzył nas surowym, przekrwionym wzrokiem.
- Spóźniłyście się! - syknął.
- Wiemy, wiemy, przepraszamy - wysapała Viki, zmęczona biegiem.
- To ma się nigdy więcej nie powtórzyć! - huknął nasz nowy szef - albo wszystkie stąd wylecicie, zrozumiano?! - wycelował w nas złowrogo palcem.
- Yyy, tak jest - powiedziała Viki zmieszana, nie wiedząc czy kłaniać się czy zasalutować.
- A w ogóle to gdzie są wasze przepustki? - zapytał podejrzliwie mężczyzna.
- Tutaj, proszę - wyciągnęłam z kieszeni przepustkę i pokazałam mu.
Viki zrobiła to samo, z tą różnicą, że ona swoją miała schowaną jak zwykle w staniku.
- A twoja? - McLeish zwrócił się do Ellen.
- No, eee, ja nie mam - wzruszyła ramionami dziewczyna, nie za bardzo wiedząc co ma jeszcze powiedzieć - mój chłopak jest tu technicznym, nigdy nie potrzebowałam przepustki. Jak pan mi nie wierzy, to proszę go zawołać.
Mężczyzna uśmiechnął się wrednie, pokazując swoje żółte zęby.
- To nie będzie konieczne - rzucił chłodno - jeśli nie masz przepustki to won za drzwi! - ryknął.
- Ale... - Ellen próbowała zaprotestować.
- No już! Zmiataj stąd, albo wezwę ochronę - zagroził.
Rozdrażniona Ellen pomaszerowała w stronę wyjścia, klnąc pod nosem.
- A wy dwie co tak stoicie?! - McLeish spojrzał na mnie i Viki - dalej, do roboty! - ponaglił nas.
- Wredny, stary dziad - mruknęła po cichu Viktoria - pewnie żona mu nie daje.
Nie czekając na kolejny opieprz, czy złośliwe uwagi wzięłyśmy się do pracy.
Korytarz prowadzący do garderoby był tak zadymiony, że aż kuło w oczy. Na stercie wzmacniaczy siedziała naga laska ze sporą nadwagą i ognisto rudymi włosami. Przed nią klęczał jeden z oświetleniowców i robił jej dobrze ustami.
- O, hej dziewczyny! - zagadał gdy nas zobaczył, odrywając się na moment od krocza rudej - chcecie być następne? - zapytał, oblizując się.
- Spadaj oblechu! - zawołałam z obrzydzeniem.
- Możesz se pomarzyć - zarechotała Viki.
Szłyśmy dalej szybkim krokiem.
- Chcecie whisky? - spytał ktoś, wręczając nam butelkę szkockiej.
Viki pociągnęła głęboki łyk i przekazała mi flaszkę.
- Dobre - powiedziałam, próbując trunku - myślisz, że spotkamy gdzieś tu Lemmy'ego? - przyszło mi momentalnie na myśl.
- No ba! - zapiszczała Viktoria.
Moje słowa uruchomiły w jej mózgu przycisk z napisem "psychofanka".
- Liczę na to całym sercem! Marzę o spotkaniu go odkąd skończyłam dziewięć lat. Wiesz, jak zdechł mi chomik jego muzyka koiła mój żal - nawijała jak najęta - przy okazji...- zaczęła gdy byłyśmy już przy drzwiach garderoby - zajmiesz się dzisiaj praniem? - zrobiła oczka szczeniaczka - proszę, chcę iść na imprezę, no i...
- Ej, no, weź - westchnęłam rozczarowana - to mój pierwszy raz w Europie, też chciałam się rozerwać.
- A od kiedy to ty się lubisz "rozrywać" ?! - przewróciła oczami DaSilva.
Zmarszczyłam brwi.
- No dobra - machnęła ręką Viki - rzucimy monetą - zaproponowała, sięgając do kieszeni szortów - orzeł czy reszka? - spytała.
- Reszka.
Viki podrzuciła monetą.
- Cholera, ty przeklęta farciaro! - tupnęła nogą, odzianą w jaskrawo różowego trampka.
- Nie obrażaj się, taki los. Jutro ja zrobię pranie - spróbowałam ją pocieszyć, choć w rzeczywistości ogromnie cieszyłam się, że to ja wygrałam.
Weszłyśmy do środka.
- No witam, kaere damer! - zawołał, a raczej zabełkotał Lars na nasz widok.
Jak był pijany to zawsze zaczynał gadać po duńsku.
- Larsik! Może tym razem skusisz się na tapir? - wykorzystała okazję Viki, chwytając za grzebień i lakier do włosów.
- Ikke i denne levetid! - zakrzyknął Ulrich i odwrócił się na pięcie.
- Nie pij tyle, bo w bębny nie trafisz - zaśmiał się James, który wyprzedał kolegę o dobre cztery browce - laski, pomóżcie mu, bo sam nie da rady gaci założyć.
Tu wkroczyłam do akcji ja. Podczas, kiedy usilnie przekonywałam Larsa, żeby włożył spodnie, Viki zajęła się Kirk'iem i Hetfield'em.
- Podobają ci się te dżinsy? Sama wycinałam dziury - trajkotała, machając przed oczami James'a parą wycieruchów.
- Fajne - stwierdził Hetfield, obalając kolejną puszkę piwa i bekając siarczyście.
- Kirk, który chcesz T-shirt? - dziewczyna zwróciła się do Hammett'a, pokazując mu koszulki z logo magazynu Kerrang i Frankenstain'em.
- Daj tą z Frankiem - poprosił Kirk, przywdziewając koszulkę z wizerunkiem swojego horrorowego ulubieńca i przeglądając się w wiszącym na ścianie lustrze.
- W ogóle ten nowy koleś to jakaś totalna porażka! - postanowiła pożalić się na McLeish'a Viki - co nie, Lotti? - spojrzała na mnie z nadzieją, że ją poprę.
- Nawet gorzej - przytaknęłam, podając Lars'owi brązowy pas z klamrą w kształcie trupiej czaszki.
- Weź, nawet nie mów - wywrócił oczami James - to skończony palant! - przyznał, przełykając kolejny łyk piwa.
- Ale niestety w jego przypadku mamy związane ręce - wtrącił Cliff, siedzący na podłodze i palący skręta - nasłała go wytwórnia - wyjaśnił.
- Taaa... - mruknął James, krzywiąc się.
- Szkoda tylko, że akurat taki bęcwał musiał zastąpić Lorri - westchnęłam, niosąc James'owi jego ulubione frotki.
- Ja też żałuję - pokiwał głowa Kirk, gdy go mijałam.
- Wszyscy żałujemy - dodał Hetfield.
- Lorri er fremragende! - oznajmił z całą stanowczością Lars.
- Ale serio nie możemy z tym nic zrobić - tłumaczył dalej James - przysięgam na Heineken'a i cały alkohol tego świata, że gdyby to ode mnie zależało, to Lorri byłaby tu wciąż z nami.
Chwilę pełnej podziwu dla słów Hetfield'a ciszy przerwał wchodzący do garderoby ochroniarz.
- Metallica, na scenę! - zawołał donośnym głosem, układając palce w kształt diabełka.
Chłopaki zebrali się do wyjścia. Viki jeszcze dokonała ostatnich poprawek co do zagnieceń na kurtce Cliff'a i odprowadziła ich wzrokiem.
- To co? - wyszczerzyła się gdy drzwi się zamknęły.
- Co co? - nie zrozumiałam.
- Jak to "co co"?! - oburzyła się - idziemy poszukać Lemmy'ego czy będziemy tu tak siedzieć jak te kołki?!
Oczy zaczęły mi błyszczeć.
- No jasne, że idziemy! - odpowiedziałam trochę zbyt emocjonalnie, ale co tam.
- To chodźmy - powiedziała Viki, lecąc do drzwi.
- Zaraz, zaraz, a nie miałaś dziś zrobić prania? - przypomniałam jej.
- Zrobię, ale później, a teraz już chodź! - pociągnęła mnie za rękę, niecierpliwiąc się - wiem gdzie Motörhead mają garderobę!
Ruszyłam za nią. Lemmy i ekipa stacjonowali niemalże na przeciwko Mety, tak więc wiedza Viki w tym temacie nie była żadnym wielkim osiągnięciem, ale oczywiście nie zamierzałam jej tego mówić.
- I co tak po prostu tam wejdziemy? - upewniłam się w ostatniej chwili.
- Aha - potwierdziła Viki, pociągając za klamkę jedną ręka, a drugą poprawiając fryzurę.
No to weszłyśmy... i stanęłyśmy w progu jak wryte, gapiąc się z rozdziawionymi ustami i wypiekami na twarzy na naszych idoli.
- Powiedz coś - wyszeptała Viki, szturchając mnie w bok.
- Eeee... - zaczęłam.
- Fanki? - usłyszałyśmy chrapliwy męski głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym.
Nasz wzrok padł na siedzącego przy długim suto zastawionym wódką, piwem, Burbonem i oczywiście Jack'iem Daniels'em  stole Lemmy'ego, kurwa, Kilmister'a.
Drgnęłam lekko wykrzywiając usta w coś co miało przypominać uśmiech.
- W zasadzie to garderobiane - wyprowadziłam go z błędu - ale fanki oczywiście też! - dodałam szybko, uśmiechając się szerzej.
- Największe na świecie - uzupełniła Viki, której powoli przechodziła trema.
Lemmy zlustrował nas wzrokiem, obracając w ręku szklankę whisky i wypuszczając z ust obłok papierosowego dymu.
- Nawet nie wiedziałem, ze mamy takie ładne garderobiane, co nie chłopaki? - wychrypiał, na co reszta zespołu odpowiedziała śmiechem.
- Bo my tak właściwie nie jesteśmy wasze, to znaczy, pracujemy dla Metallicy, ale oni teraz są na scenie, więc mamy odrobinkę wolnego i po prostu nie mogłyśmy się oprzeć, żeby tu do was nie przyjść - Viki nawijała już w pełni swobodnie ze swoją standardową intensywnością i tempem - a mogę łyczka? - zapytał, wskazując na whisky Lemmy'ego.
- No pewnie - zgodził się Kilmister, widząc, że trafił na równą laskę - nasze czy nie nasze, zapraszamy!
Dziewczyna podbiegła i usiadła Lemmy'emu na kolanach, a ten podał jej swoją szklankę. Wyglądała niemal jak sześciolatka, siedząca u Świętego Mikołaja  w sklepi z zabawkami.
- Też się skusisz? - zwrócił się do mnie, sięgając po drugą szklanicę.
- Czemu nie - podeszłam bliżej, siadając obok na drugim krześle.
Czułyśmy się niemało zaszczycone móc pić i rozmawiać z kimś tak niesamowitym jak Lemmy! Był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam - bezpośredni, zabawny, totalnie wyluzowany i przy okazji niezwykle sympatyczny. Może i był wielką gwiazdą rock'a, ale to zupełnie nie przeszkadzało mu w gadaniu z dwiema garderobianymi jak ze starymi kumpelami. Poczęstował nas jeszcze Marlboro i niebawem on i reszta zespołu musieli się zbierać na swoją część koncertu.
- Miło było was poznać, panienki - pożegnał się z nami, wychodząc z garderoby - wpadajcie częściej - puścił do nas oczko.
- Cała przyjemność po naszej stronie - pokiwała mu Viki.
Dopiłyśmy nasze napoje i udałyśmy się z powrotem do przebierali Mety.
- Pomożesz mi z praniem, co nie? - zapytała z nadzieją Viktoria, znów robiąc tą minę szczeniaczka.
- Eh, a mam inny wybór? - westchnęłam.
- Dzięki! Dzięki! Dzięki! Jesteś najlepsza! - uwiesiła się na mnie z radości.
- Staram się - wydusiłam z siebie, przyduszona jej uściskiem.
W końcu co miałam lepszego do roboty?



LEXI

8 czerwca 1986 r.
Autobus na trasie z Portland do Glens Falls
- Jestem sobie koka-man, wciągam wszystko co się da - śpiewał radośnie Ozzy, wtaczając się do naszego autobusu z torbą kokainy w ręku.
Robił tak prawie codziennie, a przynajmniej tak często jak tylko mógł, o ile oczywiście nie rzygał gdzieś w krzakach lub nie rżnął groupies. Dziwiłam się, ze laski wciąż do niego przychodziły. Zaliczyłam z nim raz szybki numerek, ale wcześniej schlał się tak, że musiałam się nie lada namęczyć, żeby mu w końcu stanął. Kobiety są jednak głupie.
- Ozzy! - zawołali chłopacy szczęśliwi na jego widok.
- Co dla nas masz? - Nikki wyrwał mu torbę i z zaciekawieniem zajrzał do środka.
- To najlepsza koka w całym stanie - zapewnił Osbourne - a przynajmniej tak mi powiedział ten skurwiel co ją sprzedawał.
- Zaraz obadamy, czy serio taka dobra - zatarł ręce Tommy.
Perkusista jednym sprawnym ruchem chudej jak patyk ręki zmiótł ze stołu wszystkie rzeczy, które aktualnie się na nim znajdowały. Następnie Ozzy rozdzielił każdemu przydział kokainy i zaczęli wciągać.
- O kurwa! - pierwszy od stołu oderwał się Mick - mocna rzecz - przyznał, wycierając rękawem krew cieknącą mu z prawego nozdrza.
- Dawaj dalej - zachęcił go Nikki, nie podnosząc głowy znad blatu.
- Nie, dzięki - odmówił Mars, zapalając papierosa - spasuję, ale wy bawcie się dalej - powiedział.
W takiej sytuacji zajęłam jego miejsce. Miał rację, Ozzy skołował serio mocny towar. I chwała mu za to!
Z niewiadomych bliżej przyczyn, Osbourne wolał spędzać czas alkoholizując się i ćpając z nami, niż ze swoją własną ekipą. W sumie nikomu to nie przeszkadzało, Ozzy był w końcu zajebistym gościem, tylko czasem mu ciut za bardzo odjebywało. Robił takie rzeczy, że aż głowa mała. Nawet Mötley'e przy nim wymiękali, ale to nakręcało ich jeszcze bardziej.
Na przykład ostatnio, siedzieliśmy sobie przy hotelowym basenie, wokół pełno starych bab i rodzinek z dziećmi. Vince rozwalony na leżaku mierzył wzrokiem co ładniejsze mamuśki. Ja w nowiutkim bikini starałam się zwrócić na siebie większą uwagę Nikki'ego, niż flaszka Jack'a. Mick siedział pod parasolem i mamrotał coś, czego nikt za chuja nie rozumiał i nagle, patrzymy, wbija Ozzy, ubrany w kieckę jakieś babuszki i drze się:
- Drinki! Stawiam wszystkim drinki! Kto się ze mną napije? - podszedł do jakiejś nie mało skonsternowanej kobieciny i wystawił dupę przed jej twarzą.
Babka krzyczała w niebogłosy zniesmaczona, a Osbourne, jak gdyby nigdy nic, wyjął  sobie z dupy jednodolarowego banknota i rzucił go do wody.
Większość ludzi uciekła z basenu w popłochu. Matki pozasłaniały oczy swoim dzieciakom. My patrzyliśmy na to z niedowierzaniem. Nikki szczerzył się i zanosił śmiechem. Ozzy podszedł do nas.
- Wciągnąłbym coś - stwierdził.
- Spoko, chyba coś jeszcze w autokarze zostało - odparł Sixx, ale Ozzy już go nie słuchał.
Zamiast tego wyjął słomkę z drinka Tommy'ego, pochylił się z nosem przy ziemi i... zaczął wciągać rządek przechodzących obok mrówek!
Opadła mi szczęka. Rzuciłam okiem na Nikki'ego, a ten już kombinował co by tu zrobić, żeby przebić Ozza. Chłopaki co jakiś czas urządzali sobie takie "konkursy obrzydliwości". Zanim jednak zdążył cokolwiek wymyślić, Ozzy uniósł kieckę, wyciągnął fiuta i odlał się na ziemię.
- Ahhh... - odetchnął z ulgą opróżniając pęcherz, po czym ponownie klęknął i zaczął chłeptać własne szczyny wprost z chodnika, niczym kot.
Miałam wrażenie, że zaraz się zrzygam. Odwróciłam głowę w bok, ale po chwili poczułam, że coś mokrego i ciepłego spływa mi po ciele, spojrzałam, a to Nikki dosłownie lał na mnie!
-Yyyhh! NIKKI! TY SKOŃCZONY DEBILU! - wydarłam się na niego ile sił w płucach, lecz niezbyt się tym przejął.
- Dalej, napij się - zachęcał Ozzy, wskazując na kałużę moczu Sixx'a.
Ten już chciał to zrobić, ale Osbourne odepchnął go w ostatniej chwili i sam zlizał z ziemi jego siki.
Nie wiem co działo się dalej, bo wkurwiona wróciłam do hotelu, by się przebrać i przed wszystkim wziąć prysznic albo i dwa.
Nikki dostał ode mnie srogi opieprz za tę chorą akcję, ale to było nic w porównaniu z tym, który dostał Ozzy od Sharon, gdy ta dowiedziała się o całym zajściu z prasy.
Jak se chcieli chlać szczyny, to mogli - nie mój biznes, ale sikanie na mnie to już co innego. Tego nie byłam w stanie zdzierżyć! W ramach odwetu, gdy Nikki przyszedł do mnie w nocy do pokoju trzasnęłam mu drzwiami przed nosem i poszłam spać do Tommy'ego.
Ale wracając do Osbourne'a, to mimo wszystkich jego dziwactw i odpałów trzeba było przyznać, że Mötley Crüe na prawdę sporo mu zawdzięczali. W końcu sprawił, że chłopaki czuli się na scenie swobodnie i komfortowo nawet przed paro-tysięczną publiką. Oczywiście to rozdmuchało ich ego do niemożliwych rozmiarów. No ale tego już Ozzy nie mógł przewidzieć. W każdym razie był dla nas, w sensie dla zespołu i po części też dla mnie, kimś w rodzaju Wujaszka Dobrej Rady, zawsze gotowego służyć dragami, wódą, czy jakąś pokręconą opowieścią.