LEXI
14 kwietnia 1986 r.Hotel San Remo
San Francisco
- Muszę się w końcu wziąć za CC DeVille'a albo Breta Michaels'a - rzuciłam, zapalając papierosa.
Leżeliśmy z Michael'em na niewygodnym hotelowym łóżku w zmiętej pościeli. Przed chwilą skończyliśmy uprawiać sex.
- Czemu? - nie rozumiał Michael - znudziłem ci się już, czy jak? - zapytał, podnosząc się lekko, wspierając się na łokciu.
- Wiesz, że nie cierpię monogamii, kotku - zachichotałam, wypuszczając z ust obłok dymu w jego stronę.
Michael pomilczał chwilę, po czym przemówił jakby z urazą:
- A wracając do Breta, słyszałem, że wczoraj mu obciągałaś...
- Obciąganie fiuta to jak wdychanie oparów heroiny - zaczęłam poważnym głosem. Widząc pytający wzrok Monroe'a kontynuowałam - niby jest fajnie, ale zajebiście będzie dopiero jak to w siebie władujesz - wyjaśniłam.
Michael zastanowił się przez chwilę, jakby dokładnie analizował moje słowa.
- Jako ćpun i ciota powinieneś coś o tym wiedzieć - zażartowałam.
Chłopak przewrócił oczami.
- Nie dość, że piękna, to jeszcze zadziorna! I jak tu ci się oprzeć? - westchnął, a następnie przysunął się do mnie i zaczął całować po szyi i piersiach.
Widocznie miał ochotę na powtórkę z rozrywki.
- Hej, Lexi! Jesteś tam? - rozległo się wołanie zza drzwi. To był Andy. Któż inny miał tak fatalne wyczucie chwili?!
- Jestem, a co? - odkrzyknęłam.
- Chłopaki z Poison wrócili, jeśli cię to interesuje. Są w swoich pokojach.
Ucieszyłam się na te wieści i to bardzo.
- Super, zaraz u nich będę - uśmiechnęłam się.
- Czyli, że jednak nawaleni, dziwkolubni Amerykanie wygrywają - mruknął Michael, posyłając mi spojrzenie zbitego szczeniaczka.
- Oj, daj spokój, ty mój nawalony, dziwkolubny Finie - pogłaskałam go po natapirowanych włosach - przecież sam dobrze wiesz, że ciebie lubię ruchać najbardziej - powiedziałam, całując go.
Zgasiłam papierosa, wskoczyłam w swoją panterkową sukienkę, która leżała na podłodze i poprawiając zlizany przez Michael'a make-up, pobiegłam na spotkanie z moim kolejnym celem, skazując Monroe'a na masturbację, bądź zadowolenie się którąś z fanek, kręcących się po hotelu.
LOTTI
14 kwietnia 1986 r.Community War Memorial
Rochester
- Pobudka! - poczułam, że ktoś szturcha mnie w ramię. Otworzyłam powoli oczy.
- Co się stało? - spytałam zmulonym tonem, próbując ogarnąć gdzie jestem.
- Jesteśmy na miejscu - odparła Lorri, wysiadając z auta i idąc do bagażnika po swoją walizkę.
Usiadłam i podrapałam się po głowie.
Mieliśmy równo cztery godziny na zameldowanie się w hotelu, dotarcie do sali koncertowej i przygotowanie wszystkiego przed wieczornym występem.
Zatrzymaliśmy się w hotelu Cadillac. Dostałam pokój z dwiema dziewczynami. Jedna z nich, tak jak ja, była garderobianą, druga spotykała się z którymś z dźwiękowców. Nie było czasu na rozpakowywanie się. Zostawiliśmy tylko bagaże w pokojach, odebraliśmy przepustki i zabraliśmy się za nasze obowiązki.
Z początku prawie w ogóle nie wiedziałam co mam robić, ale pozostali szybko wytłumaczyli mi co i jak. Jako nowej w ekipie przydzielono mi tzw. czarną robotę - pranie i sprzątanie. Po koncercie miałam zebrać brudne ubrania i dopilnować by następnego dnia były czyste i pachnące. Oprócz tego do moich obowiązków należało również dbanie o porządek w garderobach.
Pranie brudów nie przeszkadzało mi. W końcu przecież przyjechałam tu do pracy nie na wakacje. Zdecydowanie bardziej obawiałam się, że zrobię, czy powiem coś nie tak.
Metallica nie była zespołem, który nie wiadomo jak stroi się na scenę, dlatego oprócz mnie mieli tylko jedną garderobianą, która okazjonalnie robiła za fryzjerkę. Laska była bezgranicznie zakochana w zespołach glam metalowych z L.A. i usilnie próbowała przerobić wizerunek Mety na taki właśnie zespół. Na szczęście bezskutecznie. Ciągle kłóciła się z Larsem o włosy i ubrania.
- Może chociaż trochę je podtapiruję - zaczęła, bawiąc się kosmykiem włosów Ulricha.
- Viki, ogarnij się wreszcie - uniósł się Lars - mówiłem ci już z miliard razy, że nie jesteśmy jakimiś tam glam-ciotami i nie będziemy się tapirować!
- Ale dzięki temu byłbyś wyższy - przekonywała dziewczyna.
- A ty zaraz będziesz bezrobotna! - zagroził perkusista, piorunując ją wzrokiem.
- Larsik, przemyśl to - zawołał od progu James, wchodząc do garderoby - dodatkowe centymetry tu i tam ci nie zaszkodzą - poczochrał go po głowie.
Lars coś tam odburknął, ale nie zrozumiałam co. James natomiast zrzucił z siebie koszulkę z logo The Misfits i założył podany mu przez Viki czarny T-shirt bez rękawów z napisem "FUCK OFF".
- Widział ktoś gdzieś mój pas z nabojami? - Kirk rozejrzał się po garderobie.
- Nowa, zajmij się tym - poleciła mi Viktoria, która akurat ubierała Cliffa w jego dżinsową kurtkę.
Posłusznie zaczęłam szukać paska Kirk'a.
- Proszę, tu jest - powiedziałam, oddając zgubę właścicielowi.
- Dzięki - Hammett szybko zapiął pas - ratujesz mi dupę, dosłownie.
- Taką mam pracę - uśmiechnęłam się.
- Chłopaki, pół godziny! - krzyknął ktoś zza drzwi.
- Kto się napije? - zaproponowała Lorri, wbijając do środka ze zgrzewką Heineken'ów w ręce.
Wszyscy się skusili.
Później przyszedł ochroniarz, ten sam co wczoraj i wyprowadził zespół na backstage. Lorri i Viki poszły z nimi. Ja zostałam. Zabrałam się za porządki. Pozbierałam pozostawione po chłopakach ciuchy do kosza stojącego w kącie i ogarnęłam wszystko wokół. Niestety nie wiedziałam gdzie trzymają czyste ubrania, czy choćby szlafroki, które zazwyczaj zarzucają na siebie muzycy po zejściu ze sceny. Czekałam więc na powrót któreś z dziewczyn.
Po ponad godzinie przyszedł jakiś brodaty facet i powiedział, żebym przygotowała ręczniki i cytat "wypierdalała za kulisy".
Zrobiłam co mi kazał.
Na backstage'u Lorri jak zwykle stała przy samej scenie i podawała chłopakom piwo. Dołączyłam do niej i czekałyśmy aż skończą grać.
- Daliście czadu, panowie - uśmiechnęła się do zespołu dziewczyna.
- Dzięki - odparł Cliff, odkładając do futerału swoją basówkę.
Rozdałam muzykom ręczniki.
- Chodź, nowa, mamy robotę - pociągnęła mnie za rękę Viki - ty pierzesz dziś, ja jutro. Zanieś im czyste rzeczy, poczekaj aż się przebiorą, zapakuj wszystkie brudy do wora i znajdź jakąś pralnię. Tu masz kasę - poinstruowała, dając mi kilka zmiętych dolarów.
- A ty co będziesz robiła? - spytałam.
- Ja posprzątam garderobę - oznajmiła Viki dumnym głosem.
- Ale ja już tam sprzątałam ...
- Kochana - zaśmiała się - ten twój porządek utrzyma się góra pięć minut. Zaraz zobaczysz jaki tam robią syf - powiedziała, wręczając mi kupkę ubrań - widzimy się w hotelu - pożegnała się.
Wróciłam do garderoby. Lars siedział goły na kanapie i palił skręta. Obok niego James bez spodni popijał browarka i patrzył jak pewna blond piękność robi mu loda. Kirk i Cliff stali w rogu. Hammett majstrował coś przy swojej gitarze, a Cliff przeglądał Playboy'a, pokazując koledze zdjęcia co ładniejszych lasek.
Viktoria miała rację, z moich wcześniejszych porządków nie pozostał ani ślad.
- Eeee, przyniosłam wam ubrania - wyjąkałam zakłopotana.
- O, fajnie, połóż je tam - Lars, drapiąc się po tyłku, wskazał niedbałym gestem na stolik pod ścianą.
Zostawiłam ubrania i czerwona jak burak wzięłam się za sprzątanie brudnych rzeczy. Tak szybko jak tylko umiałam wpakowałam je do worka i z trudem zarzuciłam go na plecy.
- Czekaj, pomogę ci - Kirk chciał wziąć ode mnie worek.
- Nie, w porządku, dam radę - odparłam.
- Oj, Kirk! - James, śmiejąc się pogroził mu palcem - nie podrywaj naszych pracownic, bo wyjdziesz na zboczeńca - rechotał.
Poczułam, że czerwienię się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.
- Ja w przeciwieństwie do was jestem dżentelmenem - zaśmiał się chłopak - dokąd masz to zanieść? - zwrócił się do mnie.
- Do pralni - odpowiedziałam.
- No to w drogę - Kirk z łatwością przerzucił wór z praniem przez ramię i ruszył przodem przytrzymując mi drzwi, patrząc jak jego kolegom opadają szczeny.
W pralni
- Viki nieźle cię wkopała, co? - zagadał Kirk, ładując ciuchy do bębna pralki.
Nie mogłam w to uwierzyć - właśnie robiłam pranie z Kirkiem Hammett'em. Gdybym komuś o tym powiedziała, pewnie zabiliby mnie śmiechem.
- Obiecała, że zrobi pranie jutro - wyjaśniłam.
- Beth też tak wkręcała - mruknął Hammett - Viki zawsze ma jakąś wymówkę, żeby nie pracować.
Nic na to nie odpowiedziałam.
Zamknęłam drzwiczki pralki, wsypałam proszek i ustawiłam odpowiedni program.
Mieliśmy całe 40 minut zanim ubrania się wypiorą. Usiedliśmy na krzesłach ustawionych pod ścianą i czekaliśmy. Mogło to być 40 minut wypełnionych niezręczną ciszą i gapieniem się na siebie, ale mój towarzysz postanowił sprawić aby tak nie było.
- Pójdę po coś do picia - zaproponował, szukając w kieszeni drobnych.
Patrzyłam jak podchodzi do automatu z napojami, wrzuca do niego monety i wyciąga dwie puszki coca-coli.
- Proszę bardzo - powiedział, podając mi napój.
- Dzięki - uśmiechnęłam się, biorąc łyk.
- Tooo, jak ci się u nas podoba? - chciał znaleźć temat do rozmowy.
- Biorąc pod uwagę, że 2 dni temu jadłam pizzę z mikrofali, gapiąc się na plakaty Metallicy, a dzisiaj siedzę w pralni z ich gitarzystą, to jest zajebiście! - zaśmiałam się.
Kirk zawtórował mi.
Dalej rozmowa poszła nam jak z płatka. Dyskutowaliśmy o muzyce, zespołach, które oboje lubiliśmy. Później zaczął się temat horrorów. Tutaj to dopiero popłynęliśmy! Kirk dosłownie ubóstwiał kino grozy. Ja zresztą też. Gadało mi się z nim tak dobrze, że niemal zupełnie zapomniałam, że jest sławnym muzykiem. Był taki...normalny i bardzo miły.
Gdy pralka skończyła prać, wpakowaliśmy wszystko z powrotem do worka, zapłaciliśmy za usługę i ruszyliśmy w stronę hotelu.
Było już dosyć późno, ale stwierdziliśmy, że mimo to się przejdziemy. Noc była ciepła. Spacerowaliśmy przez prawie godzinę, nie mogąc oderwać się od rozmowy.
Hotel Cadillac
Po powrocie zastałam pusty pokój. Viki poszła gdzieś zabawić się z resztą zespołu, a ta druga dziewczyna przeniosła się do swojego chłopaka.
Wzięłam prysznic, trochę poczytałam i poszłam spać. Koło szóstej przyszła Viktoria.
- Asenaebaam! - wybełkotała, rzucając się na łóżko.
Chrapała tak głośno, że nie byłam w stanie ponownie zasnąć. Ubrałam się i poszłam zrobić sobie kawę. Kiedy wróciłam w pokoju była już ta druga laska.
- Hej, wpadłam tylko po swoje rzeczy - rzuciła, biorąc walizkę - o dziesiątej ruszamy.
Skinęłam głową.
- Trzeba będzie obudzić Viki - westchnęła dziewczyna - będziesz to pić? - zapytała, patrząc na resztkę mojej kawy.
- W sumie nie - odparłam, podając jej kubek, a ona podeszła do Viktiorii i potrząsnęła nią:
- Viki, obudź się!
- Weź spierdalaj - mruknęła Viki przez sen.
- Chciałam być miła, ale skora tak... - wzruszyła ramionami, wylewając jej kawę na głowę.
- O żesz kurwa! Ellen! - Viki podskoczyła, zrywając się na równe nogi - ty suko, dlaczego to zrobiłaś ?! - warknęła rozwścieczona.
- Żebyś wstała - zachichotała dziewczyna - zresztą, powinnaś mi podziękować. Jakbym cię nie obudziła to byś tu pewnie została.
Nadąsana Viktoria pomaszerowała do łazienki, mamrocząc coś pod nosem.
Spojrzałam na zadowoloną z siebie Ellen.
- Spoko, nic jej nie nie będzie. Poobraża się trochę i jej przejdzie - machnęła ręką.
O dziesiątej na parkingu stała już cała ekipa, zwarta i gotowa do drogi, ale jednak wciąż nie ruszaliśmy. Przeprowadzano jakąś kontrolę autobusu, czy coś. Lorri wytłumaczyła mi, że to rutynowe działanie i że wszystko będzie ok, o ile każdy pochował swoje dragi.
Miała rację, bo już niebawem mogliśmy jechać. Najwidoczniej gliny nic nie znalazły.
Najpierw jechałam z nią i Trip'em, ale potem podczas postoju na stacji benzynowej ktoś powiedział, że ja i Viki mamy przesiąść się do autokaru Metallicy i trochę tam ogarnąć.
Viki wciąż była obrażona na Ellen o tą pobudkę. Dobrze, że nie wiedziała, że to była moja kawa, wtedy pewnie i mnie by się oberwało.
U Mety panował straszny bałagan. Jeszcze gorszy niż w garderobach! Jako takie posprzątanie zajęło nam dobre dwie godziny, ale musiałyśmy posprzątać, inaczej chłopaki nie mieliby w czym chodzić. Większość ich ubrań walających się po podłodze i pod fotelami była albo zarzygana, albo uwalona żarciem, albo śmierdząca piwem! Nie wspominając już o wszechobecnych kawałkach porozbijanych butelek i niedopałkach papierosów. No, ale czego można się spodziewać po zespole metalowym?
Kiedy skończyłyśmy chciałam na najbliższym postoju wrócić do auta Trip'a, ale James częstował Guinness'em, a Viki stwierdziła, że szefowi się nie odmawia, więc zostałyśmy.



