Ten rozdział chciałabym zadedykować dwóm wyjątkowym osobom: Rob'owi Halford'owi, ponieważ miał niedawno urodziny oraz cudownej Reverie, której komentarze sprawiają, że mam ochotę i energię, by dalej pisać to opowiadanie <3 <3 <3
LEXI
8 maja 1986 r.
Posterunek policjiPhiladelphia
Z Poison podróżowaliśmy mini busem. Podłoga w nim była tak zasyfiona, że ledwo dało się przejść z jednego końca do drugiego. W zasadzie było to kompletnie nie możliwe nie napataczając się po drodze na rozbite szkło, niedojedzoną pizze lub zużytego kondoma (aż dziwię się, że któryś z Poison pamiętał o tym, by ich używać). W dodatku wszystkie siedzenia dosłownie lepiły się od brudu, potu i innych wydzielin, których opisywanie sobie daruję.
Bret cieszył się, że zdecydowałam się jechać z nimi. W prawdzie chętnych panienek mieli pod dostatkiem, ale moja reputacja mnie wyprzedzała. Jeszcze zanim dołączyłam do trasy z Hanoi Rocks, CC, Bret, Rikki i Bobby liczyli, że mnie spotkają i zaliczą. Nie powiedziałam im oczywiście, że gdyby nie to, że supportują Mötley Crüe, to z całą pewnością zostałabym z H. R., albo wróciła do L.A. i nawet nie obeszłoby mnie ich odejście. Po co miałam im psuć zabawę? Byli młodym zespołem. Mieli dopiero jeden album na koncie, ale za to wypchany radiowymi przebojami. No i te ich występy... na żywo byli nieziemscy!
Pierwszego wieczoru poszliśmy z chłopakami do klubu ze striptizem. Oni bawili się przednio, ja niekoniecznie. Na domiar złego podawali tam kiepskie drinki. Namówiłam więc Bret'a, żebyśmy wrócili do hotelu i zabawili się trochę ze sobą.
- No, choooodź - szarpnęłam go za rękaw skórzanej kurtki - co one mają, czego nie mam ja? - spytałam, patrząc na wijące się na rurach dziewczyny.
Bret przez chwilę łypał wzrokiem to na mnie, to na tancerki, aż w końcu zgodził się żeby ze mną wyjść.
Po drodze wstąpiliśmy do monopolowego, żeby uzupełnić zapasy alkoholu. Do hotelu jednak nie wróciliśmy, gdyż popełniliśmy kardynalny błąd i popijawę zaczęliśmy już na ławce w pobliskim parku. Nie muszę chyba mówić jak to się skończyło.
Rano ocknęliśmy się nadzy i obolali w krzakach. Łeb napieprzał mnie jak nie wiem co, a w ustach miałam pustynię.
- Bret, co myśmy odjebali? - spojrzałam zdezorientowana na leżącego obok mnie chłopaka.
- Kurwa, nie wiem - powiedział, z trudem zakładając spodnie - ale coś czuję, że trzeba się zbierać - ziewnął i podrapał się po potarganych włosach.
Było zimno, więc Bret oddał mi swoją kurtkę. Szliśmy przez miasto, mijając witryny sklepowe i zszokowanych naszym widokiem przechodniów.
- Choler! - zawołał przerażony wokalista, stając jak wmurowany z rozdziawioną buzią przed jedną z szyb - Lexi, szybko, dawaj kosmetyki! Wyglądam jak potwór, kurwa mać!
- Co się dziwisz? Spaliśmy przecież w krzakach - przypomniałam mu, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu podkładu, pudru i szminki.
A myślałam, że to Michael ma hopla na punkcie make-up'u.
Byliśmy niezłą atrakcją dla przechodzących obok nas ludzi: Bret wgapiony w witrynę sklepu mięsnego, robiący poranną tapetę i ja, stojąca obok w samej bieliźnie i za dużej kurtce, paląca najspokojniej w świecie papierosa. A co się miałam innymi przejmować?!
Już po chwili zebrał się wokół nas tłum gapiów, a wśród nich kilka napalonych na Michaels'a małolat. Tłuste, pryszczate gimnazjalistki, piszczące coś w stylu " O, boziu, to Bret Michaels! OMG! OMG!" Rzygać mi się od tego chciało! A może to przez wczorajszy alkohol? W każdym razie, nie byłam w zbyt dobrym nastroju, więc rzuciłam w ich stronę jakimś chamskim tekstem, gówniary odpyskowały i ani się obejrzałam, a już obkładałyśmy się po twarzach pięściami i szarpałyśmy za włosy.
Skończyło się na tym, że musieli nas z Bret'em odbierać z komisariatu, ale czy to była jakaś nowość?
- Kto i co tym razem odwalił?! - Howie Hubberman, manager Poison zmierzył nas gniewnym spojrzeniem.
- To ona! - Bret natychmiastowo, bez chwili namysłu i żadnych skrupułów zrzucił całą winę na mnie.
- Iście rycerska postawa, kotku - mruknęłam z przekąsem.
- Jak chcesz rycerza, to se idź do Ronni'ego James'a Dio - przewrócił oczami Michaels, krzyżując ręce na piersiach.
Hubberman wpłacił kaucję i byliśmy wolni. Wiedziałam jednak, że gdyby chodziło tylko o mnie nawet nie obejrzałby się i szybko zgarnął zespół do innego miasta, a ja gniłabym tu do usranej śmierci. Nie wiedziałam czemu, ale ten dziad mnie nie znosił. Hmmm, może to dlatego, że kiedyś nie chciałam iść z nim do łóżka? Albo dlatego, że podwędziłam z jego sklepu gitarę dla Dave'a Sabo? W każdym razie koleś uważał mnie za zdzirę najgorszego sortu i obwiniał za wszystkie wybryki Poison'ów. Jakby beze mnie zachowywali się choć odrobinę lepiej!
LOTTI
10 maja 1986 r.
Garderoba MetallicyFort Worth
Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie skórzaną kurtkę z frędzlami i nowe adidasy. Jeszcze nigdy nie zarabiałam tylu pieniędzy! W szwalni musiałabym harować co najmniej przez pół roku, żeby zarobić tyle, co u Metallicy w miesiąc. Lorri stwierdziła, że w tych nowych ciuchach wyglądam jak rasowy thrasher i pasuję do ekipy.
Może i wyglądałam dobrze, ale czułam się wprost przeciwnie. Nie wiedziałam ile czasu jeszcze będę w stanie unikać rozmowy z wiadomo kim.
Do przyjścia chłopaków miałyśmy jeszcze kupę czasu, więc siedziałyśmy z Lorri w pustej garderobie i słuchałyśmy muzyki.
You won't hear me
But you'll feel me
Without warning, somethings dawning, listen...
Then within your senses,
You'll know you're defenseless...
How your heart beats,
When you run for cover
Your can't retrest I spy like no other
Nie mogłam się oprzeć, wskoczyłam na pokrytą czerwonym obiciem kanapę i zaczęłam śpiewać razem z nią.
I'm your turbo lover
Tell me there's no other
I'm your turbo lover
Better run for cover!
Wykrzykiwałyśmy tekst, starając się przy tym machać rękami i kręcić biodrami, choć w połowie tak seksownie jak Rob w teledysku.
Wyrzucałyśmy właśnie z siebie ostatnie słowa, próbując nie udusić się ze śmiechu, gdy do garderoby wparował Kirk.
- Lotti, możemy w końcu pogadać? - zapytał od progu, a ja zastygłam.
Musiał wiedzieć, że mnie tu zastanie i specjalnie przyjechał do hali kilka godzin wcześniej. Normalnie nikt z zespołu nie przyjeżdża tak prędko.
- Oj, przepraszam. Przeszkodziłem wam? - Hammett zakłopotał się lekko, widząc nas stojące na kanapie z zaimprowizowanymi "mikrofonami" w ręku.
Lorri wyłączyła muzykę.
- To ja was zostawię samych - zawołała i ulotniła się zanim zdążyłam ją powstrzymać.
Zeszłam z tapczanu i wzięłam głęboki oddech. Teraz już nie miałam wyboru, chcąc czy nie chcąc musiałam porozmawiać z Kirk'iem.
- O czym chcesz gadać? - udałam, że nie mam pojęcia co jest grane.
- Dlaczego się tak zachowujesz? Unikasz mnie i w ogóle... zrobiłem coś nie tak? O co chodzi?! - spojrzał na mnie pytająco swoimi wielkimi, brązowymi oczami.
- Kirk... - zaczęłam, przełykając nerwowo ślinę - to serio nie tak jak myślisz... - rany, co za banalny tekst!
- A jak? - nie rozumiał Hammett.
Spuściłam wzrok.
- Ja... po tym, co między nami zaszło...
Kirk milczał, wyraźnie czekając na dalsze wyjaśnienia. Podniosłam z powrotem na niego wzrok.
- Co zaszło? - spytał, szczerze zaskoczony.
- No... przecież my... wtedy w klubie... - czułam, że plącze mi się język.
- Tańczyliśmy, piliśmy i tyle - wzruszył ramionami Kirk, dokańczając moje zdanie.
- I tyle?! - wytrzeszczyłam oczy - spaliśmy ze sobą! To jest dla ciebie "i tyle"?! - wypaliłam.
- Ej, ej, czekaj - zmieszał się chłopak - kiedy niby ze sobą spaliśmy? - spytał z nie krytym zdziwieniem - chyba bym to pamiętał - dodał, zawahawszy się lekko.
- Jak to kiedy?! Wtedy po tamtej nocy w klubie.
Kirk zaczął się śmiać.
- Co cię tak bawi? - nie rozumiałam.
- Ohh, Lotti - zaczął Hammett, wciąż chichocząc - my wtedy wcale ze sobą nie spaliśmy - powiedział.
Zatkało mnie.
- Co? - potrząsnęłam głową, nic nie rozumiejąc.
- Urwał ci się film, więc zaniosłem cię do siebie i no spałaś ze mną na łóżku, to fakt, ale nie robiliśmy tego, co myślisz. Co to, to nie - wyjaśnił, rumieniąc się odrobinę.
Poczułam jak moje policzki i cała twarz robią się czerwone ze wstydu. Przez ten cały czas byłam pewna, że my... boże, jaka siara!
- Ale przecież byłam naga - wbrew wszelkiej logice, zamiast zamknąć się i nie pogrążać jeszcze bardziej, mówiłam dalej.
Hammett zmieszał się odrobinę.
- Pomogłem ci zdjąć dżinsy, no a resztę - dodał, mając za pewne na myśli bluzkę i bieliznę - musiałaś zdjąć sama.
Stałam przed nim z grobową miną, nie umiejąc znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi.
- Wiesz, nie jestem takim typem, co wykorzystuje pijane laski - powiedział chłopak z pełną powagą.
- Aahhhaaa - tylko tyle byłam w stanie jeszcze z siebie wykrztusić.
Zrobiło mi się niezmiernie głupio. Jak mogłam posądzić go o takie rzeczy?! Oh, wyszłam przed nim na kretynkę już nie wiem który raz!





