czwartek, 29 sierpnia 2019

Route Diaries 12

Ten rozdział chciałabym zadedykować dwóm wyjątkowym osobom: Rob'owi Halford'owi, ponieważ miał niedawno urodziny oraz cudownej Reverie, której komentarze sprawiają, że mam ochotę i energię, by dalej pisać to opowiadanie <3 <3 <3

LEXI

8 maja 1986 r.
Posterunek policji
Philadelphia
Z Poison podróżowaliśmy mini busem. Podłoga w nim była tak zasyfiona, że ledwo dało się przejść z jednego końca do drugiego. W zasadzie było to kompletnie nie możliwe nie napataczając się po drodze na rozbite szkło, niedojedzoną pizze lub zużytego kondoma (aż dziwię się, że któryś z Poison pamiętał o tym, by ich używać). W dodatku wszystkie siedzenia dosłownie lepiły się od brudu, potu i innych wydzielin, których opisywanie sobie daruję.
Bret cieszył się, że zdecydowałam się jechać z nimi. W prawdzie chętnych panienek mieli pod dostatkiem, ale moja reputacja mnie wyprzedzała. Jeszcze zanim dołączyłam do trasy z Hanoi Rocks, CC, Bret, Rikki i Bobby liczyli, że mnie spotkają i zaliczą. Nie powiedziałam im oczywiście, że gdyby nie to, że supportują Mötley Crüe, to z całą pewnością zostałabym z H. R., albo wróciła do L.A. i nawet nie obeszłoby mnie ich odejście. Po co miałam im psuć zabawę? Byli młodym zespołem. Mieli dopiero jeden album na koncie, ale za to wypchany radiowymi przebojami. No i te ich występy... na żywo byli nieziemscy!
Pierwszego wieczoru poszliśmy z chłopakami do klubu ze striptizem. Oni bawili się przednio, ja niekoniecznie. Na domiar złego podawali tam kiepskie drinki. Namówiłam więc Bret'a, żebyśmy wrócili do hotelu i zabawili się trochę ze sobą.
- No, choooodź - szarpnęłam go za rękaw skórzanej kurtki - co one mają, czego nie mam ja? - spytałam, patrząc na wijące się na rurach dziewczyny.
Bret przez chwilę łypał wzrokiem to na mnie, to na tancerki, aż w końcu zgodził się żeby ze mną wyjść.
Po drodze wstąpiliśmy do monopolowego, żeby uzupełnić zapasy alkoholu. Do hotelu jednak nie wróciliśmy, gdyż popełniliśmy kardynalny błąd i popijawę zaczęliśmy już na ławce w pobliskim parku. Nie muszę chyba mówić jak to się skończyło.
Rano ocknęliśmy się nadzy i obolali w krzakach. Łeb napieprzał mnie jak nie wiem co, a w ustach miałam pustynię.
- Bret, co myśmy odjebali? - spojrzałam zdezorientowana na leżącego obok mnie chłopaka.
- Kurwa, nie wiem - powiedział, z trudem zakładając spodnie - ale coś czuję, że trzeba się zbierać - ziewnął i podrapał się po potarganych włosach.
Było zimno, więc Bret oddał mi swoją kurtkę. Szliśmy przez miasto, mijając witryny sklepowe i zszokowanych naszym widokiem przechodniów.
- Choler! - zawołał przerażony wokalista, stając jak wmurowany z rozdziawioną buzią przed jedną z szyb - Lexi, szybko, dawaj kosmetyki! Wyglądam jak potwór, kurwa mać!
- Co się dziwisz? Spaliśmy przecież w krzakach - przypomniałam mu, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu podkładu, pudru i szminki.
A myślałam, że to Michael ma hopla na punkcie make-up'u.
Byliśmy niezłą atrakcją dla przechodzących obok nas ludzi: Bret wgapiony w witrynę sklepu mięsnego, robiący poranną tapetę i ja, stojąca obok w samej bieliźnie i za dużej kurtce, paląca najspokojniej w świecie papierosa. A co się miałam innymi przejmować?!
Już po chwili zebrał się wokół nas tłum gapiów, a wśród nich kilka napalonych na Michaels'a małolat. Tłuste, pryszczate gimnazjalistki, piszczące coś w stylu " O, boziu, to Bret Michaels! OMG! OMG!" Rzygać mi się od tego chciało! A może to przez wczorajszy alkohol? W każdym razie, nie byłam w zbyt dobrym nastroju, więc rzuciłam w ich stronę jakimś chamskim tekstem, gówniary odpyskowały i ani się obejrzałam, a już obkładałyśmy się po twarzach pięściami i szarpałyśmy za włosy.
Skończyło się na tym, że musieli nas z Bret'em odbierać z komisariatu, ale czy to była jakaś nowość?
- Kto i co tym razem odwalił?! - Howie Hubberman, manager Poison zmierzył nas gniewnym spojrzeniem.
- To ona! - Bret natychmiastowo, bez chwili namysłu i żadnych skrupułów zrzucił całą winę na mnie.
- Iście rycerska postawa, kotku - mruknęłam z przekąsem.
- Jak chcesz rycerza, to se idź do Ronni'ego James'a Dio - przewrócił oczami Michaels, krzyżując ręce na piersiach.
Hubberman wpłacił kaucję i byliśmy wolni. Wiedziałam jednak, że gdyby chodziło tylko o mnie nawet nie obejrzałby się i szybko zgarnął zespół do innego miasta, a ja gniłabym tu do usranej śmierci. Nie wiedziałam czemu, ale ten dziad mnie nie znosił. Hmmm, może to dlatego, że kiedyś nie chciałam iść z nim do łóżka? Albo dlatego, że podwędziłam z jego sklepu gitarę dla Dave'a Sabo? W każdym razie koleś uważał mnie za zdzirę najgorszego sortu i obwiniał za wszystkie wybryki Poison'ów. Jakby beze mnie zachowywali się choć odrobinę lepiej!



LOTTI

10 maja 1986 r.
Garderoba Metallicy
Fort Worth
Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie skórzaną kurtkę z frędzlami i nowe adidasy. Jeszcze nigdy nie zarabiałam tylu pieniędzy! W szwalni musiałabym harować co najmniej przez pół roku, żeby zarobić tyle, co u Metallicy w miesiąc. Lorri stwierdziła, że w tych nowych ciuchach wyglądam jak rasowy thrasher i pasuję do ekipy.
Może i wyglądałam dobrze, ale czułam się wprost przeciwnie. Nie wiedziałam ile czasu jeszcze będę w stanie unikać rozmowy z wiadomo kim.
Do przyjścia chłopaków miałyśmy jeszcze kupę czasu, więc siedziałyśmy z Lorri w pustej garderobie i słuchałyśmy muzyki.


You won't hear me
But you'll feel me
Without warning, somethings dawning, listen...

Lorri chodziła po pomieszczeniu i śpiewała, próbując naśladować głos i ruchy Rob'a Halford'a.

Then within your senses,
You'll know you're defenseless...

- Dawaj Lotti, śpiewaj ze mną! - zachęcała mnie, podsuwając "mikrofon" w postaci szczotki do włosów.

How your heart beats,
When you run for cover
Your can't retrest I spy like no other

Darła się dalej moja koleżanka, tym razem do dezodorantu.
Nie mogłam się oprzeć, wskoczyłam na pokrytą czerwonym obiciem kanapę i zaczęłam śpiewać razem z nią.

I'm your turbo lover
Tell me there's no other
I'm your turbo lover
Better run for cover!

Wykrzykiwałyśmy tekst, starając się przy tym machać rękami i kręcić biodrami, choć w połowie tak seksownie jak Rob w teledysku.
Wyrzucałyśmy właśnie z siebie ostatnie słowa, próbując nie udusić się ze śmiechu, gdy do garderoby wparował Kirk.
- Lotti, możemy w końcu pogadać? - zapytał od progu, a ja zastygłam.
Musiał wiedzieć, że mnie tu zastanie i specjalnie przyjechał do hali kilka godzin wcześniej. Normalnie nikt z zespołu nie przyjeżdża tak prędko.
- Oj, przepraszam. Przeszkodziłem wam? - Hammett zakłopotał się lekko, widząc nas stojące na kanapie z zaimprowizowanymi "mikrofonami" w ręku.
Lorri wyłączyła muzykę.
- To ja was zostawię samych - zawołała i ulotniła się zanim zdążyłam ją powstrzymać.
Zeszłam z tapczanu i wzięłam głęboki oddech. Teraz już nie miałam wyboru, chcąc czy nie chcąc musiałam porozmawiać z Kirk'iem.
- O czym chcesz gadać? - udałam, że nie mam pojęcia co jest grane.
- Dlaczego się tak zachowujesz? Unikasz mnie i w ogóle... zrobiłem coś nie tak? O co chodzi?! - spojrzał na mnie pytająco swoimi wielkimi, brązowymi oczami.
- Kirk... - zaczęłam, przełykając nerwowo ślinę - to serio nie tak jak myślisz... - rany, co za banalny tekst!
- A jak? - nie rozumiał Hammett.
Spuściłam wzrok.
- Ja... po tym, co między nami zaszło...
Kirk milczał, wyraźnie czekając na dalsze wyjaśnienia. Podniosłam z powrotem na niego wzrok.
- Co zaszło? - spytał, szczerze zaskoczony.
- No... przecież my... wtedy w klubie... - czułam, że plącze mi się język.
- Tańczyliśmy, piliśmy i tyle - wzruszył ramionami Kirk, dokańczając moje zdanie.
- I tyle?! - wytrzeszczyłam oczy - spaliśmy ze sobą! To jest dla ciebie "i tyle"?! - wypaliłam.
- Ej, ej, czekaj - zmieszał się chłopak - kiedy niby ze sobą spaliśmy? - spytał z nie krytym zdziwieniem - chyba bym to pamiętał - dodał, zawahawszy się lekko.
- Jak to kiedy?! Wtedy po tamtej nocy w klubie.
Kirk zaczął się śmiać.
- Co cię tak bawi? - nie rozumiałam.
- Ohh, Lotti - zaczął Hammett, wciąż chichocząc - my wtedy wcale ze sobą nie spaliśmy - powiedział.
Zatkało mnie.
- Co? - potrząsnęłam głową, nic nie rozumiejąc.
- Urwał ci się film, więc zaniosłem cię do siebie i no spałaś ze mną na łóżku, to fakt, ale nie robiliśmy tego, co myślisz. Co to, to nie - wyjaśnił, rumieniąc się odrobinę.
Poczułam jak moje policzki i cała twarz robią się czerwone ze wstydu. Przez ten cały czas byłam pewna, że my... boże, jaka siara!
- Ale przecież byłam naga - wbrew wszelkiej logice, zamiast zamknąć się i nie pogrążać jeszcze bardziej, mówiłam dalej.
Hammett zmieszał się odrobinę.
- Pomogłem ci zdjąć dżinsy, no a resztę - dodał, mając za pewne na myśli bluzkę i bieliznę - musiałaś zdjąć sama.
Stałam przed nim z grobową miną, nie umiejąc znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi.
- Wiesz, nie jestem takim typem, co wykorzystuje pijane laski - powiedział chłopak z pełną powagą.
- Aahhhaaa - tylko tyle byłam w stanie jeszcze z siebie wykrztusić.
Zrobiło mi się niezmiernie głupio. Jak mogłam posądzić go o takie rzeczy?! Oh, wyszłam przed nim na kretynkę już nie wiem który raz!



poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Route Diaries 11

LOTTI

4 maja 1986 r.
Hotel Peabody
Memphis
Umówiłam się z Viki, że ogarnę Lars'a, Cliff'a i James'a, ale żeby ona zajęła się Kirk'iem. Zgodziła się, choć nie mogła zrozumieć dlaczego nie chcę mieć do czynienia z największym, jej zdaniem, ciachem w Metallice. Hammett próbował kilka razy ze mną pogadać, ale skutecznie mu się wymykałam. Było mi przykro, nie chciałam aby pomyślał, że robię to, bo go nie lubię czy coś. Wręcz przeciwnie. Bardzo go lubiłam, ale tylko lubiłam. Był moim idolem odkąd skończyłam 16 lat i pierwszy raz usłyszałam o Metallice. Praca dla niego i chłopaków była jak spełnienie najskrytszych marzeń, a kumplowanie się z nimi to już w ogóle totalny kosmos! Tym bardziej czułam się fatalnie po tym jak przespałam się z Kirk'iem. Tyle razy powtarzałam sobie, że nigdy nie będę jak te wszystkie dupo-fanki, które przychodzą na koncerty tylko po to, by zaliczyć po kolei wszystkich muzyków. A teraz co? Byłam właśnie jak one! Miałam wrażenie, że spieprzyłam sprawę i to po całości!
Zaraz po występie popędziłam do hotelu. Na szczęście dziś nie była moja kolej na pranie. Popatrzyłam chwilę na tę słynną fontannę z kaczkami stojącą w holu i udałam się do swojego pokoju. Zasnęłam szybko i jeszcze szybciej się obudziłam. A w zasadzie to obudził mnie łomot w drzwi.
- Charlot! Otwieraj! Szybko! - darła się Viki, waląc pięściami w drzwi.
- Już, już! - podbiegłam do wejścia i ją wpuściłam.
- No nareszcie! - zawołała dziewczyna - sterczałam tam z dobre 20 minut! - wskazała na różowy zegarek, który miała zawieszony na nadgarstku.
- Nie zabrałaś ze sobą kluczy? - spytałam, ziewając i zamykając za nią drzwi.
- Gdzieś je posiałam - wzruszyła bezradnie ramionami - przy okazji, jeśli masz jakieś dragi to pozbądź się ich i to szybko - powiedziała, idąc do kibla - Lorri dowiedziała się, że mają nam zrobić niespodziewany najazd policji z psami - wyjaśniła, wsypując do muszli klozetowej wszystkie tabletki i proszki jakie tylko miała i spuściła wodę.
Lorri nie pomyliła się. Jeszcze tej nocy w hotelu pojawili się funkcjonariusze i zaczęli przeszukiwać nasze pokoje.
- Ale żeby tak w środku nocy?! - przewróciła oczami wyraźnie niezadowolona Ellen.
Stała na korytarzu ubrana w niebieski szlafrok. Obok niej o ścianę opierał się Sebastian - techniczny Mety, a prywatnie chłopak Ellen. Ten miał na sobie wyłącznie T-shirt z logo The Rolling Stones i ręcznik przewiązany w pasie. Policjanci zaskoczyli ich. Kiedy Lorri i Viki biegały po hotelu uprzedzając wszystkich, oni akurat byli zajęci sobą.
- Takie mamy procedury - odpowiedział oschle gliniarz.
Jemu najwyraźniej również nie chciało się tu być. Zresztą komu by się chciało o czwartej nad ranem przeszukiwać niemalże całe piętro hotelu, pokój po pokoju, narażając się przy tym na najrozmaitsze wyzwiska i obelgi pod swoim adresem?
- Ktoś musiał nas podkablować - szepnęła Lorri, pochylając się do mnie.
- Co to jest? - zapytał policjant, wyjmując z pomiędzy rzeczy Ellen opakowanie od jakiś leków.
Dziewczyna lekko zbladła.
- Tabletki na ból głowy - odparła, starając się zachować zimną krew - No co?! Często imprezuję, piję to mam kaca - ciągnęła, widząc podejrzliwy wzrok mężczyzny - to chyba nie jest zabronione?
- Yyyyy, nie, nie, oczywiście - pokręcił głową gliniarz, odkładając opakowanie na miejsce.
Ellen odetchnęła z wyraźną ulgą. Tym razem się jej upiekło.
Ponieważ policjanci niczego nie znaleźli, mogliśmy spokojnie wrócić do spania.
- Często dzieją się tu takie akcje? - zapytałam Lorri kiedy było już po wszystkim.
- Od czasu do czasu - odpowiedziała - głównie wtedy, gdy śpimy w pięcio gwiazdkowych hotelach razem z jakimiś ważniakami, którzy dają cynk władzom, że niby zakłócamy ciszę nocną i jesteśmy pod wpływem. Ale nie ma się czym martwić. Wystarczy, że nic przy tobie nie znajdą i po problemie.




LEXI

6 maja 1986 r.
Hotel Floloridan
Tampa
- Zmieniamy support - ogłosił manager Hanoi Rocks.
Nikt się nie przejął. Byliśmy bardziej zajęci wciąganiem koksu i chlaniem wódy, niż słuchaniem kogokolwiek.
- Halo! Dotarło do was?! - mężczyzna podniósł głos.
- Ale co? - zdziwił się Michael, odrywając się od stołu z białym nosem.
- Vinnie Vincent Invasion będzie waszym nowym supportem, rozumiecie? - upewnił się manager, choć nie liczył na to.
- Vinnie Vincent co? - podrapał się w głowę Nasty.
Najwyraźniej pierwszy raz w życiu słyszał o takim zespole.
- Vinnie Vincent Invasion, no wiesz ten zespół byłego gitarzysty KISS - wyjaśnił mu Andy, nieco bardziej obeznany w świecie amerykańskiej muzyki.
- Aha, to ten - pokiwał głową Nasty, choć i tak ni chuja mu to mówiło.
- A co z Poison? - zapytałam między jednym a drugim niuchem.
- Dostali propozycję trasy z Mötley Crüe - powiedział manager.
- Z Mötley Crüe? - upewniłam się - no to ja jadę z nimi! - oznajmiłam.
- Ej, Monroe, dziewczyna chce ci uciec - zauważył Sami.
Ja i Michael obrzuciliśmy go chłodnym spojrzeniem.
- Nie jestem jego dziewczyną!
- Ona wcale nie chce mi uciec!
- CO?! - wykrzyknęliśmy jednocześnie patrząc na siebie zdziwieni.
- Jak to nie jesteś moją dziewczyną? - Michael wydawał się być szczerze zaskoczony.
- Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?! - popukałam się w czoło.
Co on se znowu ubzdurał?!
- Odpowiedz mi!
- Oczywiście, że nie jestem! Nie jestem ani twoja, ani niczyja! - zdenerwowałam się - pieprzę się tu ze wszystkimi i mogę robić co zechcę, a jeśli chcę jechać w trasę z Poison i Mötley Crüe, to tak właśnie zrobię! - krzyknęłam.
Chyba trochę mnie poniosło, no ale nic nie poradzę, taki już mój charakter.
- Uuu, niech ktoś idzie po popcorn, zapowiada się niezłe przedstawienie - wtrącił się ten idiota Sami.
- Zamknij się! - warknęłam.
- Ej, nie krzycz na niego! - oburzył się Monroe.
Chyba bardziej niż to, że podniosłam głos na jego kolegę, dotknęło go to, co mu przed chwilą powiedziałam.
- To ty nie krzycz na mnie! - wrzasnęłam, tym razem na Michael'a - zresztą, jebać was, idę się pakować!
Wyszłam stamtąd i szybkim krokiem udałam się do swojego pokoju.
Michael pobiegł za mną.
- Lexi, błagam cię, daj spokój! Zostań z nami - prosił, licząc, że zmienię zdanie.
Spojrzałam tylko na niego i bez słowa wyciągnęłam spod łóżka moją walizkę, po czym zaczęłam ładować do niej wszystkie ciuchy i kosmetyki walające się po podłodze. Jedna para szpilek nie zmieściła mi się do środka, więc jak gdyby nigdy nic, wypieprzyłam ją przez okno.
- Podjęłam już decyzję - wycedziłam, chcąc uciąć temat na dobre.
- No weź, to przez tę durną kłótnię? - chłopak wybałuszył na mnie te swoje niebieskie oczka.
Wzięłam leżącą na szafce przy łóżku paczkę fajek i wyszłam na balkon.
- Serio, nie bierz tego zbyt do siebie - powiedziałam do Michael'a, ochłonąwszy nieco - taka po prostu jestem - westchnęłam, patrząc na roztaczający się stąd widok na miasto - nie jestem w stanie znieść jakiejkolwiek rutyny, tych samych miejsc, osób... to mnie doprowadza do szału! Potrzebuję zmian.
- Cholera, Lexi! - Monroe złapał mnie za ręce - ja cię kocham! - wykrzyknął - nie opuszczaj mnie, kochanie! Jeśli mnie zostawisz, zabijesz mnie! - dramatyzował.
- Nie bajeruj mnie tekstami z twoich własnych piosenek! - upomniałam go.
Zapomniał chyba, że znam na pamięć je wszystkie.
- No to co mam zrobić, żebyś nie wyjechała? - rozłożył bezradnie ręce.
W jego oczach dostrzegłam coś, czego nie widziałam wcześniej. On to chyba wszystko mówił na serio!
- Ej, ale ty zdajesz sobie sprawę, że oprócz ruchania, to nic nas nie łączy, nie? - chciałam zyskać pewność.
Poważnie?! Żebym po tylu latach wciąż musiała to tłumaczyć?!
- Czyli, że nie jestem dla ciebie niczym więcej, niż tylko tymczasowym bolcem?!
Zaśmiałam się lekko z tego określenia.
- Oczywiście, że jesteś czymś więcej - pocałowałam go - jesteś moim przyjacielem, tylko na ciebie zawsze mogę liczyć - chciałam jakoś poprawić mu nastrój - to co, może pożegnalny numerek? - zaproponowałam.
Od razu poczuł się znacznie lepiej.

Michael szybko się po mnie pocieszył. Nie zdążyłam jeszcze postawić stopy na pokładzie autobusu Poison, a on już prowadzał się z inną dziwką.  Nie miałam mu tego za złe. W relacjach z mężczyznami zawsze stawiałam sprawę jasno - sex to tylko zabawa. Od początku zaznaczałam, że nie traktuję niczego poważnie i nie zamierzam się zmienić. Facetom to odpowiadało. Muzycy jadąc w trasę chcieli się wyszaleć. Nikt tu nie szukał miłości, tylko łatwej okazji do pieprzenia się. Połowa z nich miała żony, czy dziewczyny, które czekały na nich w domach, podczas gdy ci zabawiali się z fankami. I nie było w tym nic złego. Tak po prostu wyglądało nasze życie.



wtorek, 20 sierpnia 2019

Route Diaries 10

LEXI

3 maja 1986 r.
Hotel Ritz - Carlton
Orlando
- Razzle, myślałeś kiedyś o śmierci? - spytałam, wlepiając w perkusistę mętne spojrzenie.
Siedzieliśmy ujarani i zalani w trupa w hotelowym barze. Byliśmy sami, reszta zespołu poszła już do swoich pokoi.
- Coś ty - zaprzeczył Razzle - życie jest na prawdę spoko, po co myśleć o jego końcu? - wzruszył ramionami, pociągając łyk piwa.
Pokiwałam głową dając do zrozumienia, że go słucham, ale jestem zbyt zawiana by wymyślić równie inteligentną odpowiedź.
- A jakby nastąpił koniec świata, to kto by go twoim zdaniem przeżył? - zadałam kolejne pojebane pytanie.
Zawsze kiedy byłam pijana zbierało mi się na dziwne dyskusje i przemyślenia.
Chłopak zastanowił się chwilę.
- Ozzy Osbourne i karaluchy - odpowiedział, śmiejąc się.
Zarechotałam głośno.
- Może jeszcze Keith Richards i Lemmy - dodał po kolejnej chwili namysłu.
- Wiesz co, Razzle, lubię cię - oznajmiłam znienacka, przytulając się do niego - jesteś fajnym gościem, masz ochotę się bzykać? - rzuciłam luźną propozycję.
- Może lepiej zaprowadzę cię do Michael'a - zaproponował Razzle, wiedząc w jakim jestem stanie.
- Nie, ja chcę z tobą - jęknęłam, stając na chwiejących się nogach.
Boże, jaka ja byłam nawalona!
Razzle wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego pokoju.
- Pomóż mi - poprosiłam, mocując się z suwakiem od sukienki.
Pomógł mi zdjąć kieckę i przystąpiliśmy do dzieła.
- Zabierz mnie do nieba, Razzle - szepnęłam, zamykając oczy i wbijając nie zbyt mocno paznokcie w jego plecy.


LOTTI

3 maja 1986 r.
Stacja paliw Petrofina
- Kto jest głodny? - zapytał Trip, widząc, że jadący przed nami korowód aut z autobusem Mety na czele, zatrzymuje się na stacji benzynowej.
- Pójdę kupić coś do żarcia - Lorri sięgnęła do kieszeni czarnych dżinsów po hajs.
Wszyscy zaczęli wysiadać ze swoich pojazdów, żeby zatankować, skorzystać z toalety, uzupełnić zapasy alkoholu lub po rozprostować kości. Chłopaki z Metallicy również opuścili swój autokar.
Pochyliłam się, żeby przypadkiem mnie nie zauważyli i udałam, że szukam czegoś na podłodze.
- Eeee, Lotti, muszę iść do kibla - rzucił Trip, przyglądając się temu co robię z niemałym zdziwieniem - wychodzisz, czy popilnujesz auta?
- Idź śmiało, ja zostanę - odparłam, wyglądając ukradkiem przez szybę.
Chłopaki szli w stronę sklepiku. Kirk rozglądał się wkoło, jakby kogoś szukał, ale na szczęście mnie nie zauważył. Dopiero, gdy cała czwórka zniknęła za szklanymi drzwiami sklepu z przekąskami, odetchnęłam z ulgą, prostując się na siedzeniu.
Zachowywałam się jak kretynka unikając Kirka, ale nie umiałam spojrzeć mu w oczy po tym co zaszło. Czułam się jak zwykła dziwka, która przy pierwszej lepszej okazji wskoczyła do łóżka sławnemu muzykowi. Na samą myśl o tym, co zrobiłam żołądek skręcał mi się i podchodził do gardła.
- Patrz co mam - Lorri wsiadła do samochodu, przerywając moje rozmyślania i wyciągnęła z papierowej torby dwie duże flaszki Danielsa i zawiniętą w folię marihuanę - nawalimy się jak nie wiem co - zapewniła, skręcając jointa.
- Ja chyba spasuję - odparłam.
Po ostatnich wydarzeniach miałam serdecznie dosyć "nawalania się jak nie wiem co".
- Jak wolisz - westchnęła Lorri - jeśli zmienisz zdanie daj znać, zostawię trochę Jack'a dla ciebie - dodała z uśmiechem.
Poczekałyśmy aż wróci Trip i niebawem ruszyliśmy w dalszą drogę.