LEXI
5 lipca 1986 r.
Bar w Sacramento
Nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie naprawiłyby zakupy. No i alkohol. Po tym jak przewaliłam hajs Ozzy'ego na sukienki i buty nieco droższe niż te, które na co dzień nosiłam (No co?! Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć) poszłam do najbliższego pubu, usiadłam przy barze i czekałam, aż mój urok osobisty załatwi resztę. Nie myliłam się. Już po niedługiej chwili dosiadł się do mnie pewien chłopak z nieco ciemniejsza karnacją i burzą loków zasłaniających większą część twarzy. Był nawet całkiem przystojny, choć ciężko było dokładnie stwierdzić przez wyżej wspomniane włosy.
- Cześć maleńka - rzucił, rozsiadając się wygodnie na stołku - można postawić ci drinka? - spytał, odgarniając włosy z czoła i mierząc mnie znad przeciwsłonecznych okularów.
- Ja też bym ci coś chętnie postawiła - mruknęłam, oblizując wargi i czekając na jego reakcję.
Brunet w pierwszej chwili zrobił minę jakby myślał, że się przesłyszał, ale zaraz uśmiechnął się zadziornie i zdejmując okulary ruchem ręki przywołał barmana.
- Dwa razy Jack z colą - powiedział, zerkając na mnie.
Skinęłam głową na znak, że ten drink mi pasuje i wyciągnęłam z mojej nowiutkiej czarnej, lakierowanej torebki przyozdobionej rządkiem ćwieków i dużą srebrną kłódką paczkę fajek.
- Masz ognia? - zwróciłam się do siedzącego obok mnie chłopaka.
- Jasne - wyjął srebrną zapalniczkę z kieszeni skórzanej podniszczonej kurtki.
- Dzięki - odparłam, zapalając papierosa i zaciągając się dymem - no więc - zaczęłam szukać jakiegoś byle tematu do rozmowy - czym się zajmujesz? - spytałam, jakby mnie to interesowało.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a cwaniacki uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Bo ja wiem? - zlustrowałam go od znoszonych kowbojek po czubek czarnego cylindra - wyglądasz mi na kolesia, który wyrywa niezłe laski na tanie drinki i głupawe uśmiechy, bo to daje poczucie satysfakcji i jest przy tym jedyną okazją na zaruchanie kogoś kto nie spędził ostatnich tygodni śpiąc w śmietniku, a poza tym jest tańsze niż wynajęcie prostytutki - powiedziałam tonem znudzonego życiem i tą rozmową eksperta.
Może to podłe, ale jakie prawdziwe.
Chłopaka nieco zamurowało, ale nie tracąc rezonu odpowiedział :
- Otóż, myli się pani, pani psycholog - roześmiał się, pochylając w moją stronę. Pachniał Marlboro i tanim winem oraz mocną wodą kolońską.
- Jestem muzykiem - oznajmił z dumą, pusząc się jak paw - konkretnie gitarzystą.
Chyba myślał, że mi zaimponował.
- Tak? - uniosłam jedną brew - to dlaczego cię nie znam?
- Widocznie mało znasz się na muzyce - rzucił jakby urażony, na co ja prawie zachłysnęłam się drinkiem.
No kurwa, kto jak kto ale ja to akurat na muzyce znam się jak mało kto! W końcu nie ruchałabym tych wszystkich grajków tylko za to, że mieli ładne buźki i duże fiuty. A uwierzcie mi, nie wszyscy mieli. Ale przynajmniej dobrze grali. Za to ten tutaj kudłaty typek, który, kurwa, nie wiadomo kim był i co robił, a śmiał się nazywać muzykiem sugerował mi bezczelnie, że ja się nie znam! JA?!
Spiorunowałam go wzrokiem.
- To może łaskawie mnie oświecisz i powiesz w jakim zespole grasz? - zasugerowałam.
Dziwna sprawa, z jednej strony irytował mnie ten koleś, a z drugiej cholernie pociągał. Niby mogłam w każdej chwili olać go i wyjść, poszukać kolejnego śliniącego się na mój widok kolesia, których, nie oszukujmy się, nie brakowało, albo po prostu spędzić samotny wieczór z flaszką Jack'a i kokainą. Ale jednak coś mówiło mi żebym została.
- Road Crew - wypalił mój rozmówca, opróżniając szklankę na raz.
- Road Crew? - powtórzyłam powoli - nie, nic mi to nie mówi - teraz to ja uśmiechałam się złośliwie.
- Cóż, dopiero zaczynamy... - próbował wyjaśnić takim tonem, że nie umiałam rozgryźć jego emocji - gramy głównie w klubach, jesteśmy dość popularni w Los Angeles - na jego twarzy ponownie zawitał zawadiacki uśmiech, który zaczynał mnie drażnić.
Nie no, tu już przesadził! Fantazja cię poniosła, chłopcze - pomyślałam. Co jak co, ale w LA nawet średnio popularny zespół nie umknąłby mojej uwadze.
- W takim razie co robisz tutaj, panie "gwiazdo"? - znów uniosłam brew z ironią, ale mój głos zabrzmiał dość łagodnie. Nie planowałam tego.
- Przyjechaliśmy z kumplami na koncert Ozzy'ego! - wyszczerzył się jak dzieciak na widok cukierka, co chyba było podobnie jak w przypadku mojego głosu niezamierzone, ale co tam - widzieliśmy go już trzy razy, mamy wszystkie jego płyty, jedną nawet z autografem, Duff odkupił ją od jednego ziomeczka za kasę na żarcie i głodowaliśmy przez trzy dni - pochwalił się, albo raczej wyznał.
Wywołał tym u mnie pobłażliwy uśmiech. Ale nie taki wrednie pobłażliwy, a bardziej coś w rodzaju uśmiechu, który maluje się na twojej twarzy gdy widzisz kogoś kto wciąż ma marzenia, w które spełnienie wierzy całym sercem, kogoś kogo los nie jest w żaden sposób przesądzony, kogoś kto potrafi autentycznie cieszyć się z życia i nie bać opinii innych, kogoś kto właśnie zrzucił maskę pozera udającego gwiazdę i obnażył przed tobą duszę fana.
- Więc jesteś fanem Ozzy'ego - podsumowałam. Do głowy wpadł mi pewien pomysł.
Chłopak energicznie pokiwał głową, rozczochrując jeszcze bardziej swoją bujną szopę.
Nie chciało mi się słuchać kolejnej historii o tym jak w wieku 11 lat dostał płytę Sabbath'ów od ojca/ wujka/ kochanka matki - niepotrzebne skreślić, zakochał się w każdym pojedynczym riffie zagranym przez Iommi'ego i słówku wyśpiewanym przez Osbourne'a, uznał, że Tony jest bogiem, sam zaczął grać na gitarze, zwiał ze szkoły, domu, wyjechał do Miasta Upadłych Aniołów i blah! Blah! BLAH! Wszystkie te opowiastki były takie same i słyszałam je już milion razy. Postanowiłam więc przejść do rzeczy.
- Tak się akurat składa, że jestem tu z Ozzy'm i ekipą Mötley Crüe - o tym drugim wolałabym w sumie zapomnieć.
- Pierdolisz! - chłopak zerwał się ze stołka i wytrzeszczył te swoje wielkie, brązowe oczy ledwie widoczne zza kaskady loków, omal nie rozlewając przy tym mojego drinka.
- Jak chcesz się przekonać to wpadnij dziś za kulisy - powiedziałam, zakładając nogę na nogę i pociągając łyk Daniels'a z colą - wkręcę cię na afterparty - obiecałam.
Kudłaty prawie zamarł z wrażenia.
- WOW! Poważnie?! DZIĘKI! - jarał się jak kościoły w Norwegii.
Tylko się nie zesraj z wrażenia - pomyślałam, lecz zamiast tego rzuciłam:
- Drobnostka.
Hammersmith Odeon
Londyn, Anglia
- Kotku... - zaczął Hammett słodko gdy czesałam mu włosy - bo wiesz, jutro mamy dzień wolny i tak sobie pomyślałem, że może wyskoczymy gdzieś?
- A co proponujesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie przeczesując kolejne pasma jego ciemnych loków.
Uwielbiał gdy to robiłam, choć sama nie wiem czemu. Zaznaczałam wielokrotnie, że fryzjerka ze mnie żadna. Swoje własne włosy nosiłam przeważnie związane w kucyk bądź po prostu luźno opadające na ramiona. Nie byłam nawet pewna czy dobrze je rozczesuję, o żadnych poważniejszych fryzurach nie wspominając. Jednak z jakichś przyczyn Kirk lubił jak go czesałam, no a czego się nie robi dla swojego misiaczka? WTF?! Od kiedy ja używam takich słów?!
- Tak się składa, że widziałem tu w okolicy sklep z komiksami - uśmiechał się coraz szerzej i szerzej.
Wiedziałam, że nie odpuści pójścia tam choćby się waliło i paliło. Za dobrze go znałam. Mimo to postanowiłam odrobinę się z nim podroczyć.
- Przecież masz całą walizkę komiksów - przypomniałam mu żartobliwym tonem.
- A ty masz całą walizkę płyt - odgryzł się Kirk, obracając na krześle i śmiesznie potrząsając głową.
- Haha, no ok, wygrałeś. Pójdziemy tam - obiecałam, całując go w policzek.
Chłopak cieszył się jak nekrofil w kostnicy.
- Dzięki! Dzięki! Dzięki! - zerwał się z miejsca, ściskając mnie i podnosząc do góry - jesteś najlepsza! Wiesz, że jesteś?
- Dobra, dosyć tych amorów, bo się zrzygam - mruknął James, rzucając w nas pustą puszką po piwie.
- Zrzygasz to się na pewno, ale tylko dlatego, że wyżłopałeś właśnie pół zgrzewki browców - wypomniał mu Cliff, spokojny i opanowany jak zawsze.
- Jamesik, czy ty nie jesteś czasem odrobinę zazdrosny? - zachichotała Viki, rzucając Hetfield'owi znaczące spojrzenie.
Siedziała akurat na podłodze i wybierała przypinki na kurtki chłopaków, co ładniejsza zatrzymując dla siebie, jednocześnie przeglądając jakiś magazyn modowy.
- Ja? Zazdrosny?! - prychnął blondyn, krzyżując ręce na piersiach - i co jeszcze?! - starał się udawać obrażonego, ale widać było, że śmieje się pod nosem.
Brakowało tylko Lars'a. Nikt z nas nie miał pojęcia gdzie się podział. Ostatni raz widzieliśmy się z nim wszyscy w hotelu, a teraz jakby zapadł się pod ziemię. Już chcieliśmy iść go szukać, gdy drzwi od garderoby otworzyły się z impetem. Zdyszany Duńczyk wpadł przez nie niczym huragan i nie zwracając uwagi na nic przelazł po przypinkach Viki, strącił kilka klamotów z szafki i i wymachując jakąś gazetą, cały podekscytowany obwieścił:
- Chłopaki! Mamy to, kurwa! Patrzcie! - i opadł ciężko na krzesło.
Zebraliśmy się wokół niego zaciekawieni tym co ma nam do pokazania.
- No co mamy? - dopytywał James, zaglądając mu przez ramię.
- Jesteśmy na okładce pieprzonego Rolling Stone'a! - wykrzyknął, wyrzucając ramiona w górę i wskazał na zdjęcie.
- O kurwa! Pokaż! - Kirk wyrwał mu magazyn z ręki - ja pierdole! Serio! - wykrzyknął, wytrzeszczając oczy i podskakując jak oszalały.
- Daj! - zażądał Hetfield, odbierając gazetę Hammett'owi - hehe! Ale ciebie Larsik to chyba, kurwa, ostro wyretuszowali, bo w życiu takiego gładkiego ryja nie miałeś! - zarechotał doniośle, a reszta zawtórowała mu. Tylko Lars obrażony przeklął coś w swym ojczystym języku.
- Ciebie za to chyba zapomnieli wyretuszować, bo masz na mordzie więcej pryszczy niż "Dynastia" odcinków - odciął się Ulrich, dumny, że udało mu się wymyślić jakąś ciętą ripostę.
James już szykował się by coś odpowiedzieć, ale Cliff go powstrzymał.
- Dajcie spokój - wywrócił oczami - ile wy macie lat?!
- Burton ma rację - zgodził się Kirk - gdyby natura obdarzyła was taką piękną cerą jak moja to żadne retusze nie byłyby wam potrzebne - wybuchnął śmiechem, nie mogąc się powstrzymać, po czym zrobił szybki unik, gdyż Lars cisnął w niego gazetą.
Pewnie zaczęliby się napieprzać, gdyby nie fakt, że musieli wyjść na scenę.
- Jak duże dzieci - westchnęła Viki, kręcąc głową.
- Nawet gorzej - dodałam, wzdychając.
Trafienie na okładkę Rolling Stone'a nie było jedyną okazją do świętowania. Tego wieczoru Metallica grała swój ostatni koncert z Motörhead. Później Lemmy i ekipa mieli wrócić do studia nagrywać nowy album, którego całym fanowskim serduszkiem nie mogłam się doczekać, no a Meta ruszała na dalszy podbój Europy. Smutno było rozstawać się z Kilmister'em i spółką, no ale takie życie.
Szybko uwinęłyśmy się z Viki z robotą (tak, o dziwo Viki mi pomagała) i pospieszyłyśmy na backstage oglądać najprawdopodobniej ostatni występ naszych idoli, na który załapiemy się za darmo.
W czarnych koszulkach ze Snaggletooth'em stanęłyśmy za kulisami, posłuchałyśmy jeszcze dwóch ostatnich kawałków Mety i ze zniecierpliwieniem czekałyśmy na Motörhead.
- Ej, laski! Podajcie ręczniki! - zakrzyknął James cały spocony, schodząc ze sceny.
- Sam se weź - mruknęła Viki - tam leżą - machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
Hetfield zmarszczył gniewnie brwi i splunąwszy na ziemię podszedł do nas bliżej.
- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to leży w zakresie twoich pierdolonych obowiązków - sapnął nieźle wkurzony - to, że sypiasz z szychą z wytwórni nie oznacza, że możesz się opierdalać i migać od roboty! - warknął zaciskając pięści i dopiero widząc jak Viki lata podbródek, a jej oczy zachodzą łzami zdał sobie sprawę, że pojechał nieco za ostro.
- Kurde, sorry! Ja nie chciałem... - zreflektował się, rozkładając ręce, ale ona tylko pobiegła przed siebie nieudolnie tłumiąc płacz.
Spiorunowałam James'a wzrokiem. Stojący obok Lars uczynił to samo.
- Gratulacje, idioto! - pacnął go w ucho.
- Ała! - krzyknął Hetfield - no przecież przeprosiłem... - wymamrotał, rozmasowując bolące miejsce.
Po chwili dołączyli do nas Kirk z Cliff'em i nie wiedząc o co chodzi, pytająco popatrzyli na nasze twarze.
Niewiele myśląc pobiegłam w kierunku, w którym zmierzała roztrzęsiona Viki.
Dogoniłam ją w jednym z bocznych korytarzy prowadzących do wyjścia.
- Viki! - zawołałam, gdy zamaszystym ruchem otworzyła ciężkie drzwi.
Dziewczyna nie zareagowała. Wyszła na dwór i opierając się o srebrną poręcz, nerwowym ruchem odszukała w kieszeni fioletowej ramoneski paczkę cienkich fajek oraz zapałki. Trzęsącymi się dłońmi próbowała zapalić jednego z papierosów. Gdy w końcu jej się to udało zwiesiła głowę i głośno oddychając starała się uspokoić. Niestety bezskutecznie.
Nie wiedząc co powiedzieć po prostu zbliżyłam się do niej i położyłam rękę na jej dygoczącym ramieniu.
- Viki... - zaczęłam szeptem.
Dziewczyna głośno załkała.
- To wszystko jest takie pojebane... - westchnęła ciężko, kręcąc głową i wycierając wierzchem dłoni spływające po jej policzkach łzy.
- Wiem coś o tym - uśmiechnęłam się blado - mogę jednego? - spytałam, wskazując na papierosa.
Viktoria bez słowa wyciągnęła w moją stronę paczkę Cameli.
- Dzięki.
Ponieważ minuty mijały, a dziewczyna wciąż milczała pociągając tylko nosem od czasu do czasu, musiałam odezwać się ja:
- Wiem, że jest ci przykro, ale James na pewno nie chciał cię urazić - spojrzałam na wciąż popłakującą Viki, której makijaż rozmazał się po całej twarzy - wiesz jaki on jest - kontynuowałam - najpierw gada, później myśli - poklepałam ją po ramieniu - o ile w ogóle myśli - dodałam pod nosem, uśmiechając się krzywo.
Viki uniosła lekko kąciki ust. Najwyraźniej usłyszała ostatnie zdanie.
Zdaję sobie sprawę, że James miał trochę racji, Viki niemal zawsze szukała okazji do lenienia się. Jej związek z McLeish'em przyprawiał mnie o mdłości, ale to był, do cholery, jej wybór! Co by ze nie była za kumpela, gdybym jej to wytykała?! James, świadomie, bądź nie, trafił w jej najczulszy punkt i zranił ją. Chujowo wyszło. No, ale teraz zamiast rozwodzić się nad intencjami Hetfield'a, czułam, że muszę wymyślić coś by pocieszyć Viki. Znowu.
- On ma rację! - wypaliła nagle dziewczyna - zachowuję się jak zwykła, pospolita dziwka! - wyjaśniła, spostrzegając moją zdziwioną minę.
- Przecież on wcale tak nie powiedział...
- Ale pomyślał! - przerwała mi, podnosząc głos - wszyscy tak myślą i mają pierdoloną rację! Ale nie rozumiem jednego, dlaczego kiedy te wypindrzone dziunie, świecące cyckami w pierwszych rzędach dają dupy muzykom to wszystko jest ok, ale jak ja spotykam się z gościem, który jest w stanie doprowadzić mnie w życiu do czegoś więcej niż pranie gaci tej bandzie debili - tu wskazała trzęsącą się ręką, brudną od cieni do powiek i tuszu, na drzwi za nami - to nagle jestem tą najgorszą, puszczalską szmatą?! W czym ja jestem gorsza od tych dziewczyn?! - wykrzyknęła, po czym skuliła się na betonowych schodkach i głośno załkała.
- Na prawdę chcesz się porównywać do tych pustych lasek? - spytałam z niedowierzaniem.
Viktoria tylko popatrzyła na mnie załamana, mrugając mokrymi oczami, po czym przytuliła się do mnie mocno, mocząc łzami moją koszulkę i wybuchła kolejną falą płaczu.
- Co jest ze mną nie tak? - wydusiła z trudem.
- Ciii, już dobrze... - chciałam ją jakoś uspokoić - wiesz - podjęłam po dłuższej przerwie najspokojniejszym głosem jakim tylko umiałam - może to wcale nie chodzi o ciebie - odgarnęłam jej włosy z czoła - tylko o to, że McLeish - starałam się ostrożnie dobierać słowa - nie jest najsympatyczniejszym facetem na świecie i ludzie patrzą na wasz związek...
Viki spojrzała na mnie spode łba.
- No i co z tego?! - warknęła rozżalona, gasząc nerwowo peta i ciskając go przed siebie.
Wzięłam głęboki oddech. Powoli brakowało mi już pomysłów jak z nią rozmawiać. Viki wciąż zanosiła się płaczem. Wplotła palce między włosy, przymknęła powieki i cała się trzęsła.
- Kochasz go w ogóle? - zapytałam zupełnie poważnie, patrząc jej w oczy.
Ona tylko pociągnęła nosem.
- Nie wiem - wymamrotała po chwili, wlepiając wzrok w czubki swoich butów.
- A on ciebie kocha? - spytałam, tym razem o pół tonu ciszej.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i albo mi się zdawało albo nieznacznie potrząsnęła przecząco głowa, a pojedyncza stróżka łez wypłynęła spod jej przymkniętych powiek.
Przez następne dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut nic już nie mówiłyśmy, siedziałyśmy tylko obok siebie, czekając aż Viki w pełni się uspokoi. Już prawie wcale nie drżała i nareszcie przestała płakać.
Chwilę tę przerwał jeden z technicznych, podbiegając do nas wyraźnie czymś poruszony.
- Kurwa mać! Dziewczyny, wszędzie was szukam! - zawołał z przejęciem - chodźcie szybko, Lemmy woła wszystkich - zakomunikował szczerząc się jak głupi, pokazując nam przy okazji swoje braki w uzębieniu.
Popatrzyłyśmy na niego zaskoczone.
- Ale o co chodzi? - próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej.
- Po prostu chodźcie! - ponaglił nas i już go nie było.
Po niecałej minucie zawahania pomogłam Viki wstać i wróciłyśmy do środka.
- No w końcu jesteście! - ucieszył się ktoś na nasz widok.
Rozejrzałyśmy się ciut zmieszane. Cała ekipa, wszyscy techniczni, dźwiękowcy i sprzątaczki, kierownik sceny, oświetleniowcy, kierowca autobusu, kilka groupies, nawet babka od kateringu stali stłoczeni na backstage'u. Panował ogromny gwar, każdy coś gadał, przekrzykiwał jeden drugiego. Pośrodku całego tego zamieszania, na stercie skrzynek po piwie stał Lemmy i odchrząknąwszy zaczął przemawiać:
- UWAGA LUDZIE! Plan jest taki, za chwilę wychodzimy na scenę, chwilę popitolę i zaczniemy grać "Road Crew". Po pierwszych dźwiękach wszyscy, jak tu stoicie, zapierdalacie na scenę i robicie rozpierduchę! - uśmiechnął się szelmowsko - chcę widzieć totalne szaleństwo, róbcie wszystko, co tylko przyjdzie wam do głowy! Krzyczcie, skaczcie, rzucajcie się w tłum, śpiewajcie z nami, możecie nawet zdemolować scenę! To nasz ostatni koncert na tej trasie, a gdyby nie wy nie odbyłby się ani ten, ani żaden inny występ! Jesteście, kurwa mać, częścią zespołu! Każdego wieczoru odwalacie z pięć... TFU! dziesięć razy więcej roboty niż my i bez was moglibyśmy się co najwyżej po dupie podrapać! Co nie, chłopaki? - zwrócił się do swoich kolegów z zespołu, na co oni energicznie przytaknęli głowami - wracając, ta piosenka jest wasza, scena jest wasza i... WE ARE THE ROAD CREW! - wykrzyczał na cały regulator, a każdemu jego słowu towarzyszył aplauz i okrzyki euforii.
Motörhead wyszli na scenę. Za chwilę dołączyli do nich chłopaki z Metallicy. My, ogarnięci dziką radością i podjarani do granic możliwości, czekaliśmy w napięciu na naszą kolej, nie mogąc uwierzyć w to co za chwilę miało się wydarzyć. Naszą ekstremalną podnietę przerwał jednak nie kto inny, a McLeish. Przedzierając się przez tłum, cały poirytowany i z poczerwieniałą ze złości twarzą wrzeszczał:
- Co ten cały cyrk ma znaczyć?! Nie zgadzam się! Słyszycie, gnojki?! Macie natychmiast wracać do roboty, szmaciarze! - wypowiadał te słowa z niezwykłą zawziętością, cały się zapluł i o mało nie zapowietrzył - słyszycie mnie, do choler?! - popchnął na ziemię dwie dziewczyny, które nie zdążyły w porę zejść mu z drogi - macie się rozejść, albo wyleję was wszystkich na zbity pysk! - darł się, wymachując rękami, a żyły na jego czole wyglądały jakby w każdej chwili mogły eksplodować.
W tym jednak momencie nawet on nie mógł nas powstrzymać, bo gdy ze sceny padły magiczne słowa "We are the Road Crew", a do naszych uszy dopłynęły początkowe akordy utworu, bez chwili namysłu popędziliśmy niczym jedna wielka masa w stronę estrady, witani najgłośniejszym piskiem publiczności jaki dany mi było słyszeć. Biegnąc wraz z innymi spostrzegłam jak ta łajza, zwąca się naszym szefem, szarpie Viki za rękę i drze się na nią. Za pewne za sprawą buzującej mi w żyłach adrenaliny cofnęłam się, pochwyciłam Viktorię za drugi nadgarstek i odsuwając ją od tego cwela, syknęłam patrząc mu w te małe, szczurze oczka:
- Zostaw ją, skurwielu!
Tamten zaśmiał się pogardliwie i zamierzył się na mnie, a ja zebrawszy w sobie jakąś nadludzką siłę, którą nawet nie wiedziałam, że posiadam, zacisnęłam palce w pięść i bez najmniejszego zahamowania przywaliłam temu kretynowi prosto w ten zadarty nos. McLeish był tak oszołomiony, że tylko cofnął się łapiąc oburącz za krwawiący kinol, a ja ciągnąc za sobą nie mniej zdezorientowaną Viki pomknęłam na wielką, jasno oświetloną scenę by razem z całą ekipą i tysiącami fanów zakrzyknąć pierwsze:
Każdy następny moment pamiętam jak przez mgłę, ale tego co udało mi się zapamiętać nie zapomnę nigdy! Matko Najświętsza, co tam się działo! Nim zdążyłam się obejrzeć zostałam wciągnięta w rozkręcające się właśnie pogo, zaraz potem ktoś ścisnął mnie ramieniem, po czym zrzucił się ze sceny. W górę poleciały staniki i bluzki, jakiś koleś zaczął oblewać wszystkich wódką, podczas gdy Lemmy zadzierając sobie gardło śpiewał:
Kątem oka dojrzałam Ellen, która w samym staniku i dżinsowej spódniczce szalała w objęciach Sebastiana, który machał włosami na wszystkie strony. Zerknęłam w prawo, a tam Viki w samiutkim środku czegoś, co chyba miało przypominać kankana (?) żwawo przebierała nogami z miną jakby nie do końca wiedziała co się dzieje, ale podobało jej się to. Liczyła się tylko ta chwila, ten moment. A Kilmister kontynuował:
I wszyscy razem:
Grupa postawnych technicznych zaczęła zderzać się głowami. Jakaś niewiasta z pokaźnym biustem wskoczyła na ramiona Cliff'owi. Dwóch panów zajmujących się na co dzień oświetleniem podrzucało wysoko do góry panią Gwendy - tą od kateringu, ta śmiejąc się do rozpuku, wymachiwała rękami układając dłonie w kształt diabełka.
Znów rozejrzałam się za Viki, a ona stojąc na podeście perkusyjnym, zaraz obok Lars'a i Pete'a Gill'a, skakała i uśmiechając się szeroko śpiewała wraz z Lemmy'm i innymi:
Bar w Sacramento
Nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie naprawiłyby zakupy. No i alkohol. Po tym jak przewaliłam hajs Ozzy'ego na sukienki i buty nieco droższe niż te, które na co dzień nosiłam (No co?! Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć) poszłam do najbliższego pubu, usiadłam przy barze i czekałam, aż mój urok osobisty załatwi resztę. Nie myliłam się. Już po niedługiej chwili dosiadł się do mnie pewien chłopak z nieco ciemniejsza karnacją i burzą loków zasłaniających większą część twarzy. Był nawet całkiem przystojny, choć ciężko było dokładnie stwierdzić przez wyżej wspomniane włosy.
- Cześć maleńka - rzucił, rozsiadając się wygodnie na stołku - można postawić ci drinka? - spytał, odgarniając włosy z czoła i mierząc mnie znad przeciwsłonecznych okularów.
- Ja też bym ci coś chętnie postawiła - mruknęłam, oblizując wargi i czekając na jego reakcję.
Brunet w pierwszej chwili zrobił minę jakby myślał, że się przesłyszał, ale zaraz uśmiechnął się zadziornie i zdejmując okulary ruchem ręki przywołał barmana.
- Dwa razy Jack z colą - powiedział, zerkając na mnie.
Skinęłam głową na znak, że ten drink mi pasuje i wyciągnęłam z mojej nowiutkiej czarnej, lakierowanej torebki przyozdobionej rządkiem ćwieków i dużą srebrną kłódką paczkę fajek.
- Masz ognia? - zwróciłam się do siedzącego obok mnie chłopaka.
- Jasne - wyjął srebrną zapalniczkę z kieszeni skórzanej podniszczonej kurtki.
- Dzięki - odparłam, zapalając papierosa i zaciągając się dymem - no więc - zaczęłam szukać jakiegoś byle tematu do rozmowy - czym się zajmujesz? - spytałam, jakby mnie to interesowało.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a cwaniacki uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Bo ja wiem? - zlustrowałam go od znoszonych kowbojek po czubek czarnego cylindra - wyglądasz mi na kolesia, który wyrywa niezłe laski na tanie drinki i głupawe uśmiechy, bo to daje poczucie satysfakcji i jest przy tym jedyną okazją na zaruchanie kogoś kto nie spędził ostatnich tygodni śpiąc w śmietniku, a poza tym jest tańsze niż wynajęcie prostytutki - powiedziałam tonem znudzonego życiem i tą rozmową eksperta.
Może to podłe, ale jakie prawdziwe.
Chłopaka nieco zamurowało, ale nie tracąc rezonu odpowiedział :
- Otóż, myli się pani, pani psycholog - roześmiał się, pochylając w moją stronę. Pachniał Marlboro i tanim winem oraz mocną wodą kolońską.
- Jestem muzykiem - oznajmił z dumą, pusząc się jak paw - konkretnie gitarzystą.
Chyba myślał, że mi zaimponował.
- Tak? - uniosłam jedną brew - to dlaczego cię nie znam?
- Widocznie mało znasz się na muzyce - rzucił jakby urażony, na co ja prawie zachłysnęłam się drinkiem.
No kurwa, kto jak kto ale ja to akurat na muzyce znam się jak mało kto! W końcu nie ruchałabym tych wszystkich grajków tylko za to, że mieli ładne buźki i duże fiuty. A uwierzcie mi, nie wszyscy mieli. Ale przynajmniej dobrze grali. Za to ten tutaj kudłaty typek, który, kurwa, nie wiadomo kim był i co robił, a śmiał się nazywać muzykiem sugerował mi bezczelnie, że ja się nie znam! JA?!
Spiorunowałam go wzrokiem.
- To może łaskawie mnie oświecisz i powiesz w jakim zespole grasz? - zasugerowałam.
Dziwna sprawa, z jednej strony irytował mnie ten koleś, a z drugiej cholernie pociągał. Niby mogłam w każdej chwili olać go i wyjść, poszukać kolejnego śliniącego się na mój widok kolesia, których, nie oszukujmy się, nie brakowało, albo po prostu spędzić samotny wieczór z flaszką Jack'a i kokainą. Ale jednak coś mówiło mi żebym została.
- Road Crew - wypalił mój rozmówca, opróżniając szklankę na raz.
- Road Crew? - powtórzyłam powoli - nie, nic mi to nie mówi - teraz to ja uśmiechałam się złośliwie.
- Cóż, dopiero zaczynamy... - próbował wyjaśnić takim tonem, że nie umiałam rozgryźć jego emocji - gramy głównie w klubach, jesteśmy dość popularni w Los Angeles - na jego twarzy ponownie zawitał zawadiacki uśmiech, który zaczynał mnie drażnić.
Nie no, tu już przesadził! Fantazja cię poniosła, chłopcze - pomyślałam. Co jak co, ale w LA nawet średnio popularny zespół nie umknąłby mojej uwadze.
- W takim razie co robisz tutaj, panie "gwiazdo"? - znów uniosłam brew z ironią, ale mój głos zabrzmiał dość łagodnie. Nie planowałam tego.
- Przyjechaliśmy z kumplami na koncert Ozzy'ego! - wyszczerzył się jak dzieciak na widok cukierka, co chyba było podobnie jak w przypadku mojego głosu niezamierzone, ale co tam - widzieliśmy go już trzy razy, mamy wszystkie jego płyty, jedną nawet z autografem, Duff odkupił ją od jednego ziomeczka za kasę na żarcie i głodowaliśmy przez trzy dni - pochwalił się, albo raczej wyznał.
Wywołał tym u mnie pobłażliwy uśmiech. Ale nie taki wrednie pobłażliwy, a bardziej coś w rodzaju uśmiechu, który maluje się na twojej twarzy gdy widzisz kogoś kto wciąż ma marzenia, w które spełnienie wierzy całym sercem, kogoś kogo los nie jest w żaden sposób przesądzony, kogoś kto potrafi autentycznie cieszyć się z życia i nie bać opinii innych, kogoś kto właśnie zrzucił maskę pozera udającego gwiazdę i obnażył przed tobą duszę fana.
- Więc jesteś fanem Ozzy'ego - podsumowałam. Do głowy wpadł mi pewien pomysł.
Chłopak energicznie pokiwał głową, rozczochrując jeszcze bardziej swoją bujną szopę.
Nie chciało mi się słuchać kolejnej historii o tym jak w wieku 11 lat dostał płytę Sabbath'ów od ojca/ wujka/ kochanka matki - niepotrzebne skreślić, zakochał się w każdym pojedynczym riffie zagranym przez Iommi'ego i słówku wyśpiewanym przez Osbourne'a, uznał, że Tony jest bogiem, sam zaczął grać na gitarze, zwiał ze szkoły, domu, wyjechał do Miasta Upadłych Aniołów i blah! Blah! BLAH! Wszystkie te opowiastki były takie same i słyszałam je już milion razy. Postanowiłam więc przejść do rzeczy.
- Tak się akurat składa, że jestem tu z Ozzy'm i ekipą Mötley Crüe - o tym drugim wolałabym w sumie zapomnieć.
- Pierdolisz! - chłopak zerwał się ze stołka i wytrzeszczył te swoje wielkie, brązowe oczy ledwie widoczne zza kaskady loków, omal nie rozlewając przy tym mojego drinka.
- Jak chcesz się przekonać to wpadnij dziś za kulisy - powiedziałam, zakładając nogę na nogę i pociągając łyk Daniels'a z colą - wkręcę cię na afterparty - obiecałam.
Kudłaty prawie zamarł z wrażenia.
- WOW! Poważnie?! DZIĘKI! - jarał się jak kościoły w Norwegii.
Tylko się nie zesraj z wrażenia - pomyślałam, lecz zamiast tego rzuciłam:
- Drobnostka.
LOTTI
5 lipca 1986 r.Hammersmith Odeon
Londyn, Anglia
- Kotku... - zaczął Hammett słodko gdy czesałam mu włosy - bo wiesz, jutro mamy dzień wolny i tak sobie pomyślałem, że może wyskoczymy gdzieś?
- A co proponujesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie przeczesując kolejne pasma jego ciemnych loków.
Uwielbiał gdy to robiłam, choć sama nie wiem czemu. Zaznaczałam wielokrotnie, że fryzjerka ze mnie żadna. Swoje własne włosy nosiłam przeważnie związane w kucyk bądź po prostu luźno opadające na ramiona. Nie byłam nawet pewna czy dobrze je rozczesuję, o żadnych poważniejszych fryzurach nie wspominając. Jednak z jakichś przyczyn Kirk lubił jak go czesałam, no a czego się nie robi dla swojego misiaczka? WTF?! Od kiedy ja używam takich słów?!
- Tak się składa, że widziałem tu w okolicy sklep z komiksami - uśmiechał się coraz szerzej i szerzej.
Wiedziałam, że nie odpuści pójścia tam choćby się waliło i paliło. Za dobrze go znałam. Mimo to postanowiłam odrobinę się z nim podroczyć.
- Przecież masz całą walizkę komiksów - przypomniałam mu żartobliwym tonem.
- A ty masz całą walizkę płyt - odgryzł się Kirk, obracając na krześle i śmiesznie potrząsając głową.
- Haha, no ok, wygrałeś. Pójdziemy tam - obiecałam, całując go w policzek.
Chłopak cieszył się jak nekrofil w kostnicy.
- Dzięki! Dzięki! Dzięki! - zerwał się z miejsca, ściskając mnie i podnosząc do góry - jesteś najlepsza! Wiesz, że jesteś?
- Dobra, dosyć tych amorów, bo się zrzygam - mruknął James, rzucając w nas pustą puszką po piwie.
- Zrzygasz to się na pewno, ale tylko dlatego, że wyżłopałeś właśnie pół zgrzewki browców - wypomniał mu Cliff, spokojny i opanowany jak zawsze.
- Jamesik, czy ty nie jesteś czasem odrobinę zazdrosny? - zachichotała Viki, rzucając Hetfield'owi znaczące spojrzenie.
Siedziała akurat na podłodze i wybierała przypinki na kurtki chłopaków, co ładniejsza zatrzymując dla siebie, jednocześnie przeglądając jakiś magazyn modowy.
- Ja? Zazdrosny?! - prychnął blondyn, krzyżując ręce na piersiach - i co jeszcze?! - starał się udawać obrażonego, ale widać było, że śmieje się pod nosem.
Brakowało tylko Lars'a. Nikt z nas nie miał pojęcia gdzie się podział. Ostatni raz widzieliśmy się z nim wszyscy w hotelu, a teraz jakby zapadł się pod ziemię. Już chcieliśmy iść go szukać, gdy drzwi od garderoby otworzyły się z impetem. Zdyszany Duńczyk wpadł przez nie niczym huragan i nie zwracając uwagi na nic przelazł po przypinkach Viki, strącił kilka klamotów z szafki i i wymachując jakąś gazetą, cały podekscytowany obwieścił:
- Chłopaki! Mamy to, kurwa! Patrzcie! - i opadł ciężko na krzesło.
Zebraliśmy się wokół niego zaciekawieni tym co ma nam do pokazania.
- No co mamy? - dopytywał James, zaglądając mu przez ramię.
- Jesteśmy na okładce pieprzonego Rolling Stone'a! - wykrzyknął, wyrzucając ramiona w górę i wskazał na zdjęcie.
- O kurwa! Pokaż! - Kirk wyrwał mu magazyn z ręki - ja pierdole! Serio! - wykrzyknął, wytrzeszczając oczy i podskakując jak oszalały.
- Daj! - zażądał Hetfield, odbierając gazetę Hammett'owi - hehe! Ale ciebie Larsik to chyba, kurwa, ostro wyretuszowali, bo w życiu takiego gładkiego ryja nie miałeś! - zarechotał doniośle, a reszta zawtórowała mu. Tylko Lars obrażony przeklął coś w swym ojczystym języku.
- Ciebie za to chyba zapomnieli wyretuszować, bo masz na mordzie więcej pryszczy niż "Dynastia" odcinków - odciął się Ulrich, dumny, że udało mu się wymyślić jakąś ciętą ripostę.
James już szykował się by coś odpowiedzieć, ale Cliff go powstrzymał.
- Dajcie spokój - wywrócił oczami - ile wy macie lat?!
- Burton ma rację - zgodził się Kirk - gdyby natura obdarzyła was taką piękną cerą jak moja to żadne retusze nie byłyby wam potrzebne - wybuchnął śmiechem, nie mogąc się powstrzymać, po czym zrobił szybki unik, gdyż Lars cisnął w niego gazetą.
Pewnie zaczęliby się napieprzać, gdyby nie fakt, że musieli wyjść na scenę.
- Jak duże dzieci - westchnęła Viki, kręcąc głową.
- Nawet gorzej - dodałam, wzdychając.
Trafienie na okładkę Rolling Stone'a nie było jedyną okazją do świętowania. Tego wieczoru Metallica grała swój ostatni koncert z Motörhead. Później Lemmy i ekipa mieli wrócić do studia nagrywać nowy album, którego całym fanowskim serduszkiem nie mogłam się doczekać, no a Meta ruszała na dalszy podbój Europy. Smutno było rozstawać się z Kilmister'em i spółką, no ale takie życie.
Szybko uwinęłyśmy się z Viki z robotą (tak, o dziwo Viki mi pomagała) i pospieszyłyśmy na backstage oglądać najprawdopodobniej ostatni występ naszych idoli, na który załapiemy się za darmo.
W czarnych koszulkach ze Snaggletooth'em stanęłyśmy za kulisami, posłuchałyśmy jeszcze dwóch ostatnich kawałków Mety i ze zniecierpliwieniem czekałyśmy na Motörhead.
- Ej, laski! Podajcie ręczniki! - zakrzyknął James cały spocony, schodząc ze sceny.
- Sam se weź - mruknęła Viki - tam leżą - machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
Hetfield zmarszczył gniewnie brwi i splunąwszy na ziemię podszedł do nas bliżej.
- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to leży w zakresie twoich pierdolonych obowiązków - sapnął nieźle wkurzony - to, że sypiasz z szychą z wytwórni nie oznacza, że możesz się opierdalać i migać od roboty! - warknął zaciskając pięści i dopiero widząc jak Viki lata podbródek, a jej oczy zachodzą łzami zdał sobie sprawę, że pojechał nieco za ostro.
- Kurde, sorry! Ja nie chciałem... - zreflektował się, rozkładając ręce, ale ona tylko pobiegła przed siebie nieudolnie tłumiąc płacz.
Spiorunowałam James'a wzrokiem. Stojący obok Lars uczynił to samo.
- Gratulacje, idioto! - pacnął go w ucho.
- Ała! - krzyknął Hetfield - no przecież przeprosiłem... - wymamrotał, rozmasowując bolące miejsce.
Po chwili dołączyli do nas Kirk z Cliff'em i nie wiedząc o co chodzi, pytająco popatrzyli na nasze twarze.
Niewiele myśląc pobiegłam w kierunku, w którym zmierzała roztrzęsiona Viki.
Dogoniłam ją w jednym z bocznych korytarzy prowadzących do wyjścia.
- Viki! - zawołałam, gdy zamaszystym ruchem otworzyła ciężkie drzwi.
Dziewczyna nie zareagowała. Wyszła na dwór i opierając się o srebrną poręcz, nerwowym ruchem odszukała w kieszeni fioletowej ramoneski paczkę cienkich fajek oraz zapałki. Trzęsącymi się dłońmi próbowała zapalić jednego z papierosów. Gdy w końcu jej się to udało zwiesiła głowę i głośno oddychając starała się uspokoić. Niestety bezskutecznie.
Nie wiedząc co powiedzieć po prostu zbliżyłam się do niej i położyłam rękę na jej dygoczącym ramieniu.
- Viki... - zaczęłam szeptem.
Dziewczyna głośno załkała.
- To wszystko jest takie pojebane... - westchnęła ciężko, kręcąc głową i wycierając wierzchem dłoni spływające po jej policzkach łzy.
- Wiem coś o tym - uśmiechnęłam się blado - mogę jednego? - spytałam, wskazując na papierosa.
Viktoria bez słowa wyciągnęła w moją stronę paczkę Cameli.
- Dzięki.
Ponieważ minuty mijały, a dziewczyna wciąż milczała pociągając tylko nosem od czasu do czasu, musiałam odezwać się ja:
- Wiem, że jest ci przykro, ale James na pewno nie chciał cię urazić - spojrzałam na wciąż popłakującą Viki, której makijaż rozmazał się po całej twarzy - wiesz jaki on jest - kontynuowałam - najpierw gada, później myśli - poklepałam ją po ramieniu - o ile w ogóle myśli - dodałam pod nosem, uśmiechając się krzywo.
Viki uniosła lekko kąciki ust. Najwyraźniej usłyszała ostatnie zdanie.
Zdaję sobie sprawę, że James miał trochę racji, Viki niemal zawsze szukała okazji do lenienia się. Jej związek z McLeish'em przyprawiał mnie o mdłości, ale to był, do cholery, jej wybór! Co by ze nie była za kumpela, gdybym jej to wytykała?! James, świadomie, bądź nie, trafił w jej najczulszy punkt i zranił ją. Chujowo wyszło. No, ale teraz zamiast rozwodzić się nad intencjami Hetfield'a, czułam, że muszę wymyślić coś by pocieszyć Viki. Znowu.
- On ma rację! - wypaliła nagle dziewczyna - zachowuję się jak zwykła, pospolita dziwka! - wyjaśniła, spostrzegając moją zdziwioną minę.
- Przecież on wcale tak nie powiedział...
- Ale pomyślał! - przerwała mi, podnosząc głos - wszyscy tak myślą i mają pierdoloną rację! Ale nie rozumiem jednego, dlaczego kiedy te wypindrzone dziunie, świecące cyckami w pierwszych rzędach dają dupy muzykom to wszystko jest ok, ale jak ja spotykam się z gościem, który jest w stanie doprowadzić mnie w życiu do czegoś więcej niż pranie gaci tej bandzie debili - tu wskazała trzęsącą się ręką, brudną od cieni do powiek i tuszu, na drzwi za nami - to nagle jestem tą najgorszą, puszczalską szmatą?! W czym ja jestem gorsza od tych dziewczyn?! - wykrzyknęła, po czym skuliła się na betonowych schodkach i głośno załkała.
- Na prawdę chcesz się porównywać do tych pustych lasek? - spytałam z niedowierzaniem.
Viktoria tylko popatrzyła na mnie załamana, mrugając mokrymi oczami, po czym przytuliła się do mnie mocno, mocząc łzami moją koszulkę i wybuchła kolejną falą płaczu.
- Co jest ze mną nie tak? - wydusiła z trudem.
- Ciii, już dobrze... - chciałam ją jakoś uspokoić - wiesz - podjęłam po dłuższej przerwie najspokojniejszym głosem jakim tylko umiałam - może to wcale nie chodzi o ciebie - odgarnęłam jej włosy z czoła - tylko o to, że McLeish - starałam się ostrożnie dobierać słowa - nie jest najsympatyczniejszym facetem na świecie i ludzie patrzą na wasz związek...
Viki spojrzała na mnie spode łba.
- No i co z tego?! - warknęła rozżalona, gasząc nerwowo peta i ciskając go przed siebie.
Wzięłam głęboki oddech. Powoli brakowało mi już pomysłów jak z nią rozmawiać. Viki wciąż zanosiła się płaczem. Wplotła palce między włosy, przymknęła powieki i cała się trzęsła.
- Kochasz go w ogóle? - zapytałam zupełnie poważnie, patrząc jej w oczy.
Ona tylko pociągnęła nosem.
- Nie wiem - wymamrotała po chwili, wlepiając wzrok w czubki swoich butów.
- A on ciebie kocha? - spytałam, tym razem o pół tonu ciszej.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i albo mi się zdawało albo nieznacznie potrząsnęła przecząco głowa, a pojedyncza stróżka łez wypłynęła spod jej przymkniętych powiek.
Przez następne dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut nic już nie mówiłyśmy, siedziałyśmy tylko obok siebie, czekając aż Viki w pełni się uspokoi. Już prawie wcale nie drżała i nareszcie przestała płakać.
Chwilę tę przerwał jeden z technicznych, podbiegając do nas wyraźnie czymś poruszony.
- Kurwa mać! Dziewczyny, wszędzie was szukam! - zawołał z przejęciem - chodźcie szybko, Lemmy woła wszystkich - zakomunikował szczerząc się jak głupi, pokazując nam przy okazji swoje braki w uzębieniu.
Popatrzyłyśmy na niego zaskoczone.
- Ale o co chodzi? - próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej.
- Po prostu chodźcie! - ponaglił nas i już go nie było.
Po niecałej minucie zawahania pomogłam Viki wstać i wróciłyśmy do środka.
- No w końcu jesteście! - ucieszył się ktoś na nasz widok.
Rozejrzałyśmy się ciut zmieszane. Cała ekipa, wszyscy techniczni, dźwiękowcy i sprzątaczki, kierownik sceny, oświetleniowcy, kierowca autobusu, kilka groupies, nawet babka od kateringu stali stłoczeni na backstage'u. Panował ogromny gwar, każdy coś gadał, przekrzykiwał jeden drugiego. Pośrodku całego tego zamieszania, na stercie skrzynek po piwie stał Lemmy i odchrząknąwszy zaczął przemawiać:
- UWAGA LUDZIE! Plan jest taki, za chwilę wychodzimy na scenę, chwilę popitolę i zaczniemy grać "Road Crew". Po pierwszych dźwiękach wszyscy, jak tu stoicie, zapierdalacie na scenę i robicie rozpierduchę! - uśmiechnął się szelmowsko - chcę widzieć totalne szaleństwo, róbcie wszystko, co tylko przyjdzie wam do głowy! Krzyczcie, skaczcie, rzucajcie się w tłum, śpiewajcie z nami, możecie nawet zdemolować scenę! To nasz ostatni koncert na tej trasie, a gdyby nie wy nie odbyłby się ani ten, ani żaden inny występ! Jesteście, kurwa mać, częścią zespołu! Każdego wieczoru odwalacie z pięć... TFU! dziesięć razy więcej roboty niż my i bez was moglibyśmy się co najwyżej po dupie podrapać! Co nie, chłopaki? - zwrócił się do swoich kolegów z zespołu, na co oni energicznie przytaknęli głowami - wracając, ta piosenka jest wasza, scena jest wasza i... WE ARE THE ROAD CREW! - wykrzyczał na cały regulator, a każdemu jego słowu towarzyszył aplauz i okrzyki euforii.
Motörhead wyszli na scenę. Za chwilę dołączyli do nich chłopaki z Metallicy. My, ogarnięci dziką radością i podjarani do granic możliwości, czekaliśmy w napięciu na naszą kolej, nie mogąc uwierzyć w to co za chwilę miało się wydarzyć. Naszą ekstremalną podnietę przerwał jednak nie kto inny, a McLeish. Przedzierając się przez tłum, cały poirytowany i z poczerwieniałą ze złości twarzą wrzeszczał:
- Co ten cały cyrk ma znaczyć?! Nie zgadzam się! Słyszycie, gnojki?! Macie natychmiast wracać do roboty, szmaciarze! - wypowiadał te słowa z niezwykłą zawziętością, cały się zapluł i o mało nie zapowietrzył - słyszycie mnie, do choler?! - popchnął na ziemię dwie dziewczyny, które nie zdążyły w porę zejść mu z drogi - macie się rozejść, albo wyleję was wszystkich na zbity pysk! - darł się, wymachując rękami, a żyły na jego czole wyglądały jakby w każdej chwili mogły eksplodować.
W tym jednak momencie nawet on nie mógł nas powstrzymać, bo gdy ze sceny padły magiczne słowa "We are the Road Crew", a do naszych uszy dopłynęły początkowe akordy utworu, bez chwili namysłu popędziliśmy niczym jedna wielka masa w stronę estrady, witani najgłośniejszym piskiem publiczności jaki dany mi było słyszeć. Biegnąc wraz z innymi spostrzegłam jak ta łajza, zwąca się naszym szefem, szarpie Viki za rękę i drze się na nią. Za pewne za sprawą buzującej mi w żyłach adrenaliny cofnęłam się, pochwyciłam Viktorię za drugi nadgarstek i odsuwając ją od tego cwela, syknęłam patrząc mu w te małe, szczurze oczka:
- Zostaw ją, skurwielu!
Tamten zaśmiał się pogardliwie i zamierzył się na mnie, a ja zebrawszy w sobie jakąś nadludzką siłę, którą nawet nie wiedziałam, że posiadam, zacisnęłam palce w pięść i bez najmniejszego zahamowania przywaliłam temu kretynowi prosto w ten zadarty nos. McLeish był tak oszołomiony, że tylko cofnął się łapiąc oburącz za krwawiący kinol, a ja ciągnąc za sobą nie mniej zdezorientowaną Viki pomknęłam na wielką, jasno oświetloną scenę by razem z całą ekipą i tysiącami fanów zakrzyknąć pierwsze:
We are the Road Crew!
Another town, another place
Another girl, another face
another truce, another race
I'm eating junk, feeling bad
Another night, I'm going mad
My woman's leaving, I feel sad
Kątem oka dojrzałam Ellen, która w samym staniku i dżinsowej spódniczce szalała w objęciach Sebastiana, który machał włosami na wszystkie strony. Zerknęłam w prawo, a tam Viki w samiutkim środku czegoś, co chyba miało przypominać kankana (?) żwawo przebierała nogami z miną jakby nie do końca wiedziała co się dzieje, ale podobało jej się to. Liczyła się tylko ta chwila, ten moment. A Kilmister kontynuował:
But I just love the life I lead
Another beer is what I need
Another gig, my ears bleed
We are the Road Crew!
Znów rozejrzałam się za Viki, a ona stojąc na podeście perkusyjnym, zaraz obok Lars'a i Pete'a Gill'a, skakała i uśmiechając się szeroko śpiewała wraz z Lemmy'm i innymi:
Another town I've left behind
Another drink completely blind
Another hotel I can't find
Another backstage pass for you
Another tube of super glue
Another border to get through
I'm driving like a maniac
Driving my way to hell and back
Another room a case to pack
WE ARE THE ROAD CREW!
Zakrzyknęła publiczność wyrzucając pięści w górę.
Phil Campbell wraz z moim Kirk'iem wycinali dzikie gitarowe popisy. Kawałek od nich James robił co mógł, by połączyć grę wraz z obściskiwaniem się z jakąś laską. Nim solówka dobiegła końca ktoś popchnął mnie na nich, a zaraz w następnej chwili Hammett przyciągnął mnie do siebie i wpijając się w moje usta, rzucił wiosło gdzieś na bok, mocno chwycił moją dłoń i skoczył wraz ze mną w szalejący tłum. Zamknęłam oczy i głośno pisnęłam. Tysiące rąk unosiło nasze ciała w głąb hali.
Another hotel we can burn
Another screw, another turn
Another Europe map to learn
Another truck stop on the way
Another game I learn to play
Another word I learn to say
Another bloody customs post
Another fucking foreign coast
Another set of scars to boast
Trzymaliśmy się za ręce tak długo jak się tylko dało, a gdy stało się to niemożliwe ponownie zamknęłam oczy i po raz ostatni krzyknęłam naładowana szaloną energią:


