LEXI
26 czerwca 1986 r.Bar, gdzieś przy autostradzie
"Gdy cię pierwszy raz ujrzałem
Fajna dupa - pomyślałem
Lepszej nigdy nie widziałem
I się z miejsca zakochałem
Lexi, Lexi, jesteś taka sexy
Wszyscy cię tu uwielbiamy
Wierniejszej fanki nie mamy
Jesteś super no i chuj
Podpisuje: Mötley Crüe"
Nikki stał na chyboczącym się stole i recytował napisany na serwetce wiersz, który zespół sklecił zeszłej nocy zapewne po pijaku. Obok niego znajdował się czekoladopodobny tort kupiony na stacji benzynowej, który zamiast świeczek powtykane miał papierosy. Tak właśnie wyglądały moje urodziny i może trudno w to uwierzyć, ale za żadne skarby nie chciałabym spędzać ich inaczej niż z tymi zjebami w podupadłym barze gdzieś przy autostradzie.
- Nie wiedzieliśmy ile dokładnie lat kończysz, więc daliśmy dwie paczki - wyjaśnił Tommy, wskazując na zatopione w polewie fajki.
- Oh! Jak słodko - ucieszyłam się, bo tym sposobem załapałam się na kilka dodatkowych marlborków.
O dziwo, kompletnie nie przeszkadzał mi fakt, że na torcie widniało, o zgrozo, 40 niby-świeczek.
Zamoczyłam palec w czekoladowej polewie.
- Mmmm, pycha - uśmiechnęłam się, choć tort był paskudny, nie ważne - jesteście cudowni! - przesłałam im buziaka.
Nikki zlazł ze stołu i usiadł obok mnie. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i skierował płomień w moją stronę.
- Pomyśl życzenie - zachęcił mnie.
- Tylko nie mów na głos! - zaznaczyła Pati - bo się nie spełni.
Przymknęłam pokryte soczyście różowym cieniem powieki, zastanowiłam się chwilę i zdmuchnęłam płomień.
Wszyscy zaczęli bić brawo.
Tak, to był ten jeden wyjątkowy dzień w roku, w którym mogłam zdjąć maskę zimnej, cynicznej suki i być... sobą? W każdym razie, urodzin nie obchodziłam często. W sierocińcu uczczenie tego dnia sprowadzało się do dodatkowej porcji zupy podczas obiadu i mszy w mojej intencji, w której uczestniczenie było bardziej karą niż nagrodą. Jak łatwo można się domyśleć, podczas moich początków na ulicach L.A. również nie za często zdarzało mi się świętować ten dzień. Nie było ku temu powodów. Wtedy liczyło się tylko to żeby przetrwać, mieć za co zjeść i wypić oraz gdzie przenocować. Drobna zmiana nastąpiła gdy poznałam Pati. Była chyba jedyną osobą, której zdradziłam datę swych urodzin. Zwykle w ten dzień kupowałyśmy flaszkę taniego wina i obalałyśmy ją gdzieś na wzgórzach Hollywood, przy jednaj z literek L. Dałabym se rękę uciąć, że to właśnie ona wyjawiła reszcie kiedy się urodziłam.
Zamówiliśmy tyle alkoholu ile się tylko dało i zaczęliśmy zabawę.
- To zdradzisz nam w końcu ile lat kończysz? - spytał Ozzy, bezpośredni jak zwykle.
- Haha, nigdy w życiu - pogroziłam mu palcem.
- Ale jesteś pełnoletnia, co nie? - zaśmiał się Nikki - inaczej wszyscy mielibyśmy tu przekichane - rechotał - a ja najbardziej!
- Nic nie powiem - rozłożyłam ramiona, posyłając mu cwaniacki uśmiech.
- Gdyby ci powiedziała musiałaby cię zabić - zachichotała Pati, kończąc drugi kawałek ciasta i zapijając go szampanem - odgryzłaby ci fiuta albo coś.
- Wiesz w ogóle skąd to cytat? - podjął Steven, który trzymał ją na kolanach.
- To o fiucie? - wytrzeszczyła oczy brunetka.
- To o zabijaniu - sprecyzował Tyler, patrząc na nią z mieszanką rozbawienia i politowania, ale z przewagą tego pierwszego.
- Nie wiem, "Top Gun"? - strzeliła, wzruszając ramionami i biorąc kolejny łyk musującego napoju.
- A to nie z "Ojca Chrzestnego"? - wtrącił Mick, który do tej pory nie udzielał się zbytnio w dyskusji, jak to miał w zwyczaju.
Zamiast tego patrzył gdzieś w dal na ledwie widoczną zza upaćkanej szyby drogę, po której raz po raz przejeżdżały ciężarówki, rzadziej auta osobowe i kołysał się na krześle, paląc papierosa, z miną seryjnego mordercy psychopaty. Cały Mick.
- Chuj wie - wzruszył wytatuowanymi ramionami Tommy - wciągniemy coś? - zaproponował.
- O, prawie bym zapomniała, mamy coś dla ciebie! - przypomniała sobie Pati w połowie drugiej kreski.
Wstała z kolan Stevena i pobiegła po coś do autobusu zaparkowanego przed wejściem. Po chwili wróciła niosąc w ręku średnich rozmiarów pudło przewiązane czerwoną wstążką i z wyciętymi na górze dziurkami... o cholera jasna! NIE!
- Czy to... - zaczęłam, wybałuszając gałki oczne i szybko mrugając.
Ze środka pudełka dobyło się ciche drapanie.
- no dalej, otwórz - zachęciła mnie ruchem ręki dziewczyna.
Z jej twarzy biło samozadowolenie i satysfakcja.
Rozwiązałam kokardę i powoli uniosłam wieko do góry.
Reszta przysunęła się bliżej, zaciekawiona zawartością. Chyba nawet Steven nie miał pojęcia co też ta jego ulubiona groupie wykombinowała, albo tak dobrze udawał.
Cóż, moje przypuszczenia się sprawdziły. W pudełku leżał mały, biały pudel, albo coś w tym rodzaju. Na szyi miał różową obróżkę i chyba zlał się do kartonu. Gdy mnie zobaczył zaczął szybciej machać puchatym ogonem i wydawać w chuj irytujące dźwięki w postaci przeszywającego uszy szczekania i skamlenia.
Popatrzyłam po wszystkich. Nikki miał minę jakby nie wiedział czy pogłaskać szczeniaczka, czy wywalić go w pizdu.
- Ja po nim sprzątać nie będę - oznajmił od razu.
- Podoba ci się? - zapytała Pati z promiennym uśmiechem na gębie.
Miałam ochotę udusić tą kobietę i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie fakt, że była moją najlepszą, no dobra, jedyną przyjaciółką, a w okół było za dużo świadków.
- I co ja mam z nim niby zrobić? - podniosłam psa na ręce i przyjrzałam mu się bliżej.
- Skąd ty go w ogóle wytrzasnęłaś? - podrapał się po głowie Steven.
- No przecież sam mówiłeś, że miałam załatwić prezent dla naszej kochanej kurewki, no to załatwiłam - Pati absolutnie nie widziała nic dziwnego w kupowaniu w prezencie psa komuś kto nie ma nawet stałego adresu zamieszkania.
- Chodziło mi bardziej o jakąś kieckę, buty, złote dildo, cokolwiek! Ale, że psa? - Tyler wyraźnie nie miał pojęcia jakim cudem ten "genialny" pomysł wpadł jej do głowy.
- Każdy lubi pieski - stwierdziła Pati.
- Nie każdy - podkreśliłam.
- Może go ugotujemy i zjemy czy coś - zaproponował Ozzy, którego nie wiedzieć czemu ta sytuacja bawiła.
Piesek groźnie szczeknął.
- Dobra, wyluzuj kolego, tylko żartowałem - Osbourne podniósł ręce w geście obrony.
- Jest całkiem słodki - stwierdziła piskliwym tonem jedna z nowych groupies Vince'a.
- Jak ci się tak podoba to go weź - podałam jej pudla z wymuszonym uśmiechem.
- Awww - rozczuliła się tamta - Vincei, zobacz jaki śliczny! - zachwycała się - a jaki ma mądry pyszczek! A jakie ciudne łapki! Ktio jest ślicznim pieskiem, nio kto? - tarmosiła psa, mówiąc przy tym jak niedorozwój.
Neil zrobił minę jakby właśnie podjął decyzję o pozbyciu się tej jakże irytującej niewiasty na następnym postoju.
Gdy pudel, nazwany przez dziwkę Vince'a Skarbusiem, zasnął, a następne butelki whisky znikały w zastraszającym tempie, niezręczna atmosfera wywołana niefortunnym prezentem Pati odeszła w zapomnienie.
Wyczailiśmy stojącą w koncie szafę grającą. Nikki wstał by wybrać jakiś kawałek.
- Kurwa! - usłyszeliśmy z drugiego końca lokalu - mają tu tylko jebanego Franka Sinatrę!
Wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem. Nikki wrócił zrezygnowany i walnął się ciężko na krzesło.
- Sam coś zaśpiewaj - poklepałam go po policzku.
- Wszyscy zaśpiewajmy! - zawołał rozentuzjazmowany Steven, podrywając się z miejsca.
Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści
Wtedy słucha się najlepiej
Morskich opowieści
- zaczął, wymachując flaszką Daniels'a, rozlewając przy okazji część jej zawartości.
Hej, ho kolejkę nalej
Hej, ho kielichy wznieśmy
To zrobi doskonale
morskim opowieścią
- dołączyliśmy się wszyscy.
Pływał raz marynarz, który
Żywił się wyłącznie wódką
Dawał wódkę małolatom
No i prostytutkom
Pływał z nami raz szantymen
Śpiewał bardzo niskim basem
W rękach zawsze miał gitarę
Ster trzymał kutasem
- kontynuowaliśmy, obejmując się za ramiona i zalewając łzami ze śmiechu.
Pij bracie, pij na zdrowie
Jutro ci się humor przyda
Spirytus ci nie zaszkodzi
Idzie sztorm - wyrzygasz!
Kilku motocyklistów siedzących przy sąsiednim stoliku, po dłuższej chwili przyglądania się, postanowiło bawić się z nami.
- Co to za okazja? - zapytał jeden z nich, odwracając jedno z krzeseł i siadając na nim okrakiem.
- Ta tutaj ma urodziny - oznajmił Tommy, wskazując na mnie, wciąż kołysząc się w rytm śpiewanej przez resztę przyśpiewki.
- No to wszystkiego najlepszego, mała! - huknął drugi harleyowiec, szczerząc pożółkłe zęby - ej, barman! - zawołał donośnie - kolejka dla wszystkich na nasz koszt! - obwieścił, za co otrzymał donośne wiwaty i oklaski, po czym wszyscy razem zaintonowaliśmy:
Hej, ho kolejkę nalej
Hej, ho kielichy wznieśmy
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!
LOTTI
LOTTI
26 czerwca 1986 r.
Campanile Hotel
Zwolle, Holandia
Campanile Hotel
Zwolle, Holandia
Ten dzień zaczął się zwyczajnie, jak każdy inny. Wstałam koło ósmej. Viki oczywiście jeszcze smacznie spała, kręcąc się w pościeli i mamrocząc coś przez sen. Wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam zrobić sobie kawę i płatki z mlekiem. Gdy wróciłam Viktoria siedziała skrzyżnie w swojej pidżamie z Sailor Moon, oglądając MTV i jadła burgera, kupionego wczoraj podczas postoju w McDonaldzie. Powitałam ją szerokim uśmiechem, który mimowolnie malował mi się na twarzy.
- O, hejka - przywitała się Viki - a już się zastanawiałam gdzie cię wcięło.
- Byłam zrobić śniadanie - wyjaśniłam, wciąż się uśmiechając.
- Mhm - pokiwała głową dziewczyna, przeżuwając hamburgera, po czym oderwała na chwilę wzrok od teledysku Britny Fox i przyjrzała mi się lepiej - a co ty taka wesoła od rana? - zapytała podejrzliwie.
- A wiesz, nic specjalnego - machnęłam ręką - po prostu mam dziś urodziny i ...
- Masz dziś urodziny?! - powtórzyła Viki zaskoczona, plując przy okazji kawałkami mięsa - ale super! - zerwała się na równe nogi by mnie uściskać - wszystkiego najlepszego! - przytuliła mnie mocno.
- Macie pożyczyć suszarkę? - do pokoju weszła Ellen z mokrymi włosami, opadającymi jej na twarz - a co tu się dzieje? - spytała zdezorientowana, odgarniając do tyłu swą bujną czuprynę.
- Lotti ma urodziny! - oznajmiła Viki, odgrywając się ode mnie i sięgając do walizki w poszukiwaniu suszarki.
- Jak zamierzasz świętować? - zwróciła się do mnie Ellen, siadając na brzegu łóżka.
- Sama nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą.
Nie miałam jakichś konkretnych planów na ten dzień. Urodziny zawsze sprawiały mi masę radości. Jak byłam mała co roku chodziłyśmy z ciocią na lody do pobliskiej kawiarni. Ciotka mimo braku pieniędzy zawsze starała się zrobić mi jakiś drobny prezent. Zwykle było to coś praktycznego, jak przybory szkolne na przyszły rok, czy ciepły sweter na zimę, bo latem były na nie spore przeceny, ale pewnego razu zrobiła mi najlepszy prezent w życiu. To były moje dwunaste urodziny. Miłość do coraz cięższej muzyki powoli się we mnie budziła. Brytyjski zespół UFO właśnie wydał swój trzeci album "Phenomenon". Ciocia doskonale wiedziała jak bardzo zależy mi na tej płycie, mimo, że ani razu nie wspominałam jej o tym. Wiedziałam, że płyty kosztują, a my powinnyśmy oszczędzać każdy cent, zamiast wydawać kasę na zachcianki. Tym większe było moje zaskoczenie i nieopisana radość, gdy tego dnia ciotka wręczyła mi płaski kwadrat owinięty kolorowym papierem. Z błyszczącymi oczyma rozerwałam powoli papier i ujrzałam wymarzonego winyla. Pamiętam doskonale, jak długo dziękowałam za tak cudowny podarunek i wręcz płakałam ze szczęścia.
- Może w takim razie wyskoczymy gdzieś wieczorem na piwo? - rzuciła Ellen, spoglądając to na mnie to na Viki.
- Jasne, z wielką chęcią - przystałam na jej propozycję.
- No chyba, że Kirk zaplanował dla ciebie coś innego - Viktoria znacząco poruszyła brwiami, a moją twarz zalał ogromny rumieniec.
- Dajcie spokój - zaczęłam - to wcale nie tak, on na bank nie wie, ze to dziś, bo z resztą skąd miałby wiedzieć... - próbowałam przemówić im do rozsądku, ale czerwone policzki i nie schodzący z twarzy uśmiech uniemożliwiały mi to skutecznie.
- Kirk i Lotti, fiki miki, pojechali do Afryki, a w Afryce powiedzieli: słodszej pary nie widzieli - recytowały dziewczyny, rechocząc przy tym jak opętane.
Pewnie trwałoby to znacznie dłużej, gdyby nie fakt, że trzeba było się ogarnąć i jechać do hali koncertowej, a po drodze wstąpić jeszcze do jakiegoś sklepu bo Viki skończył się lakier i zapas gumek do włosów.
Ellen zabrała suszarkę i wróciła do siebie, a my, no dobra ja, posprzątałam po śniadaniu i spakowałam potrzebne mi na dzisiaj rzeczy w mały, poręczny plecak.
Zakluczałyśmy właśnie pokój, gdy ni stąd ni zowąd pojawił się Lars.
- Lotti - zaczął siląc się na powagę, choć cały czas uśmiechał się pod nosem - jest do ciebie sprawa - obwieścił, próbując się nie roześmiać.
Wymieniłyśmy z Viki zdziwione spojrzenia.
- O co chodzi? - zapytałam, nie wiedząc czego się mam spodziewać.
- Eee, McLeish cię szuka - odpowiedział Ulrich, próbując ukradkiem przekazać coś Viki ruchem głowy.
- McLeish?! - powtórzyła tamta zaskoczona.
Lars znów spróbował dać jej jakiś znak, myśląc że tego nie widzę.
- Aaa - zreflektowała się DaSilva - to może ja sama pójdę na te zakupy i spotkamy się w hali, ok? - zwróciła się do mnie.
- Jak wolisz - odparłam.
- To ja pójdę z tobą - zaoferował jej Lars - albo chociaż odprowadzę cię do wyjścia.
- Dobra - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Kir...eee, to znaczy McLeish czeka w zachodnim skrzydle - rzucił jeszcze Ulrich na odchodne i ruszył w towarzystwie Viki w stronę windy, a ja upewniłam się, że zamknęłam pokój i poszłam na wskazane przez Lars'a miejsce.
Nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona na spotkanie z szefem. Z doświadczenia wiedziałam, że skończy się to albo opieprzem, albo nawet wywaleniem z pracy. Może McLeish dowiedział się jakoś co zaszło między mną, a Kirk'iem i chciał mnie dyscyplinarnie zwolnić? Co ja bym wtedy zrobiła? Nawet gdybym znalazła szybko inną pracę, to przecież nie miałam domu, byłam w kompletnie obcym kraju, nie znałam języka... MATKO NAJŚWIĘTSZA, BYŁAM W TOTALNEJ DUPIE!
Doszłam na miejsce z walącym sercem. Dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego w urodziny? Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przed siebie.
- Kirk?! - potrząsnęłam zdziwiona głową i zaczęłam rozglądać się w koło.
Jeszcze nie dotarło do mnie co tu jest grane, mimo, że było to niemal oczywiste.
Hammett stał na końcu korytarza, trzymając w reku lukrowaną babeczkę z jedną świeczka na czubku i pęk kolorowych balonów.
- Niespodzianka! - zawołał, uśmiechając się promiennie.
Zaśmiałam się głośno, bo właśnie dotarło do mnie jak bardzo dałam się nabrać.
- Boże, Kirk... - zaczęłam, patrząc mu w oczy.
- Zdmuchnij świeczkę - wręczył mi babeczkę, uśmiechając się jeszcze szerzej i jeszcze piękniej.
Zamknęłam oczy i bez chwili namysłu zdmuchnęłam płomień. Doskonale wiedziałam czego sobie życzyć.
- Mam coś dla ciebie - powiedział po chwili, wyjmując z kieszeni dżinsowej kamizelki małe pudełeczko przewiązane błękitną wstążką.
Ręce mu drżały gdy je otwierał.
- Odwróć się - poprosił.
- Ok - zgodziłam się, obracając się do niego plecami.
Kirk odgarnął mi włosy i zapiął coś wokół mojej szyi.
Na srebrnym łańcuszku zawieszony był mały wisiorek w kształcie kostki gitarowej. Z przodu wygrawerowany miał logo Metallicy, a z tyłu ozdobny napis "Lotti + Kirk" otoczony sercem.
- Ty jesteś niemożliwy! - pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Podoba ci się? - spytał, chociaż dobrze znał odpowiedź.
- Jest prześliczny! - zawołałam, uważnie oglądając naszyjnik - dziękuję! - przytuliłam chłopaka mocno, a on odwzajemnił uścisk, całując mnie w czoło.
- To jeszcze nie wszystko - zapewnił brunet, po czym chwycił mnie za rękę.
- Żartujesz!
- Nie - zaprzeczył - a teraz zamknij oczy.
Posłuchałam go i przymknęłam powieki. Kirk przewiązał mi oczy bandaną i zaczął gdzieś prowadzić.
- Ale nie porywasz mnie, co nie? - upewniłam się, chichocząc.
- Nie, nie, tylko wytnę ci kilka organów i puszczę wolno - zażartował, mam nadzieję, Hammett.
Szliśmy chwilę, aż w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś. Usłyszałam dźwięk otwierania zamka w drzwiach, po czym Kirk wprowadził mnie do środka.
- Możesz już patrzeć! - powiedział zadowolonym z siebie tonem.
Zsunęłam z oczu bandanę i... no kurde, zamurowało mnie!
Na obsypanym płatkami róż wielkim łóżku leżał czarny, skórzany futerał.
- Kirk, ciebie serio pogięło! - wydusiłam z siebie.
- No już, otwórz - ponaglił, racząc mnie swym ciepłym głosem i uroczym śmiechem.
No to otworzyłam. W środku, jak zdążyłam się domyślić leżała piękna elektryczna gitara, ale nie byle jaka.To była dokładnie ta, którą podziwiałam przez szybę w Paryżu!
- Boże, ale jak? Skąd? Kiedy? - nie mogłam w to wszystko uwierzyć.
- Mam swoje sposoby - pochwalił się Hammett.
- Skąd w ogóle wiedziałeś, że mam urodziny? - zadałam kolejne pytanie.
- Ptaszki wyćwierkały - puścił do mnie oczko - no dobra, poszperałem w danych personelu - wyznał, pesząc się lekko - to co, przetestujemy to cudeńko? - klasnął w dłonie i sięgnął po swoją gitarę i wzmacniacz.
Delikatnie wyciągnęłam błyszczący, pachnący nowością instrument z pokrowca, podłączyłam go do Marshalla i przejechałam palcami po strunach, po czym zagrałam kilka losowych akordów. Gdy już nieco oswoiłam się z gitarą, postanowiłam spróbować swoich sił w solówce do "Paranoid' Sabbath'ów.
Kirk dołączył się do mnie i tak razem sobie brzdąkaliśmy, podśpiewując przy okazji. Zagraliśmy jeszcze kilka kawałków Judas Priest, coś Scorpions'ów i oczywiście Led Zeppelin. W między czasie coraz bardziej przybliżaliśmy się do siebie, aż w końcu, sama nie wiem kiedy, wylądowaliśmy na sobie nadzy i spoceni, połączeni w długim, namiętnym pocałunku.
To zdecydowanie były moje najlepsze urodziny w życiu, których z całą pewnością nigdy nie zapomnę!
- O, hejka - przywitała się Viki - a już się zastanawiałam gdzie cię wcięło.
- Byłam zrobić śniadanie - wyjaśniłam, wciąż się uśmiechając.
- Mhm - pokiwała głową dziewczyna, przeżuwając hamburgera, po czym oderwała na chwilę wzrok od teledysku Britny Fox i przyjrzała mi się lepiej - a co ty taka wesoła od rana? - zapytała podejrzliwie.
- A wiesz, nic specjalnego - machnęłam ręką - po prostu mam dziś urodziny i ...
- Masz dziś urodziny?! - powtórzyła Viki zaskoczona, plując przy okazji kawałkami mięsa - ale super! - zerwała się na równe nogi by mnie uściskać - wszystkiego najlepszego! - przytuliła mnie mocno.
- Macie pożyczyć suszarkę? - do pokoju weszła Ellen z mokrymi włosami, opadającymi jej na twarz - a co tu się dzieje? - spytała zdezorientowana, odgarniając do tyłu swą bujną czuprynę.
- Lotti ma urodziny! - oznajmiła Viki, odgrywając się ode mnie i sięgając do walizki w poszukiwaniu suszarki.
- Jak zamierzasz świętować? - zwróciła się do mnie Ellen, siadając na brzegu łóżka.
- Sama nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą.
Nie miałam jakichś konkretnych planów na ten dzień. Urodziny zawsze sprawiały mi masę radości. Jak byłam mała co roku chodziłyśmy z ciocią na lody do pobliskiej kawiarni. Ciotka mimo braku pieniędzy zawsze starała się zrobić mi jakiś drobny prezent. Zwykle było to coś praktycznego, jak przybory szkolne na przyszły rok, czy ciepły sweter na zimę, bo latem były na nie spore przeceny, ale pewnego razu zrobiła mi najlepszy prezent w życiu. To były moje dwunaste urodziny. Miłość do coraz cięższej muzyki powoli się we mnie budziła. Brytyjski zespół UFO właśnie wydał swój trzeci album "Phenomenon". Ciocia doskonale wiedziała jak bardzo zależy mi na tej płycie, mimo, że ani razu nie wspominałam jej o tym. Wiedziałam, że płyty kosztują, a my powinnyśmy oszczędzać każdy cent, zamiast wydawać kasę na zachcianki. Tym większe było moje zaskoczenie i nieopisana radość, gdy tego dnia ciotka wręczyła mi płaski kwadrat owinięty kolorowym papierem. Z błyszczącymi oczyma rozerwałam powoli papier i ujrzałam wymarzonego winyla. Pamiętam doskonale, jak długo dziękowałam za tak cudowny podarunek i wręcz płakałam ze szczęścia.
- Może w takim razie wyskoczymy gdzieś wieczorem na piwo? - rzuciła Ellen, spoglądając to na mnie to na Viki.
- Jasne, z wielką chęcią - przystałam na jej propozycję.
- No chyba, że Kirk zaplanował dla ciebie coś innego - Viktoria znacząco poruszyła brwiami, a moją twarz zalał ogromny rumieniec.
- Dajcie spokój - zaczęłam - to wcale nie tak, on na bank nie wie, ze to dziś, bo z resztą skąd miałby wiedzieć... - próbowałam przemówić im do rozsądku, ale czerwone policzki i nie schodzący z twarzy uśmiech uniemożliwiały mi to skutecznie.
- Kirk i Lotti, fiki miki, pojechali do Afryki, a w Afryce powiedzieli: słodszej pary nie widzieli - recytowały dziewczyny, rechocząc przy tym jak opętane.
Pewnie trwałoby to znacznie dłużej, gdyby nie fakt, że trzeba było się ogarnąć i jechać do hali koncertowej, a po drodze wstąpić jeszcze do jakiegoś sklepu bo Viki skończył się lakier i zapas gumek do włosów.
Ellen zabrała suszarkę i wróciła do siebie, a my, no dobra ja, posprzątałam po śniadaniu i spakowałam potrzebne mi na dzisiaj rzeczy w mały, poręczny plecak.
Zakluczałyśmy właśnie pokój, gdy ni stąd ni zowąd pojawił się Lars.
- Lotti - zaczął siląc się na powagę, choć cały czas uśmiechał się pod nosem - jest do ciebie sprawa - obwieścił, próbując się nie roześmiać.
Wymieniłyśmy z Viki zdziwione spojrzenia.
- O co chodzi? - zapytałam, nie wiedząc czego się mam spodziewać.
- Eee, McLeish cię szuka - odpowiedział Ulrich, próbując ukradkiem przekazać coś Viki ruchem głowy.
- McLeish?! - powtórzyła tamta zaskoczona.
Lars znów spróbował dać jej jakiś znak, myśląc że tego nie widzę.
- Aaa - zreflektowała się DaSilva - to może ja sama pójdę na te zakupy i spotkamy się w hali, ok? - zwróciła się do mnie.
- Jak wolisz - odparłam.
- To ja pójdę z tobą - zaoferował jej Lars - albo chociaż odprowadzę cię do wyjścia.
- Dobra - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Kir...eee, to znaczy McLeish czeka w zachodnim skrzydle - rzucił jeszcze Ulrich na odchodne i ruszył w towarzystwie Viki w stronę windy, a ja upewniłam się, że zamknęłam pokój i poszłam na wskazane przez Lars'a miejsce.
Nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona na spotkanie z szefem. Z doświadczenia wiedziałam, że skończy się to albo opieprzem, albo nawet wywaleniem z pracy. Może McLeish dowiedział się jakoś co zaszło między mną, a Kirk'iem i chciał mnie dyscyplinarnie zwolnić? Co ja bym wtedy zrobiła? Nawet gdybym znalazła szybko inną pracę, to przecież nie miałam domu, byłam w kompletnie obcym kraju, nie znałam języka... MATKO NAJŚWIĘTSZA, BYŁAM W TOTALNEJ DUPIE!
Doszłam na miejsce z walącym sercem. Dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego w urodziny? Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przed siebie.
- Kirk?! - potrząsnęłam zdziwiona głową i zaczęłam rozglądać się w koło.
Jeszcze nie dotarło do mnie co tu jest grane, mimo, że było to niemal oczywiste.
Hammett stał na końcu korytarza, trzymając w reku lukrowaną babeczkę z jedną świeczka na czubku i pęk kolorowych balonów.
- Niespodzianka! - zawołał, uśmiechając się promiennie.
Zaśmiałam się głośno, bo właśnie dotarło do mnie jak bardzo dałam się nabrać.
- Boże, Kirk... - zaczęłam, patrząc mu w oczy.
- Zdmuchnij świeczkę - wręczył mi babeczkę, uśmiechając się jeszcze szerzej i jeszcze piękniej.
Zamknęłam oczy i bez chwili namysłu zdmuchnęłam płomień. Doskonale wiedziałam czego sobie życzyć.
- Mam coś dla ciebie - powiedział po chwili, wyjmując z kieszeni dżinsowej kamizelki małe pudełeczko przewiązane błękitną wstążką.
Ręce mu drżały gdy je otwierał.
- Odwróć się - poprosił.
- Ok - zgodziłam się, obracając się do niego plecami.
Kirk odgarnął mi włosy i zapiął coś wokół mojej szyi.
Na srebrnym łańcuszku zawieszony był mały wisiorek w kształcie kostki gitarowej. Z przodu wygrawerowany miał logo Metallicy, a z tyłu ozdobny napis "Lotti + Kirk" otoczony sercem.
- Ty jesteś niemożliwy! - pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Podoba ci się? - spytał, chociaż dobrze znał odpowiedź.
- Jest prześliczny! - zawołałam, uważnie oglądając naszyjnik - dziękuję! - przytuliłam chłopaka mocno, a on odwzajemnił uścisk, całując mnie w czoło.
- To jeszcze nie wszystko - zapewnił brunet, po czym chwycił mnie za rękę.
- Żartujesz!
- Nie - zaprzeczył - a teraz zamknij oczy.
Posłuchałam go i przymknęłam powieki. Kirk przewiązał mi oczy bandaną i zaczął gdzieś prowadzić.
- Ale nie porywasz mnie, co nie? - upewniłam się, chichocząc.
- Nie, nie, tylko wytnę ci kilka organów i puszczę wolno - zażartował, mam nadzieję, Hammett.
Szliśmy chwilę, aż w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś. Usłyszałam dźwięk otwierania zamka w drzwiach, po czym Kirk wprowadził mnie do środka.
- Możesz już patrzeć! - powiedział zadowolonym z siebie tonem.
Zsunęłam z oczu bandanę i... no kurde, zamurowało mnie!
Na obsypanym płatkami róż wielkim łóżku leżał czarny, skórzany futerał.
- Kirk, ciebie serio pogięło! - wydusiłam z siebie.
- No już, otwórz - ponaglił, racząc mnie swym ciepłym głosem i uroczym śmiechem.
No to otworzyłam. W środku, jak zdążyłam się domyślić leżała piękna elektryczna gitara, ale nie byle jaka.To była dokładnie ta, którą podziwiałam przez szybę w Paryżu!
- Boże, ale jak? Skąd? Kiedy? - nie mogłam w to wszystko uwierzyć.
- Mam swoje sposoby - pochwalił się Hammett.
- Skąd w ogóle wiedziałeś, że mam urodziny? - zadałam kolejne pytanie.
- Ptaszki wyćwierkały - puścił do mnie oczko - no dobra, poszperałem w danych personelu - wyznał, pesząc się lekko - to co, przetestujemy to cudeńko? - klasnął w dłonie i sięgnął po swoją gitarę i wzmacniacz.
Delikatnie wyciągnęłam błyszczący, pachnący nowością instrument z pokrowca, podłączyłam go do Marshalla i przejechałam palcami po strunach, po czym zagrałam kilka losowych akordów. Gdy już nieco oswoiłam się z gitarą, postanowiłam spróbować swoich sił w solówce do "Paranoid' Sabbath'ów.
Kirk dołączył się do mnie i tak razem sobie brzdąkaliśmy, podśpiewując przy okazji. Zagraliśmy jeszcze kilka kawałków Judas Priest, coś Scorpions'ów i oczywiście Led Zeppelin. W między czasie coraz bardziej przybliżaliśmy się do siebie, aż w końcu, sama nie wiem kiedy, wylądowaliśmy na sobie nadzy i spoceni, połączeni w długim, namiętnym pocałunku.
To zdecydowanie były moje najlepsze urodziny w życiu, których z całą pewnością nigdy nie zapomnę!

