LOTTI
18 czerwca 1986 r.The Odeon
Birmingham, Anglia
Metalica dała zajebisty występ, z resztą jak każdy na tej trasie. Po koncercie odwiedzili nas Brian Tatler i Sean Harris z Diamond Head. Lars ich zaprosił. Znał się z nimi od kiedy skończył 17 lat.Wtedy to odbył swoistą pielgrzymkę z Los Angeles do Londynu, w celu zobaczenia swoich idoli na żywo w ich ojczyźnie. Ulrich był przewodniczącym amerykańskiego fanklubu Diamond Head i jego zadaniem było przeprowadzenie wywiadu z zespołem i zrobienie kilku zdjęć. Tak się zagadali, że wyjazd na koncert zakończył się pięcio tygodniowym pobytem Lars'a w domu rodziców Brian'a. Po powrocie do L.A. Ulrich wysłał Tatler'owi dema Metallicy, a thrash metalowa wersja " Am I evil?" przyniosła obu zespołom spory sukces.
Chłopcy z Diamond Head byli bardzo mili i o wiele spokojniejsi niż Metallica. Zdecydowanie odbiegali zachowaniem od amerykańskich rockman'ów. Lars przedstawił ich chłopakom z Mety. Jarał się przy tym jak dziecko, które przyszło na podwórko w towarzystwie starszych kolegów i teraz nikt mu nie może podskoczyć. Później wszyscy razem poszli się napić. Ja miałam za to podwójną ilość sprzątania, bo wiadomo, dwa zespoły metalowe równa się dwa razy większy bajzel.
Szłam właśnie w stronę garderoby, rozglądając się czy w pobliżu nie ma gdzieś Viki, żeby mogła mi pomóc, gdy nagle usłyszałam dźwięki bardzo nieprzyjemnej rozmowy.
- Słyszałaś co zrobiła ta pieprzona dziwka?! - mówiła jedna z dziewczyn z ekipy sprzątającej.
Miała na sobie błękitne spodnie na szelkach i podniszczony T-shirt z Iron Maiden. Między jednym, a drugim słowem wypuszczała z ust obłok papierosowego dymu.
- No a jak! - przytaknęła jej stojąca obok farbowana blondynka z pokaźnym odrostem, ubrana w czarne lateksowe legginsy i koszulkę z logo Whitesnake.
- Teraz ta mała zdzira może robić co se chce, nawet leżeć z dupą do góry, a i tak jej nic nie zrobią - syknęła zawistnie dziewczyna, strzepując nerwowym ruchem popiół z papierosa.
- Tak to jest jak się sypia z szefem - mruknęła ta druga, opierając się o jeden ze wzmacniaczy i piłując paznokcie niewielkim pilniczkiem - swoją drogą, ciekawe jak to wytrzymała, przecież ten koleś jest obleśny! - wzdrygnęła się.
- Obleśny to mało powiedziane! Wolałabym ruchać wieprza niż tego typa - powiedziała z pełnym przekonaniem laska z papierosem.
- W sumie nie wielka różnica - rzuciła blondi z głupawym uśmieszkiem i obie dziewczyny wybuchnęły gromkim śmiechem, tak szyderczym, że mimo, iż nie rozmawiały o mnie poczułam się nieswojo.
Nie mając ochoty słuchać ich dłużej, ruszyłam dalej, aż moją uwagę przykuł cichy, bezskutecznie tłumiony płacz, dochodzący z jednej z toalet. Nie wiele myśląc, weszłam do środka i zapukałam do pierwszej kabiny z brzegu.
- Czego?! - usłyszałam znajomy głos.
- Viki? - pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi.
- Lotti? Czego tu chcesz?! - Viktoria siedziała skulona na klapie z brodą opartą na kolanach. Oczy miała całe zapuchnięte i czerwone od płaczu, a rozmazany przez łzy tusz do rzęs spływał po jej rozgrzanych ze wzburzenia policzkach.
- Co się stało? - zapytałam, odruchowo odszukując w kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i podając ją jej - dlaczego płaczesz?
- Nie udawaj głupiej, wszyscy już wiedzą! - szlochała roztrzęsiona Viki, wycierając nos i oczy.
Przykucnęłam obok niej na zimnej podłodze pokrytej szarymi kafelkami i pogładziłam ją po plecach.
- Cokolwiek się stało na pewno można to naprawić - starałam się ją pocieszyć.
Nie byłam w tym dobra, no ale musiałam chociaż spróbować.
- Gówno prawda! Nic już nie można naprawić! - dziewczyna zanosiła się płaczem coraz bardziej i bardziej, cała się przy tym trzęsła i nie była w stanie się uspokoić - wszyscy, rozumiesz to, kurwa, wszyscy wiedzą, że poszłam z nim do łóżka! - wypowiadanie kolejnych słów przychodziło jej z coraz większą trudnością, a coraz to nowsze potoki łez wypływały spod jej zaciśniętych powiek.
- Z kim? - spytałam ze szczerą nieświadomością.
- Ze Świętym Mikołajem! - ironizowała dziewczyna wciąż szlochając - a jak ci się wydaje?!
Spojrzałam na nią wzrokiem dającym do zrozumienia, że na prawdę nie mam pojęcia o kogo chodzi.
- Z McLeish'em! - wypaliła, ukrywając twarz w dłoniach i wybuchając następną falą płaczu.
Zamurowało mnie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Otrząsnęłam się z chwilowego szoku i przytuliłam się do niej troskliwie.
Zrobiło mi się jej serio żal.
- Teraz wszyscy mają mnie za dziwkę - powiedziała Viktoria łamiącym się głosem - a... a ja chciałam tylko zaznać odrobiny lepszego życia - dodała półszeptem, przygryzając wargi i wlepiając wzrok w ziemię.
- Nie wszyscy - zaprzeczyłam, uśmiechając się delikatnie.
Było mi jej tak cholernie szkoda. Może i bywała złośliwa, ale bądź co bądź była moją kumpelą i czułam, że nie mogę jej tak zostawić.
- Hej, co mogę zrobić żeby poprawić ci humor? - zagaiłam, a dziewczyna zaczęła się zastanawiać.
- Nie wiem... - westchnęła, pociągając nosem i dalej patrząc uparcie w podłogę.
Spróbowałam przypomnieć sobie wszystkie te rzeczy, o których wiedziałam, że sprawiają Viki przyjemność.
- A co powiesz na całonocny maraton filmów z Tom'em Cruise'm i wielkie opakowanie lodów czekoladowych z orzeszkami i karmelem? - patrzyłam jak wyraz jej twarzy powoli się zmienia.
- A zamówimy pizzę? - upewniła się, nieco bardziej ożywionym i pogodniejszym tonem.
- Nawet dwie - zapewniłam ją, śmiejąc się wesoło.
LEXI
20 czerwca 1986 r.East Rutherford, New Jersey
Od kilku dni spóźniał mi się okres. Zrobiłam więc test ciążowy. Cholera, przecież zawsze się zabezpieczałam! No może prawie zawsze... no dobra, czasami, ale jednak! Już obliczałam w myślach sumkę potrzebną mi na pozbycie się problemu, ale na szczęście okazało się, że to fałszywy alarm. Bogu dzięki! Nie bałam się niczego: śmierci, tortur, porwania, gwałtu... tylko jedna rzecz napełniała mnie lękiem - ciąża. W zasadzie nie tyle sama ciąża co perspektywa użerania się potem z bachorem przez kolejne 20 lat! Nie lubiłam dzieci. Nigdy. Ani jak byłam mała, ani teraz. Obleśne, śliniące się berbecie zawsze przyprawiały mnie o mdłości. To chyba zasługa genów po moich własnych starych, którzy, nie oszukujmy się, wybrali drugą po aborcji najłatwiejszą metodę na oszczędzenie sobie katorgi związanej z rodzicielstwem.Zresztą, pieprzyć ich! Gdziekolwiek teraz są.
Podniosłam się z kibla, podciągnęłam koronkowe gacie, wyrzuciłam test ciążowy do śmietnika i wyszłam na balkon zapalić. Nie wiedzieć czemu zaczęłam się zastanawiać dokąd zmierz moje życie i co jest jego sensem. Odpowiedź na to jakże filozoficzne pytanie znalazłam, gdy znienacka podleciał do mnie Nikki i krzyknął wprost do ucha:
- Chlejemy!
Wciąż byłam na niego zła za tą akcję z autokarem, ale magiczne słowo, będące wyraźną zachętą do libacji alkoholowej przegnało prawie cały mój gniew. Resztę załatwiły kokaina i zioło, które zajebałam mu z pokoju jak nie patrzył.
Old Heidelberg Bar & Grill
W barze Steven opowiedział nam historię Taj Mahal. Wybudował go sułtan Shagmahal dla swojej żony, która zmarła podczas rodzenia mężulkowi czternastego, tak dobrze słyszeliście CZTERNASTEGO dziecka! Coś się lasce w końcu należało.
- Ty byś pewnie dla mnie takiego nie wybudował, co nie? - szturchnęłam siedzącego obok mnie na drewnianym stołku Sixx'a.
- Najpierw musiałabyś sobie zasłużyć - zaśmiał się Nikki, rozlewając przy tym większość zawartości swojego kufla, ku wyraźnemu nie zadowoleniu grubej kelnerki, która musiała to wszystko powycierać - dalej, won do rodzenia dzieci! - zarechotał, wsadzając mi łapy pod spódnicę i całując mnie namiętnie w szyję.
W pierwszej chwili zmarszczyłam zaniepokojona brwi, ale potem uświadomiłam sobie, że przecież Nikki nie mógł wiedzieć o moich porannych rozmyślaniach i obawach, a jego żart to zwyczajny zbieg okoliczności. Wybuchałam śmiechem.
Steven wziął łyk piwa, odczekał aż się wszyscy uspokoimy i zamyślił się, szukając w głowie kolejnej orientalnej opowiastki, którą mógłby się z nami podzielić. Miał hopla na punkcie takich historii. Uwielbiał Indie i te klimaty. W tych swoich zwiewnych szmatach, szalikach, apaszkach, bransoletkach, pierścionkach i zegarkach wyglądał bardziej jak stara cyganka niż indyjski bóg, ale niech mu będzie.
- Ej, a wiecie skąd wzięła się Kama sutra? - Tyler chciał zacząć kolejną opowieść.
- A propos Kama sutry - przerwał mu Vince, waląc się w czoło.
Wyraźnie o czymś sobie przypomniał.
- Mam zamówione dziwki na dwudziestą, muszę lecieć, bo mi jeszcze zwieją! - zerwał się z miejsca i przeciskając się między stolikami, wybiegł na parking złapać taksówkę.
- My też już pójdziemy - powiedziałam, gdy Steven otworzył usta by dalej mówić,
Wstałam i złapałam Sixx'a za rękę.
- Steven zrobił mi ochotę na te całą Kama sutrę - uśmiechnęłam się porozumiewawczo do Nikkie'ego i pociągnęłam go w stronę wyjścia.
LOTTI
22 czerwca 1986 r.Paryż, Francja
Meta dostała zaproszenie na koncert King'a Diamond'a. Były wokalista Mercyful Fate był akurat w mieście ze swoim solowym projektem i postanowił spotkać się ze swoimi starymi, dobrymi kumplami i zagrać razem kilka kawałków.
Chłopaki, a właściwie McLeish uznał, że do przygotowania się przed tak krótkim występem wystarczy im tylko jedna garderobiana. Niemalże oczywistym było, że to Viki pójdzie na koncert. W końcu jakby nie patrzeć, route manager był teraz kimś w rodzaju jej chłopka? Kochanka? Sama nie wiedziałam jak określić ich relacje. Z jednej strony Viktoria nie znosiła go i wypłakiwała sobie przez niego oczy, z drugiej wciąż się z nim spotykała i korzystała z przywilejów, które jej zapewniał.
Tak jak wspomniałam, byłam niemalże pewna, że z koncertu Diamond'a nici, ale z niewiadomych przyczyn los postanowił się do mnie uśmiechnąć. A w zasadzie nie los, tylko Kirk.
- Też chciałabyś zobaczyć King'a Diamond'a na żywo, co? - zagaił Hammett, zjawiając się niespodziewanie koło mnie.
- O, hej Kirk - przywitałam się z nim, odgarniając niesforny kosmyk włosów z czoła i spoglądając na chłopaka ukradkiem - jasne, że bym chciała, kto by nie chciał? - odparłam, wzruszając ramionami - ale Viki mnie ubiegła - dodałam, a w moim głosie jak na złość dało się wyczuć smutek.
Kirk otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale zawahał się, pomilczał chwilę, aż w końcu rzucił:
- No bo wiesz, jak byś miała ochotę to możemy iść tam razem...
- Myślałam, że potrzebujecie tylko jednej z nas - wtrąciłam niepewnie, nie wiedząc do czego zmierza.
- Nie poszłabyś tam jako garderobiana! - zapewnił mnie - tylko... - zabrakło mu słowa - ...moja towarzyszka - uzupełnił, posyłając mi szeroki uśmiech - w sensie, to nie randka ani nic! - szybko dodał, widząc moje rumieńce i zakłopotaną minę - jak nie masz ochoty to nie szkodzi - szepnął.
- Nie, nie! Jasne, że mam ochotę - powiedziałam prędko - ale...
- Ale co? - zmartwił się Hammett.
Przełknęłam ślinę. W sumie nie było żadnego "ale". Może poza jednym.
- Co z McLeish'em? - zapytałam, krzyżując ręce na piersiach i opierając się plecami o ścianę - wścieknie się jak mnie tam zobaczy - westchnęłam.
- Nim się nie przejmuj - zmarszczył czoło Kirk i zacisnął pięści - jak by się ciebie czepiał po prostu daj mi znać, zajmę się nim - powiedział tonem rasowego obrońcy uciśnionych garderobianych.
Teraz to już musiałam się zgodzić.
- Cóż, w takim razie chętnie z tobą pójdę - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Super - ucieszył się Kirk - no to widzimy się wieczorem, tak koło dziewiętnastej? - zaproponował.
- Ok.
- No to do wieczora - pożegnał się szybko, jakby bał się, że zmienię zdanie i pobiegł w stronę czekającego na końcu korytarza James'a, który wyraźnie zniecierpliwiony oczekiwaniem na gitarzystę kołysał się z nogi na nogę.
- Skoro jaśnie pan raczył się pojawić możemy zaczynać próbę? - zapytał na tyle głośno, że i ja usłyszałam.
Kirk coś mu odpowiedział, na co James przewrócił oczami i oboje zniknęli za rogiem.
Stałam w miejscu jeszcze przez chwilę analizując na co się właśnie zgodziłam. To nie randka - powtarzałam sobie wytrwale. Ale czy na pewno chciałam w to wierzyć?


