niedziela, 23 czerwca 2019

Route Diaries 9

LOTTI

3 maja 1986 r.
Best Western Hotel
Johnson City
- Boże, gdzie ja jestem?! I dlaczego tak cholernie boli mnie głowa? Chyba zaraz zwymiotuję... Matko Boska! Ja nic nie pamiętam! - rozejrzałam się w panice po pokoju, w którym się obudziłam.
Spróbowałam się podnieść, ale świat wirował mi przed oczami. Spojrzałam w bok. Po mojej prawej stronie w łóżku leżał Kirk. Spał. Odkryłam kołdrę i spostrzegłam, że jestem zupełnie naga. Boże, tylko nie to! Wszystko, tylko nie, kurwa, to! To nie możliwe! Czy ja właśnie... przespałam się z ... NIE! To nie może być prawda! Boże, co ja najlepszego zrobiłam?!
Z trudem wygrzebałam się z łóżka, próbując nie obudzić Kirka i zaczęłam pośpiesznie szukać swoich ubrań. Zgarnęłam je z podłogi i czym prędzej wybiegłam z apartamentu owinięta w prześcieradło. Zamknęłam się w toalecie w swoim pokoju. Ochlapałam twarz zimną wodą i spróbowałam pozbierać myśli.Było mi tak okropnie wstyd. Ostatnie co pamiętałam z ubiegłej nocy to jak tańczyliśmy z Kirk'iem w klubie... a potem czarna dziura - nic! Czyżbym upiła się aż tak, żeby urwał mi się film? Ale żebym kompletnie nic nie pamiętała?!
- Lotti, jesteś tam? - usłyszałam pukanie do drzwi. To była Lorri.
- Jestem, jestem, zaraz wychodzę - wysiliłam się na pogodny ton.
- Dobrze, chciałam się tylko upewnić, czy nic ci nie jest. A tak przy okazji, autokar Mety odjeżdża za pół godziny - oznajmiła.
To oznaczało, że znowu miałabym podróżować z chłopakami.
- Słuchaj, a nie mogłabym jechać z tobą i Trip'em jak na początku? - zapytałam z nadzieją.
- Eeee, no jasne, że możesz - odparła Lorri, lekko zaskoczona.
- Super - odetchnęłam z ulgą.
- Ale stało się coś? - nie rozumiała.
- Nie, nie - szybko zaprzeczyłam - mam po prostu okropnego kaca, głowa mnie boli...
- Może przynieść ci aspirynę? - zaproponowała.
- Nie ma potrzeby- ucięłam dyskusję.
Nie byłam w stanie dłużej hamować cisnących mi się do oczu łez. Musiałam się jednak ogarnąć. Nie mogłam przecież tak wyjść do ludzi. Na szczęście Lorri nie drążyła tematu. Ubrałam się, zrobiłam delikatny makijaż i biorąc kilka głębokich oddechów, wyszłam z pokoju i ruszyłam na przyhotelowy parking.


LEXI

3 maja 1986 r.
Port Lotniczy Atlanta - Hartsfield - Jackson
Atlanta

Say goodbye to the town
Got no sorrows to drown
Guess we're all goin' down with the ship
Ain't no fair-weather friends
We're all mates till the end
Guess we're all goin' down with the ship...

Podśpiewywał Michael, notując coś na zmiętej kartce papieru.
- Co to jest? - zapytał Andy, patrząc mu przez ramię.
- A tak mnie jakoś naszło, piszę piosenkę - odparł Monroe, skrobiąc dalej - nagram ją na swój album, jak już będę na tyle sławny, żeby rozpocząć karierę solową - zachichotał.
- Ta, chyba po moim trupie - zaśmiał się Razzle, szturchając go w bok.
- O czym to? - zainteresowałam się, zabierając mu kartkę.
- Nie o tobie - powiedział Michael, odbierając mi swoje zapiski - o życiu, głównie w trasie, przyjaźni - wyjaśnił.
- Całkiem spoko - przyznałam, śledząc wzrokiem tekst - oczywiście jak na piosenkę nie o mnie.
Znajdowaliśmy się w poczekalni na lotnisku Atlanta - Hartsfield - Jackson. Samolot miał opóźnienie i nie wiadomo było kiedy przyleci. Potwornie nam się nudziło. Poison wykorzystywali ten czas na ćpanie i chlanie w toalecie. Postanowiłam do nich dołączyć.
- Zostało coś dla mnie? - zapytałam, wchodząc do kibla.
- Jasne - Bobby podsunął mi pod nos kartonik z usypaną kreską koki.
Wciągnęłam ją szybko. A potem drugą i trzecią... Nawaliliśmy się do tego stopnia, że chłopcy z Hanoi musieli nas wnosić do samolotu.
- Co im jest? - zapytała jedna rudowłosa stewardessa, patrząc na nas spode łba.
- Źle się czują - odparł prędko Michael.
- Co ty pierdolisz?! Czuję się wspaniale! - wykrzyknął zawieszony na ramieniu Andy'ego Bret - mógłbym dolecieć do walonego Orlando na własnych pieprzonych skrzydłach, bez pomocy tego jebanego samolotu! - obwieścił wszem i wobec, machając przy tym rękami na wszystkie strony.
Stewardessa zmrużyła oczy i zmarszczyła brwi. Zapowiadała się "ciekawa" podróż.
W trakcie lotu zrobiło mi się niedobrze. Michael poszedł ze mną do toalety potrzymać mi włosy. Rzygałam jak jeszcze nigdy!
- Jesteś kochany - powiedziałam półprzytomna, leżąc na zimnej klapie kibla.
Chciałam pocałować Michael'a w policzek.
- O nie! Zapomnij - odsunął się ode mnie gwałtownie - dopiero co wymiotowałaś, nie będziesz mnie teraz całować! - zawołał.
Zaśmiałam się lekko, ale po chwili znów poczułam cisnący się do ust wymiot.
- Kiedy w końcu dolecimy? - zapytałam słabym głosem, chwytając się za brzuch.
- Za jakieś czterdzieści minut - odpowiedział Monroe, patrząc na srebrny zegarek zawieszony na nadgarstku - mam do ciebie tylko jedno pytanie - zmienił ton na niezwykle poważny.
Wytarłam twarz papierowym ręcznikiem i spojrzałam mu w oczy.
- Słucham?
- Coś ty tam wzięła i dlaczego się nie podzieliłaś?! - burknął Michael.
Chuj z tym, że to były dwa pytania.


sobota, 15 czerwca 2019

Route Diaries 8

LEXI

30 kwietnia 1986 r.
Gdzieś w Kentucky
Ja, Michael, Bret oraz CC szliśmy poboczem drogi w samym środku nocy. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy, ale niezbyt nam to przeszkadzało.
Poison mieli tego dnia nagrania do nowego teledysku. Kiedy przyszli na plan wyglądali koszmarnie: brudni, niedogoleni, w śmierdzących ciuchach. Garderobiane i wizażystki miały nie lada wyzwanie, żeby doprowadzić ich do ładu. Po całym dniu pracy nad videoclipem chłopaki zerwali się stamtąd i wszyscy razem poszliśmy się nawalić. CC i Bret wciąż mieli na sobie ciuchy do teledysku, a Michael zawsze wyglądał jak wymalowana lalka Barbie. Tym dziwniejszy był widok naszej ekipy zataczającej się o trzeciej w nocy na jakieś wiejskiej drodze. Całe szczęście, że oprócz nas nikogo innego tam nie było, bo w przeciwnym razie na pewno jakiś frajer wezwałby policję i znów trzeba by było odbierać nas z izby wytrzeźwień.
Szliśmy sobie tak i szliśmy, aż w pewnym momencie zauważyliśmy cmentarz. Niczym bohaterowie z debilnych horrorów postanowiliśmy skrócić sobie przez niego drogę. Nagle CC poczuł, że musi zwymiotować. Pochylił się nad jednym z nagrobków i puścił pawia. Koledzy chcieli pomóc mu wstać, ale stracili równowagę i wszyscy trzej upadli. Ja stałam obok i  zanosiłam się głośnym śmiechem. Bret zauważył kontem oka leżące na jednym z grobów zwiędłe róże.

Every rose has it thorns
just like every night has it dawns...

Zaczął śpiewać. Kumple zawtórowali mu. Wokalista chwycił bukiet cmentarnych kwiatów i dla uczczenia tej jakże romantycznej chwili wręczył mi go z szerokim uśmiechem.
- Proszę Lexi - wybełkotał - to dla ciebie.
Wzięłam róże i spojrzałam na Michaela, który rozciął sobie rękę zardzewiałym łańcuchem ogradzającym grób. Na szczęście był tak nawalony, że nawet nic nie poczuł.
- Chłopaki, chodźmy już! - ponagliłam ich.
- Ja tu zostaję - mruknął CC, układając się do snu w kałuży własnych wymiocin.
- No chodź! - złapałam go za rękę i spróbowałam podnieść - A, dobra tam! - dałam za wygraną, kładąc się koło niego.



LOTTI

2 maja 1986 r.
Freedom Hall
Johnson City
- Chodź z nami do klubu po koncercie - zaproponowała Lorri - będzie fajnie.
- Nie mogę, mam dużo roboty - próbowałam znaleźć jakąś wymówkę.
- Daj spokój - przewróciła oczami dziewczyna - nigdy z nami nigdzie nie wychodzisz - przypomniała mi z lekkim wyrzutem.
- Nie jestem typem imprezowiczki - westchnęłam.
- No weź, to przecież tylko wypad do klubu z paczką znajomych - nie odpuszczała Lorri - jeśli ci się nie spodoba to wyjdziemy razem, ok? - zaproponowała, widząc moją wciąż nie przekonaną minę.
Nic jej nie odpowiedziałam.
- Powinnaś się w końcu trochę rozerwać - poklepała mnie po ramieniu - ciągle tylko pracujesz, albo siedzisz w pokoju. odrobina luzu ci nie zaszkodzi.
- Hej, dziewczyny! Idziecie?! - zawołała Viki, podbiegając do nas. Impreza jeszcze się nie zaczęła, a ona już była nieźle wstawiona.
- Lotti ma opory - mruknęła Lorri.
Viki spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Ej, Lotti, no co ty?! - oburzyła się - znowu będziesz siedzieć w hotelu jak ostatnia sierota?! - popukała się w czoło - Chodź z nami!
- No a pranie? - przypomniałam jej.
- Kobieto! Olej pranie! Tam będzie cały zespół i kilku fajnych technicznych! Lars mówił, że może wpadną ludzie z Pantery! - trajkotała z przejęciem - tylko skończony frajer nie skorzystałby z takiej okazji - podsumowała.

Klub Capone's
- Hej, mała, ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić? - jakiś gruby typek w koszulce AC/DC przysiadł się do mnie, podsuwając mi drinka i uśmiechając się obleśnie.
- Spadaj - pokazałam mu środkowy palec i odwróciłam się na krześle.
Siedziałam znudzona przy barze i sączyłam powoli piwo. Lorri i Viki szalały na parkiecie, a chłopaki podrywali panienki. Nudziłam się potwornie. Chciałam, poprosić Lorri, żebyśmy wróciły do hotelu, ale ona za dobrze się bawiła, żeby dało się ją stąd wyciągnąć.
Nie lubiłam klubów i tego typu imprez. Nie czułam się na nich dobrze. Do tego jeszcze ten natrętny koleś...
- No weź, nie zgrywaj takiej niedostępnej - przysunął się do mnie jeszcze bliżej i spróbował włożyć mi łapy pod bluzkę.
Wystraszyłam się nie na żarty.
- Odwal się, oblechu! - zaczęłam krzyczeć i wyrywać się.
- No co ty, nie mów, że nie jesteś chętna! - grubas wykręcił mi ręce do tyłu i zaczął lizać po szyi.
Rozpłakałam się.
- Spierdalaj! - wrzasnęłam, zaciskając powieki.
- Zostaw ją! - usłyszałam stanowczy, męski głos.
Po chwili mój napastnik leżał na ziemi z rozkwaszonym nosem. Otworzyłam oczy. Nade mną stał Kirk.
- Nic ci nie jest? - spytał, obejmując mnie troskliwie ramieniem.
- Nie, nic - pokręciłam głową, poprawiając bluzkę - dziękuję.
Spojrzałam za siebie. Ten zbok zwijał się na podłodze, zachlapując wszystko dookoła krwią. Wokół niego zebrało się sporo ludzi, ciekawych całego zajścia. Odeszliśmy z Kirkiem na bok.
- Co to był za koleś? - chłopak wskazał na swoją ofiarę.
- Nie mam pojęcia, nie znam go - odpowiedziałam.
- Na pewno nic ci nie zrobił? - upewnił się Hammett.
- Nie. Jeszcze raz dzięki - uśmiechnęłam się nie wyraźnie.
- Powinnaś nieco bardziej na siebie uważać. Takie ładne dziewczyny jak ty często przyciągają chamów i zboczeńców.
Coś we mnie wstąpiło i rzuciłam:
- A ty którym z tych dwóch jesteś? - boże, czemu ja to powiedziałam?!
Podniosłam wzrok na Kirk'a, obawiając się nieco jego reakcji. Chłopak wybuchnął śmiechem. Spojrzałam mu w oczy i również zaczęłam chichotać, coraz głośniej i głośniej, aż w końcu oboje chichraliśmy się jak idioci, nie mogąc złapać tchu.



Gadaliśmy, śmialiśmy się i piliśmy, sukcesywnie powiększając kolekcję opróżnionych kufli po piwie.
- Pójdę po jeszcze jedno - zaproponował Kirk, podrywając się z krzesła.
- Siadaj, co chwila gdzieś latasz - powstrzymałam go - ja pójdę - oznajmiłam, czkając.
Lekko chwiejnym krokiem podeszłam do baru.
- Jeszcze raz to samo - zwróciłam się do barmana, opierając się o ladę.
Wróciłam do stolika, stawiając na nim dwa duże kufle Guinnessa.
- Proszę - powiedziałam.
- Twoje zdrowie - wzniósł toast Kirk.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i wzięłam duży łyk piwa. Z głośników leciało właśnie "Life on Mars" David'a Bowie'go.

It's a God-awful small affair
To the girl with the mousy hair
But her mummy is yelling no
And her daddy has told her to go...

- Może zatańczymy? - Hammett wyciągnął rękę w moją stronę.
- Oh, lepiej nie - potrząsnęłam przecząco głową - koszmarnie tańczę - spuściłam wzrok.
- No weź, nie może być przecież aż tak źle -.nie poddawał się Kirk, wciąż trzymając dłoń wyciągniętą w moim kierunku.
Zawahałam się przez chwilę.
- Noo, dobra - złapałam w końcu jego rękę i podążyłam za nim na parkiet.
Poczułam jak kładzie palce na moich biodrach. Splotłam dłonie na jego karku. Kołysaliśmy się lekko.

But her friends is nowhere to be seen
Now she walks through her sunken dream
To the seat with th clearest view
And she's hooked to the silver screen...

- Ałć! - zawołał Kirk, gdy nadepnęłam mu na stopę.
- Ojejku, tak cię przepraszam! Nie chciałam - zaczęłam się szybko tłumaczyć.
- Nie przejmuj się, to nic takiego - machnął ręką chłopak - ja też nie jestem jakimś tam Fredem Astairem.
Zachichotałam.
But the film is a saddeing bore
For she's lived it ten times or more
She could spit in the eyes of fools
As they ask her to focus on...

Oparłam głowę na klatce piersiowej Kirk'a. On przycisnął mnie do siebie ciaśniej, przesuwając ręce na moją pupę.

Sailors fighting in the dance hall
Oh, man, look at those caveman go
It's the freakiest show
Take look at the lawman
Beating up the wrong guy
Oh, man, wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is ther life on Mars?...

Wirowaliśmy pośrodku zatłoczonej sali, a mnie wydawało się jakby reszta świata w ogóle nie istniała. Jakbyśmy byli tu tylko ja i on. Te wszystkie światła, muzyka, szumiący w głowie alkohol... chciałam aby ta chwila trwała wiecznie.

środa, 5 czerwca 2019

Route Diaries 7

LEXI

20 kwietnia 1986 r.
American Hotel
Detroit
Udało mi się dorwać Bobby'ego i Breta jeszcze przed wieczornym koncertem. Rikki'ego zaliczyłam kiedy zeszli ze sceny. W hotelu noc spędziłam z Michael'em, ale upił się wódą i był do niczego, więc nad ranem przeniosłam się do Sami'ego.
Tylko CC wciąż pozostawał dla mnie nieuchwytny. Głównie dlatego, że przez większość czasu kiedy nie był na scenie, zgonował gdzieś w kącie. Chyba tydzień minął zanim go w końcu wyruchałam! Prawie non stop jechał na heroinie, więc zaproponowałam, żeby poszukać dilera. Wyszliśmy na miasto. Ostatnie co pamiętam z tamtej nocy to jakiś marny klub ze słabą muzą. Dalej była już tylko ciemność, a potem obudziłam się w przydrożnym motelu w kompletnie innym mieście.
CC był spoko, nawet całkiem przystojny i nie najgorszy w łóżku, ale po spróbowaniu smaku każdej z "trucizn" stwierdziłam, że najbardziej lubię Breta. Dobrze mi się z nim pieprzyło.
Za to Michael chyba poczuł się zagrożony, bo większość czasu zaczęłam spędzać z Bret'em, a nie z nim. W sumie czego spodziewał się po groupie?
Monroe zawsze bywał zazdrosny, a ja miałam z tego niezły ubaw. Chodził wtedy taki nadąsany, nie chciał dzielić się kokainą i stroił fochy jak jakaś baba. Przeszło mu dopiero jak zobaczył, że pożyczam Bret'owi moją najdroższą pomadkę i dotarło do niego, że jak się nie ogarnie to może o niej zapomnieć. To znaczy mógłby sam sobie taką kupić, w końcu było go stać, ale na moje szczęście chyba nie wpadł na ten pomysł i przyszedł do mnie z butelka whisky i działką koki na przeprosiny.
Siedzieliśmy w hotelowym jacuzzi. Dochodziła północ. Byliśmy tylko ja, Michael, Jack Daniels i ... reszta tych debili z Hanoi Rocks skaczących na główkę do basenu obok.
Nie, żebym była typem romantyczki, ale czasem fajnie mieć chwilkę tylko we dwoje. No cóż, nie tym razem.
Przysunęłam się do Michael'a i zanurkowałam.
- Co robisz? - spytał Monroe.
- Zrobię ci loda, chcesz? - zaproponowałam, wynurzając się.
- Jasne, że chcę! - ucieszył się.
- Tylko wyłącz bąbelki - zanurzyłam się z powrotem i dobrałam do sprzętu Michael'a.
- Nie utop się - pogłaskał mnie po włosach blondyn.
Nie minęła chwila, a już zaczął jęczeć i stękać.
- Ohhhh, uhhhh, taaakkk ... - odchylił głowę do tyłu.
- Tylko nie zapaskudź wody! - do jackuzzi wskoczył Andy.
- Ej, Lexi, a mi też obciągniesz? - spytał Nasty, ładując się tuż za nim i zdejmując kąpielowki.
Wysunęłam głowę z wody.
- A wy co?! Amatorzy kąpieli w cudzej spermie? - skomentowałam robiący się w basenie tłok.
- Jesteś obrzydliwa! - zarechotał McCoy - i za to cię kochamy!
- A myślałam, że za duże cycki i macicę wiecznie gotową do odprawiania godów - odgarnęłam opadające mi na twarz kosmyki mokrych włosów.
- Idziemy do mnie? - zaproponował Nasty.
Spojrzałam na Michael, który właśnie taksował wzrokiem kręcące się  przy Razzle'u i Samim półnagie dziewczyny.
- Dobra - powiedziałam do gitarzysty.
Wyszłam z wody i owijając się białym, puchatym ręcznikiem ruszyłam powoli w kierunku pokoju Nasty'ego. On poczłapał za mną.


W pokoju Nasty'ego

- Chcesz drinka? - chłopak sięgnął do barku z alkoholami.
- Oh, jaki z ciebie dżentelmen - zatrzepotałam rzęsami, chichocząc.
- To chcesz, czy nie ?! - niecierpliwił się Nasty.
- Może być wódka z colą - rzuciłam, rozsiadając się wygodnie na łóżku i włączając telewizor.
Suicide podał mi dużą szklankę, a sam usiadł obok z butelką Nightrain'a. Pogapiliśmy się chwilę na powtórkę ostatniego odcinka "Dynastii". Zdjęłam górę od kostiumu kąpielowego i położyłam się. Nasty odstawił na bok prawie pustą butelkę i ściągnął ze mnie majtki. Zaczęliśmy zabawę.
Co jakiś czas odpychałam go od siebie, bo leżąc na mnie zasłaniał mi serial. W końcu stwierdziłam, że teraz moja kolej, żeby być na górze. Usiadłam na niego okrakiem i zaczęłam ujeżdżać.  Teraz to dopiero miałam idealny widok na ekran.
- Mogłabyś trochę bardziej skupić się na mnie, a trochę mniej na Carringtonach i intrygach tej suki Alexis ?! - spytał Nasty z wyraźną pretensją w głosie.
- Od Alexis trzy kroki w bok - pokazałam mu środkowy palec.
Jak śmiał przypierdalać się do mojej serialowej ulubienicy i życiowej mentorki ?!
Pieprzyliśmy się jeszcze przez jakiś czas, aż do pokoju nie wpadł Andy, który pełnił rolę zespołowego posłańca i powiedział, że ekipa Twisted Sister baluje na trzecim piętrze i wszyscy idą chlać do Harpos, bo Dee Snider stawia.
Nie można było przepuścić takiej okazji. Ubraliśmy się szybko i już po piętnastu minutach szliśmy ulicami Detroit jako królowie nocnego świata, gotowi na podbój klubów i burdeli.

21 kwietni 1986 r.
- Cholera jasna! - zaklął Andy - ile jeszcze będziemy tak stać ?! - niecierpliwił się.
- Co ja ci, kurwa, poradzę? - wzruszył ramionami kierowca - o tej godzinie zawsze są takie korki.
Siedzieliśmy stłoczeni w taksówce w samym środku ciągnącego się przez pół miasta korku. Za pół godziny odlatywał nasz samolot. Powinniśmy być dawno na lotnisku, ale po wczorajszej imprezie zaspaliśmy.
- Jeśli zaraz nie ruszymy przepadnie nam lot i z koncertu nici - westchnął Nasty, wypuszczając przez uchylone okno dym z papierosa.
- Manager nas zabije! - dodał Sami.
- O, chyba ruszamy! - zawołał z radością Michael.
Samochód przesunął się o jakieś trzy milimetry i znów stanął.
- Nie no, nie ma chuja, że zdążymy! - Razzle spojrzał na zegarek.
- To co zrobimy? - zapytałam chłopaków.
Michael otworzył drzwi.
- Chodźcie, lecimy! - ponaglił nas.
Ktoś podał szybko zdziwionemu kierowcy pieniądze i wyjmując walizki i torby z bagażnika pobiegliśmy ulicą, przeciskając się między stojącymi autami.
- Ej! Poczekajcie! - krzyknęłam, jedną ręką trzymając się lusterka jakiegoś samochodu, a drugą zdejmując czerwone szpilki.
- Lexi! Nie mamy czasu! - Monroe podbiegł do mnie, podniósł i przerzucił sobie przez ramię.
Biegliśmy jak szaleni. Sami i Nasty wyrzucili po drodze swoje bagaże, bo uznali, że są za ciężkie. Michael'owi wypadł z torby lakier do włosów, ale któryś z chłopaków cofnął się i go podniósł. Bo przecież Monroe nie wytrzymałby bez swojej puszki Aqua Net!
Zdążyliśmy w ostatniej chwili.
- Którędy na lot do Cleveland? - spytał Andy lekko zszokowanej naszym widokiem stewardesy.
- W lewo, tym korytarzem - pokierowała nas - ale zostało siedem minut do startu!
Błyskawicznie przeszliśmy odprawę. Razzle rzucił stojącej przy wejściu kobiecie bilety i wbiegliśmy na pokład.
Zdyszani zaczęliśmy zajmować nasze miejsca.
- Boże, co to było ?! - wysapał zziajany Nasty, siadając pod oknem.
- Eeee, Michael, kotku, możesz mnie już postawić - upomniałam się, gdyż Monroe wciąż trzymał mnie przewieszoną przez swoje ramię.
- O, jasne - zaśmiał się, stawiając mnie na ziemię - prawie o tobie zapomniałem, taka lekka jesteś.
Lecieliśmy wysoko ponad chmurami. Lubiłam podróżować samolotem. Rozejrzałam się po pokładzie. Chłopaki z Poison siedzieli z tyłu i robili jakąś zadymę. Andy zniknął w toalecie z jedną ze stewardes. Razzle i Nasty założyli się kto wypije więcej i teraz kłócili się o to, który z nich wygrał. Michael leżał zwinięty w kłębek z głową na moich kolanach i spał. Wyglądał tak słodko i niewinnie, że aż nie mogłam na niego patrzeć!
Wylądowaliśmy w Cleveland, a że do wieczora mieliśmy jeszcze chwilę, udaliśmy się na małe zwiedzanie.
O dwudziestej koncert, a potem impreza do białego rana. Nie uczyliśmy się na błędach.
Najgorsze były zawsze poranki. Łeb napieprzał jak cholera, z japy waliło jak z klozetu, a tu trzeba było wstać, ogarnąć się i zbierać do drogi.
Ani Michael, ani ja, ani pewnie większość muzyków nie było w stanie zacząć dnia bez zrobienia make-up'u. W moim przypadku było to dość oczywiste ze względu na płeć, ale Michael zużywał dwa razy więcej podkładu, pudru, korektora, rozświetlacza, tuszu, cieni, konturówki i szminki niż ja! A najgorsze było to, że wyglądał lepiej ode mnie!
Byliśmy bardziej jak siostry niż kochankowie. Mogliśmy pożyczać sobie nawzajem ciuchy, kosmetyki, buty... Kiedyś na jednej imprezie ktoś wziął nas za lesbijki. Koleś klepnął Michael'a w dupę, uśmiechnął się jak zboczeniec i rzucił coś w stylu:
"Dlaczego taka ładna dziewczyna prowadza się z drugą laską?"
Ja stałam obok i kisłam ze śmiechu! Chyba pierwszy raz w życiu widziałam, żeby Monroe nie wiedział co odpowiedzieć. Jakby zapomniał języka w gębie!
To było podczas mojej pierwszej trasy z Hanoi Rocks. Już wtedy czas spędzałam głównie z Michael'em. Choć, jak mam być szczera, to na początku bardziej pociągał mnie Andy. Michael wydawał mi się pustą, blond zdzirą, a Andy sprawiał wrażenie ciekawego, tajemniczego kolesia. No cóż, gusta się zmieniają.


LOTTI

21 kwietnia 1986 r.
New Haven Colosium
New Haven
Kolejne dni wydawały się do siebie bardzo podobne. Po całym dniu spędzonym w podróży meldowaliśmy się w hotelach. Ekipa techniczna, dźwiękowcy, sprzątaczki i my, czyli garderobiane, lub jak nazywał nas James "specjalistki od fajnych łaszków i pachnących gaci", jechaliśmy na miejsce koncertu i ogarnialiśmy wszystko - każdy wedle swoich obowiązków. Wszystko pod czujnym okiem Lorri. Po paru godzinach przyjeżdżała Metallica, robili próbę i szli się zrelaksować do garderoby bądź greenroom'u. Później do akcji wkraczałyśmy ja z Viki. Chłopaki obalali kilka browarków, rozgrzewali się i szli na backstage. Show trwał. Miałyśmy chwilę wytchnienia. Chłopaki schodzili ze sceny, robili krótką przerwę, by po chwili wrócić na bis. Koniec koncertu - czas na autografy, zdjęcia z fanami i zabawy z groupies. Ja albo Viktoria zbierałyśmy brudy. Zespół jechał do hotelu lub na imprezę. Viki robiła wszystko, żeby wymigać się od roboty i zabrać się z nimi. Jeśli się jej udało, to ja szłam do pralni. Czasami towarzyszyła mi Lorri, częściej jednak znikała gdzieś z Trip'em. Sala koncertowa powoli pustoszała. Udawaliśmy się na zasłużoną drzemkę, bo rano trzeba było znów wstać, spakować wszystko do drogi i powtórzyć cały schemat.
Były takie dni, że zaraz po występie opuszczaliśmy miasto i jechaliśmy do następnego, w zależności od tego jak bardzo oddalone były od siebie dane miejscowości.
Coraz częściej podróżowałam autobusem Metallicy. Viki twierdziła, że to dlatego, bo chłopaki nas lubią, ale ja nie byłam do końca przekonana. W prawdzie między zespołem, a personelem panowały przyjazne stosunki, jednak ja wolałam nie rzucać się w oczy i nie wyróżniać z tłumu. Wiedziałam, że powinnam skupiać się na pracy. Lorri i Viki były zupełnie inne. Kochały być w centrum wydarzeń i nie miały żadnych oporów przed gadaniem z Metą jak ze starymi znajomymi. Często flirtowały z chłopakami, mimo, że obie były w związkach. Ja bym tak nie umiała. Może dlatego, że byłam tu nowa? W sumie dość szybko załapałam co i jak, ale wciąż miałam spore tyły jeśli chodziło o funkcjonowanie w tym świecie. Tu wszyscy się znali. Nawet jak się nie znali, to szli na piwo i już byli kumplami. Wszystko działo się tak szybko, choć według pewnych stałych reguł. Wszystko wydawało się takie obce, inne. Przez ponad 22 lata nigdy nie wyjechałam poza teren Nowego Jorku, a teraz co dziennie byłam w innym mieście. Dobrze, że miałam przy sobie Lorri. Była może i trochę roztrzepana i szalona, ale przynajmniej zawsze mogłam na nią liczyć. Bez niej nie dość, że nie miałabym tej pracy, to jeszcze w ogóle bym się tu nie odnalazła. Cieszyłam się, że mam taką przyjaciółkę.