wtorek, 31 marca 2020

Route Diaries 19

LEXI

21 czerwca 1986 r.
Rodeway Inn, Indianapolis
Śniadanie. Jedna z najmniej istotnych pór dnia. I tak nikt go nie jadł, wszyscy byliśmy zbyt skacowani i zamiast jeść chciało nam się wymiotować.
- Zaraz się zrzygam - mruknął Nikki z niewyraźną miną, łapiąc się oburącz za brzuch.
- To idź do kibla - rzuciłam ze znudzeniem mieszając łyżeczką czarną kawę.
Nie wiem z czego to wynikało, ale w hotelowych bufetach kawa zawsze smakowała jak gówno i ledwie dało się ją pić.
- Za późno! - jęknął Sixx, a jego na ogół blada twarz przybrała zielonkawy kolor.
- Co? NIE! - próbowałam odsunąć go od stołu, ale nie zdążyłam.
Ani się obejrzałam, a zwymiotował prosto na swoją jajecznicę i przy okazji na moją spódnicę.
- Oooohh, Nikki! - westchnęłam ciężko, wycierając się serwetką.
- Sorry - wymamrotał chłopak, opadając na krzesło i spuszczając głowę.
Cisnęłam w niego tylko zmiętą serwetką i spiorunowałam wzrokiem jedną z dziwek Vince'a, która najwyraźniej uznała całe to zdarzenie za niezwykle zabawne i zaczęła rechotać jak głupia.
- O, hejka! - do stołówki wszedł Tommy.
Był dziwnie wesoły od rana. Może właśnie odkrył, ze nie złapał rzeżączki? Chuj go tam wie.
- Co tam? - zagaił, przysiadając się do nas i próbując wyczytać coś z naszych wybitnie tępych min.
Rzucił okiem na talerz Nikki'ego.
- O, nie będziesz tego jadł? - spytał i nie czekając na odpowiedź dobrał się do talerza Sixx'a.
Spojrzałam na Vince'a i Mick'a, którzy podobnie jak ja zamarli z obrzydzenia. Tommy wygrał chyba wszystkie konkursy ohydy we wszechświecie! Nikki zwymiotował drugi raz.




Jeśli jest na świecie jakaś rzecz pewniejsza niż to, że wszyscy kiedyś zdechniemy to to, że tam gdzie jest Steven Tyler prędzej czy później musi pojawić się i Pati. Moja kochana, zdzirowata Pati. Oh, ona to dopiero znała potrzeby facetów! Potrafiła włożyć sobie w cipkę całą butelkę taniego wina, byle by tylko im zaimponować. Do granic możliwości ubóstwiała Tylera, jak i całe Aerosmith. Gdyby mogła cofnąć czas sprawiłaby, żeby to kutas Steven'a przerwał jej błonę dziewiczą. A przynajmniej tak mi się kiedyś zwierzyła, gdy jeszcze razem klepałyśmy biedę na ulicach Hollywood.
Teraz moja droga przyjaciółka wiodła iście królewskie życie u boku najzdolniejszych i przy okazji najseksowniejszych muzyków tej epoki.
- Lexi! Szmato najukochańsza! - rzuciła mi się na szyję, kiedy spotkałyśmy się w hotelowym lobby - nie widziałam cię od czasu trójkącika z Vince'm! Pochwal się ladacznico, kogo teraz ruchasz? - spytała uradowana, całując mnie na przywitanie.
- Wszystko co się da! - oznajmiłam tym samym nadmiernie podekscytowanym tonem co ona, odwzajemniając pocałunek.
- Moja dziewczynka! Tak trzymać - klasnęła w ręce Pati, klepiąc mnie po chwili w tyłek.
- A ty co? Ledwie zwęszyłaś trop Tyler'a i już rzucasz wszystko i biegniesz do niego z wywalonym jęzorem? - mruknęłam, zapalając papierosa i podając paczkę Pati.
- Oj tam, oj tam! - machnęła ręką dziewczyna, częstując się Chesterfield'em - Great White skończyli trasę i wrócili do Kalifornii nagrywać nowy album. Co niby lepszego miałam do roboty? - wzruszyła chudymi ramionami i pociągnęła mnie w stronę windy, bo spocony kurdupel z recepcji wydzierał się, że tu nie można palić.
- Jasne, jasne, tłumacz się dalej - droczyłam się z nią w drodze do jednego z najlepszych i najdroższych apartamentów.
Uwielbiałam to robić.
- Taka mądra jesteś? - zaśmiała się dziewczyna, unosząc znacząco brew - to powiedz lepiej co cię jeszcze trzyma z Nikki'm Sixx'em?
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Skąd wiesz, że jestem akurat z Nikki'm? W końcu jest tu przecież cała masa facetów - powiedziałam wykonując zamaszysty ruch ręką.
- Ohh, błagam! Lexi, nie znam cię od wczoraj, dobrze wiem, że nigdy nie spotykasz się z jednym kolesiem dłużej niż trzy tygodnie, a tu proszę! Minął już ponad miesiąc, a ty wciąż prowadzasz się z tym samym zespołem, miedzy tobą i Vince'm nie zaiskrzyło, na Mick'a byś się nawet nie obejrzała, w grę wchodziłby ewentualnie lodzik po pijaku, ale to tyle, Tommy ma tę swoją aktoreczkę Heather, Ozzy' ego wiecznie pilnuje Sharon, no a Steven jest mój. Został tylko Nikki. Nie trzeba być mistrzem dedukcji, żeby domyśleć się, że jesteś tu właśnie dla niego.
Na twarzy Pati pojawił się dumny uśmiech. Pewnie czuła jak jej IQ skoczyło o jakieś trzysta procent. Gratulacje Sherlocku - pomyślałam. Nie chciałam jej jednak pokazać jak bardzo ma rację. Zamiast tego powiedziałam:
- Wielkie mi halo! Miesiąc, tydzień, rok... kogo to obchodzi?! - przewróciłam oczami.
- Poza tym wszystkie gazety o was piszą. Swoją drogą, chore akcje się tu u was dzieją, nie ma co - brunetka pokiwała głową z uznaniem.
- Cóż, z tobą będą pewnie jeszcze chorsze - odparłam, gasząc peta o jasno żółtą ścianę.
Pati w tym czasie zatrzymała się przed drzwiami na końcu korytarza, odszukała w torebce mały srebrny kluczyk i otworzyła je na oścież.
- I za to wypijmy! - klasnęła w dłonie, rzucając się na wielkie łoże z kotarami zawieszonymi po obu stronach.
Chwyciła za telefon leżący na niewielkim, gustownym i za pewne w chuj drogim stoliczku.
- Mam tu złotą kartę Steven'a, dał mi ją na zakupy - wyszczerzyła się, obracając w zgrabnych palcach kartę kredytową.
- Nieźle! - pochwaliłam - ile na niej jest? - spytałam z ciekawości.
- Jakieś 25 tysięcy! - zapiszczała Pati, zdejmując z nóg czarne szpilki i rzucając je w kąt pokoju, po czym wykręciła numer recepcji.
- 25 tysięcy?! - powtórzyłam, omal nie zachłysnąwszy się z wrażenia.
- Właśnie tak - zaświergotała dziewczyna, cholernie dumna z tego, że mi zaimponowała - kochana, dzisiaj będziemy imprezować jak królowe! - zapewniła, czule obejmując mnie ramieniem.
Chciała chyba coś jeszcze powiedzieć, ale akurat połączyła się z hotelową recepcją, więc zajęła się składaniem zamówienia.
- ...wszystko to na rachunek pana Tyler'a - zakończyła, odkładając słuchawkę na widełki i przytulając się do mnie mocniej.

LOTTI

22 czerwca 1986 r.
Paryż, Francja
- Omg! Omg! Omg! OMG! Idziesz na randkę z Kierk'iem Hammett'em! Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?! - Viki niemalże krzyczała na mnie z mieszaniną ekscytacji i złości.
Sama nie wiedziałam co jej odpowiedzieć. Szczerze mówiąc nie zamierzałam. Nie chciałam jej nic mówić. Nie żeby coś, uwielbiałam Viki i w ogóle, tylko po prostu nie rozumiałam niektórych jej zachowań. Jak chociażby tego, dlaczego wciąż spotykała się z McLeish'em, zwłaszcza, że w domu czekał na nią narzeczony. Nie miałam zamiaru jej osądzać ani nic, po prostu nie byłam w stanie tego ogarnąć i nie miałam pewności czy mogę jej w stu procentach ufać.
- W co zamierzasz się ubrać? - wyrwało mnie z zamyślenia kolejne pytanie Viki.
- Eeee, w sumie nie wiem - podrapałam się po głowie - jeszcze o tym nie myślałam - odparłam zgodnie z prawdą - poza tym to nie żadna randka tylko zwykłe przyjacielskie wyjście na koncert - zaznaczyłam.
- Jasne, jasne, a ja jestem Tina Turner - postukała się palcem w czoło - dziewczyno!  Jesteśmy, kurna, w Paryżu! Najbardziej romantycznym miejscu na ziemi! Nadal myślisz, że to nie jest randka?
- Bo nie jest - powiedziałam stanowczym tonem - bądźmy realistkami, to przecież Kirk Hammett! Miliony lasek się o niego zabijają i słusznie, bo jest świetnym facetem, ale ma mnie tylko za przyjaciółkę i nic więcej.
- Boże, Lotti! Bo zaraz nie wytrzymam! - złapała się za głowę Viki - ty jesteś ślepa czy co?! Przecież widzę jak on na ciebie patrzy.
- O nie! Nie cierpię tego tekstu! Co to w ogóle znaczy to całe "widzę jak na ciebie patrzy"? - przewróciłam oczami lekko zirytowana - no niby jak patrzy?
- Hi, hi, jak zakochany kundel!
Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem.
- No dobra, a teraz na poważnie - Viki klasnęła w dłonie - przemyślmy dokładnie w co się ubierzesz - przespacerowała się po pomieszczeniu, po czym podeszła do wieszaków i z miną ekspertki zaczęła przeglądać wiszące na nich ubrania.
Kazała mi przymierzać nieskończenie dużą ilość rzeczy, ale nie narzekałam, zdałam się na nią i jej gust. W końcu znała się przecież na tych sprawach. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na czarne, przylegające do ciała dżinsy, koszulkę z wizerunkiem, a jak by inaczej, King'a Diamond'a, którą Viki przerobiła tak, by miała większy dekolt i kilka dodatkowych ćwieków przy rękawach oraz czarne trampki. Viki nalegała bym włożyła szpilki, ale przypomniałam jej, że to przecież koncert i w płaskich butach będzie mi o wiele wygodniej. W dodatku nie przepadałam za chodzeniem na obcasach. Dopełnieniem całej stylizacji była ramoneska z frędzelkami, duże srebrne kolczyki w kształcie żyletek i delikatny makijaż.
- Wyglądasz prześlicznie - zachwycała się  Viki, prowadząc mnie do lustra - jak prawdziwa rock'n'roll'owa księżniczka! - dodała z entuzjazmem.
Kurcze, serio wyglądałam ślicznie, zupełnie jak nie ja! Viktoria odwaliła kawał niezłej roboty.
Na około pięć minut przed umówionym czasem spotkania przyszłam na parking przed hotelem. kirk już tam czekał. Ubrany był w podarte dżinsy i czarną koszulę. Wyglądał na prawdę dobrze. Uśmiechnął się na mój widok i przytulił na powitanie.
- Pięknie wyglądasz - powiedział, spoglądając na mnie zza przeciwsłonecznych okularów.
Zmieszałam się lekko, zresztą jak zawsze w jego towarzystwie.
- Dz - dzięki - odpowiedziałam, podwijając rękawy kurtki.
Kirk otworzył mi drzwi od taksówki, a sam załadował gitarę do bagażnika i usiadł obok mnie.
Na początku gadaliśmy o pierdołach, w stylu "co tam u ciebie?" albo "ładna dziś pogoda", ale szybko rozmowa przeszła na tematy King'a Diamond'a i jego najlepszych płyt oraz innych zespołów metalowych i tego kto zagrał najlepszego Drakulę w historii kina, aż w końcu dojechaliśmy na miejsce. Nawet nie spostrzegłam kiedy minęła nam droga.
Wysiedliśmy przed halą koncertową i weszliśmy do środka tylnym wejściem. Kirk wziął mnie za rękę, nie powiem, było to całkiem miłe, i poszliśmy w kierunku garderoby. Gdy weszliśmy reszta chłopaków już tam była i jak zwykle świetnie się bawili.
- Są i nasze gołąbeczki! - zawołał James na nasz widok, a reszta zaśmiała się - już myśleliśmy, że się nie pojawisz i chcieliśmy szukać nowego gitarzysty - zażartował - widać nasza Lotti jest ważniejsza od Diamond'a - o dziwo nie powiedział tego z wyrzutem, a raczej z pochwałą.
Pozostali wymienili porozumiewawcze spojrzenia i znów zachichotali.
- Dajcie spokój chłopaki - przewrócił oczami Hammett, uśmiechając się po nosem.
Wcale nie wyglądał na niezadowolonego ze słów kolegi.
Usiadłam na jednej ze stojących wzdłuż ściany ławek i ani się obejrzałam, a pojawiła się obok mnie Viki.
- I jak tam? - zapytała szczerząc się od ucha do ucha.
- Chyba dobrze - odparłam, wzruszając ramionami.
- Jak to chyba?! - zdziwiła się dziewczyna - no mów! Pocałował cię już? Włożył rękę pod stanik?
- VIKI! - upomniałam ją.
- No co? Tylko pytam - sięgnęła szybko do kieszeni dżinsowych szortów - masz, to się pewnie przyda później - wręczyła mi prezerwatywę z wizerunkiem Myszki Miki.
Za chuja nie wiem skąd ona ją wytrzasnęła.
- Pogięło cię?!
- No co?! Przecież trzeba się zabezpieczać. Wiesz jak mówią, lepiej dmuchać na zimne - trajkotała jak najęta.
- Błagam, mów trochę ciszej - poprosiłam ją grzecznie acz stanowczo.
Chłopaki byli przecież zaraz obok nas.
- Ale przecież nie ma się czego wstydzić - zapiszczała Viki - albo wiesz co, mam pomysł! - poderwała się z miejsca, chwyciła mnie za rękaw kurtki i pociągnęła w stronę chłopaków - słuchajcie, Metallica wychodzi na scenę dopiero pod koniec koncertu, co nie? Kirk, może zabierzesz Lotti na widownię żeby sobie pooglądała występ? Po co macie tu siedzieć z nami i się nudzić - zaproponowała, puszczając do mnie oczko.
- Świetny pomysł - zgodził się Kirk - Lotti, co ty na to? - zwrócił się do mnie.
- Bardzo chętnie - przytaknęłam, przygryzając lekko wargę.
Ruszyliśmy razem w kierunku wyjścia.
- A ty dokąd?! - Viki zatrzymała w progu Larsa, który z niewiadomych przyczyn poczłapał za nami.
- Nooo ten tego, ja też chciałem obejrzeć występ - odpowiedział Ulrich lekko zmieszany.
- Ahhh! Lars, ty nieromantyczny kartoflu! - przewróciła oczami dziewczyna - daj im odrobinę prywatności! - westchnęła, opierając się podbródkiem na ramieniu perkusisty i patrząc jak znikamy z Kirk'iem w marnie oświetlonym korytarzu.

Le Zénith,
Paryż, Francja
King Diamond zdecydowanie potrafił zrobić show i to przez duże S! Był jak mieszanka Alice Coopera z KISS, ale jego zespół grał o wiele ciężej, bardziej w stylu tradycyjnego europejskiego heavy metalu. Był po prostu boski! Albo raczej iście diabelski! I ta jego skala głosu! Nie mogłam wyjść z podziwu po tym jak w jednej chwili przechodził od piskliwego falsetu do ponurego, głębokiego barytonu.
Dopchaliśmy się z Kirk'iem gdzieś do trzeciego rzędu. Ludzie wokół wrzeszczeli, skakali, machali głowami, wskakiwali na scenę i rzucali się z niej w tłum, wiwatowali, skandowali teksty piosenek, laski piszczały, zdejmowały staniki, dwie nawet zemdlały. Totalne szaleństwo!
King, niczym prawdziwy władca piekieł albo satanistyczny kapłan, przechadzał się po scenie, śpiewając mroczne pieśni do mikrofonu zatkniętego na statywie ze skrzyżowanych kości i pijąc krew z ludzkiej czaszki. Gdy przyszedł czas na pojawienie się Metallicy Kirk wrócił na backstage, gdzie reszta chłopaków kończyła dopijać swoje tak zwane "szybkie piwko na odwagę". King zapowiedział swoich wyjątkowych gości, na widowni podniosły się okrzyki szalonej radości i chłopaki wyszli na scenę. Przecisnęłam się odrobinę bliżej barierek. Meta wykonała razem z zespołem Diamonda "No presents for Christmas", dość ironicznie, biorąc pod uwagę, ze był czerwiec, a do świąt zostało pół roku.
Gdy nastąpił moment solówki Hammett'a poczułam jak tłum dosłownie wgniata mnie w barierki, wszyscy pragnęli dostać się jak najbliżej sceny. Jeszcze bardziej przytłoczona poczułam się gdy Kirk posłał mi swój czarujący uśmiech, po czym podszedł do gitarzysty Diamond'a, powiedział mu coś wskazując ruchem głowy w moją stronę, a tamten rzucił do mnie jedną ze swoich kostek. To było bardzo miłe z jego strony, choć miałam wrażenie, że grupa dziewczyn stojących nieopodal zaraz rozszarpie mnie z zazdrości.
Po koncercie poczekałam aż większość ludzi opuści halę i udałam się za kulisy. Był tylko jeden problem - Kirk zapomniał zostawić mi przepustkę. Słodkie oczka i tłumaczenie, że przyszłam tu razem z gitarzystą Metallicy na nic się zdały w starciu z prawie dwumetrowym ochroniarzem. Na moje szczęście Hammett pojawił się w samą porę i grzecznie wyjaśnił gorylowi, że "koleżanka jest tu z nim".
- Lotti, wybacz, na śmierć zapomniałem o tej cholernej przepustce - tłumaczył się Kirk, szczerze zakłopotany - nie gniewasz się?
- Nie no, co ty - pocieszyłam go - to było nawet całkiem zabawne - zachichotałam.
Chłopak rozpromienił się.
- Skoro nie jesteś zła to chodź, przedstawię cię zespołowi - chwycił moją dłoń i zaprowadził do greenroom'u, gdzie imprezowali pozostali w towarzystwie kilku szczęśliwych fanów, groupies, przyjaciół i ludzi z ekipy technicznej.
Chwycił puszkę piwa z pierwszego stolika przy wejściu, na którym oprócz trunków i przekąsek leżały również pokaźne ilości głównie damskiej bielizny. Drugą podał mi i podeszliśmy do Lars'a, James'a, Cliff'a, Andy'ego LaRocque'a - gitarzysty King'a, no i samego Władcy Piekieł. wydawali się świetnie bawić, nic zresztą dziwnego, w końcu znali się już ładne parę lat. Zakumplowali się gdy Metallica nagrywała w Kopenhadze "Ride the Lightning" i ktoś ukradł im cały sprzęt. Poprosili wtedy King'a o pomoc, a ten użyczył zespołowi swój ekwipunek. Od tamtej pory zostali dobrymi przyjaciółmi.
Kiedy ja i Kirk dołączyliśmy do nich Lars akurat pajacował z Andym, zabierając mu piracką opaskę, którą LaRocque zwykł nosić na scenie i zakładając ją sobie na czoło, a po kilku drinkach także na tyłek, a King opowiadał o pikantnych szczegółach trasy z Girlschool.
Kim - bo tak w rzeczywistości na imię miał Diamond - prywatnie był kompletnie inny niż na scenie. bez upiornego make-up'u niczym nie przypominał już satanistycznego piewcy zagłady. Był niezwykle dowcipny i nieźle wygadany. Jak widać, nie taki diabeł straszny jak go malują. Wkurwiało nas tylko jak razem z Lars'em zaczynali nawijać coś po duńsku i śmiać się z czegoś, czego nikt oprócz nich za chuja nie rozumiał.
James odłączył się od nas szybko. Poznał  jakąś panienkę i postanowił pokazać jej garderobę. Rozejrzałam się za Viki, ale nigdzie jej tam nie było, pewnie zaszyła się gdzieś z McLeish'em.
Z biegiem czasu impreza coraz bardziej się rozkręcała. Nie wiadomo skąd pojawili się chłopcy z Saxon. Oczywiście przynieśli ze sobą jeszcze więcej alkoholu, prochów i chętnych panienek. Kilka z nich zaczęło się kleić do Kirk'a. Nie żebym była zazdrosna czy coś! Po prostu trochę dziwnie się patrzyło na półnagie tlenione blondyny obściskujące się z kolesiem, z którym akurat próbujesz prowadzić rozmowę.
Później większość ekipy przeniosła się do jakiegoś klubu, a ja zdecydowałam się wrócić do hotelu.
- Odprowadzę cię - zaproponował Hammett, przekazując nieźle zawianą blondi równie nawalonemu Peter'owi Byford'owi i zakładając kurtkę.


Avenue de Suffren
- Paryż nocą jest piękny! - westchnęłam rozmarzona, patrząc w gwiazdy.
- Nie tylko on - rzucił Hammett uwodzicielskim tonem, spoglądając mi w oczy - kurde, ale to było suche - dodał po chwili namysłu, wybuchając śmiechem.
Ja również nie mogłam powstrzymać rozbawienia.
Spacerowaliśmy już od ponad pół godziny. Na powrót się nie zanosiło. To niesamowite, ale znowu czułam się tak jak tego wieczoru w pralni. Mogłam znów swobodnie rozmawiać z Kirk'iem bez tego paskudne uczucia zażenowania. W końcu było tak jak zawsze powinno być - po prostu idealnie.
- Mogłabym tak spacerować w nieskończoność - zawołałam zachwycona, obracając się wokół własnej osi.
- Ja również - przyznał Kirk - w Paryżu zawsze jest zajebiście.
- Nigdy tu wcześniej nie byłam, ale jest cudownie - powiedziałam, podbiegając do witryny zamkniętego już sklepu muzycznego.
Mój wzrok przykuła lśniąca, pokryta srebrnym lakierem gitara elektryczna marki Ibanez.
- Wooaw! - wyrwało się z moich ust.
Stałam i gapiłam się na instrument z podziwem, oczami wyobraźni widząc jak gram na nim "Hey Joe" Hendrixa.
- Więc mówisz, że to twój pierwszy raz - głos kirk'a wyrwał mnie z błogiego zamyślenia.
- Yyy, co?
- W sensie w Paryżu - sprecyzował brunet.
- Aa, tak - przytaknęłam - szkoda, że już jutro trzeba się stad zwijać - mruknęłam - jeszcze tyle rzeczy chciałabym zobaczyć.
- W takim razie trzeba wykorzystać te plus - minus osiem godzin, które nam zostały jak najlepiej - zaczął Kirk energicznie, po czym wskazał na coś palcem - co powiesz na małą wycieczkę na wierzę Eiffla? - zaproponował z entuzjazmem.
- Ale przecież jest środek nocy, kasy biletowe są dawno zamknięte no i...
- Oj, no weź, coś się wymyśli - nie dał mi dokończyć - to jak? Piszesz się na to? No chyba, że pękasz...
- Ja? Nigdy - odparłam po chwili lekkiego zawahania, po czym klepnęłam go w ramię - kto ostatni ten pozer! - zawołałam, biegnąc co sił w nogach w kierunku pięknie rozświetlonego symbolu Paryża.
Dotarłam zdyszana na miejsce. Kirk dobiegł zaraz po mnie.
- Szybka jesteś - pochwalił, opierając ręce na kolanach i łapiąc oddech.
- Zawsze miałam piątkę z WF'u - zachichotałam, starając się wyrównać puls.
- Gotowa na wspinaczkę? - spytał Hammett po kilku minutach odpoczynku.
- Przecież jest zamknięte - wskazałam ruchem głowy na barierki i tabliczkę z napisem "CLOSED" - mówiłam ci.
- Nie wiem o czym mówisz - zażartował Kirk, dając dużego kroka ponad barierkami.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową, uśmiechając się pod nosem.
- Idziesz? - zapytał, podając mi rękę.
Chwyciłam jego dłoń i przeskoczyłam nad poręczą.
- Idziemy schodami czy jedziemy windą? - spytałam, patrząc w górę na niekończące się stopnie.
- Jasne, że idziemy - oznajmił chłopak, jakby to było oczywiste - z resztą windy już nie działają - dodał.
Ruszyliśmy więc, powoli pnąc się w górę. Na początku szliśmy obok siebie, później zaczęłam nieco zwalniać i Kirk wyprzedzał mnie o jakieś dwa - trzy schodki. Widząc to zatrzymał się i rzucił:
- Wskakuj.
- Że na ciebie? - zdziwiłam się.
- Dalej, zanim się rozmyślę - uśmiechnął się szczerzę, zginając lekko kolana i pochylając się do przodu.
- No dobra - zgodziłam się, ostrożnie gramoląc się na jego plecy - ale uprzedzam, jestem ciężka - zaznaczyłam.
- No co ty - podrzucił mnie nieco - jesteś lekka jak piórko - wyszczerzył się, pokazując rządek białych zębów.
Weszliśmy na pierwszy poziom. Na więcej nie mieliśmy siły.
- Odsapnij chwilę  - zasugerowałam Kirk'owi.
Zeszłam z niego i podeszłam na skraj tarasu widokowego. Było pięknie, ale to jeszcze nie to.
- Ruszamy dalej? - spytał Hammett po chwili.
- Yup - skinęłam głową.
Nie chciałam już więcej męczyć Kirk'a, więc najdłużej jak się dało szłam na własnych nogach. Nie będę kłamać, pod koniec już ledwo zipałam, ale dałam radę. I było cholernie warto!
- Jezu - zawołałam zachwycona oszałamiającym widokiem.
Z tej perspektywy Paryż wyglądał jak wielki atłasowy koc pokryty diamentami! Te światła, budynki, panorama miasta! Tego nie dało się opisać słowami!
- Podoba ci się? - zapytał retorycznie Hammett.
- Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś tak cudownego - wyszeptałam.
Kirk ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy. Nasze usta powoli zbliżyły się do siebie. Poczułam tak zwane motyle w brzuchu. Boże, co się właśnie działo?! Całowałam Kirk'a Hammett'a na szczycie wieży Eiffla! To było tak niewiarygodne i bajkowe, że aż nie mogłam uwierzyć, że dzieje się na prawdę! Ale się działo. I było wspaniałe.