LEXI
5 lipca 1986 r.
Cal Expo Amphitheatre
Sacramento
Wkręciłam tego kudłatego gitarzystę i jego dwóch kolegów na spotkanie z Ozzy'm. Nie wiem czy bardziej skłoniło mnie do tego jego szczere podjaranie Osbourne'm czy fakt, że naprawdę nie chciałam być w nocy sama, a na Nikki'ego wciąż nie mogłam patrzeć, ale zrobiłam to. Zdawałam sobie sprawę, że powinnam to z kimś najpierw skonsultować czy coś, ale chuj z tym. W nosie miałam co powie reszta, w końcu chodziło tu głównie o Ozz'a, a on na pewno nie miałby nic przeciwko. W najgorszym wypadku każą im spierdalać. Mówi się trudno.
O umówionej godzinie cała trójka przyszła na parking przed tylnym wejściem. Wiedziałam, że tam są, ale pozwoliłam im poczekać na siebie kilkanaście minut. W końcu gdy byłam już zupełnie pewna, że wariują ze zniecierpliwienia, zaszczyciłam ich swoją obecnością.
- Widzicie, mówiłem, że przyjdzie - usłyszałam głos pełen ulgi, wychodząc przez zardzewiałe metalowe drzwi na świeże powietrze.
No może nie takie do końca świeże, gdyż wszyscy tam zebrani kopcili aż miło.
Zeszłam po kilku niewysokich stopniach. Poczułam jak trzy pary oczu dosłownie pożerają mnie. Nie byłam tym oczywiście zaskoczona, w końcu skórzane, czarne, idealnie dopasowane szorty i mocno wycięta koszulka z napisem "I'm with the band" wyraźnie eksponowały to co najlepsze.
Obleciałam chłopaków szybkim spojrzeniem.
Kudłaty Mulat ubrany był w rozpiętą, podartą koszulę i mocno znoszone jasne dżinsy. Opierał się nonszalancko o ścianę, lecz gdy mnie ujrzał wyprostował się nieco. Stojący po jego prawej wysoki blondyn zaciągał się papierosowym dymem mrużąc przy tym oczy. Miał na sobie czarne, przetarte na kolanie rurki, motocyklowe buty i koszulkę Sex Pistols "God save the Queen". Nikki miał kiedyś podobną. Z uśmiechem na ustach zauważyłam, że chowa za plecami butelkę taniego wina marki Night Train Express. Już wiedziałam, że go polubię. Trzeci z nich - niższy blondas - siedział na ziemi i grzebał w ziemi patykiem. Chuj wie po co. Na mój widok powstał jednak i odrzucając patyk w pizdu przybrał pozę top modela. Jego strój składał się z dżinsowych spodni, amatorsko pociętego T-shirtu i wątpliwej jakości adidasów. Wyszczerzywszy się szeroko zawołał:
- Witam piękną panią! Steven jestem - wyciągnął do mnie rękę.
- Lexi - uścisnęłam jego dłoń.
- Duff - przedstawił się najwyższy z chłopaków, zgniatając peta o podeszwę buta i szturchnął w bok gapiącego się na mój biust bruneta.
- No a mnie już znasz - puścił do mnie oczko kudłacz.
- Owszem - odparłam, opierając ręce na biodrach - ale za kiego nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywasz - wyznałam zgodnie z prawdą.
Chyba nawet mi tego nie zdradził, ale nie
wykluczone, że po prostu puściłam tę informację w niepamięć.
- Mów mi Slash - rzucił chłopak i lekko uniósł swój cylinder do góry.
- Mów mi Slash - rzucił chłopak i lekko uniósł swój cylinder do góry.
- Skąd taka ksywa? - spytałam, patrząc na niego badawczo.
Wzruszył tylko ramionami.
- Tak jakoś wyszło - stwierdził - podobno dlatego, że ciągle się gdzieś spieszę i wszędzie mnie pełno.
- Gówno prawda - zaśmiał się blondasek - ostatnio cały tydzień przeleżał na kanapie żłopiąc wódę - wyjaśnił mi chichrając się.
Uniosłam kąciki ust i również się zaśmiałam.
Gdy wszyscy ucichli znów zabrałam głos:
- No dobra, to może zamiast tak tu sterczeć wejdziemy do środka? - ruszyłam przodem, zachęcając ich ruchem ręki by szli za mną.
Wyglądali na nieźle podnieconych tym wszystkim. To zrozumiałe, pewnie pierwszy raz w życiu widzieli duży koncert "od kuchni". Ten cały Slash wspominał coś, że są młodym zespołem, więc pewnie grali jedynie w małych klubach i na domówkach.
- Juuhuu! Lexi! - usłyszałam piskliwy i jakże irytujący głos Roxy, tępej dziwki kręcącej się przy Mötley Crüe od ostatniego tygodnia.
Wkurwiała mnie, bo była taka przemądrzała, wścibska, no i... po prostu wkurwiająca.
- A kogo tu nam przyprowadziłaś? - wypytywała, wdzięcząc się do chłopaków.
- Nie twoja sprawa - odepchnęłam ją na bok nieco mocniej niż zamierzałam i nie chcąc tracić czasu na zbędną dyskusję przyspieszyłam kroku.
Stwierdziłam, że najlepiej będzie jak zabiorę chłopaków do Ozz'a. Pogadają sobie, wypiją coś, później Ozzy polezie na scenę, ja wybiorę sobie jednego z tej uroczej trójeczki (a może i wszystkich), upewnię się, że Nikki na pewno nas widzi i... no cóż, zrobię to w czym jestem najlepsza.
Mój plan przebiegał niemalże idealnie. Ozzy współpracował. Chłopacy prawie posikali się w gacie ze szczęścia gdy poczęstował ich koką i szkocką whisky. Poględzili sobie troszku o jakichś pierdołach, Osbourne sypnął kilkoma żartami i gdy przeszedł do opowiadania historii swojego życia, wybiła godzina jego wyjścia na scenę.
I tu znów do akcji wkroczyłam ja.
- No to co, idziemy za kulisy, nie? - klasnęłam w dłonie, chwytając za jedną z flaszek i biorąc Slash'a za rękę.
Całą czwórką udaliśmy się pooglądać występ. Akurat tak się ciekawie złożyło, że Mötley Crüe podążali tym samym korytarzem do swojej garderoby. Nie mogłam stracić takiej okazji! Gdy się mijaliśmy, przywarłam całym ciałem do kudłatego gitarzysty i wsuwając język do jego buzi, kątem oka sprawdziłam czy Sixx nas zauważył.
Niby zauważył, ale chyba nie przejął się zbytnio. Niech to diabli!
Oderwałam się od zaskoczonego, acz
usatysfakcjonowanego gitarzysty i poszliśmy dalej.
- Fajny ten twój kapelusz, wiesz? - rzuciłam, zdejmując chłopakowi nakrycie głowy - pożyczę sobie, ok? - Slash nie protestował, więc włożyłam go na siebie. Kapelusz, nie Slash'a, dla jasności.
- Ładnie mi? - zapytałam, na co on przytaknął z uśmiechem - skąd go w ogóle masz? - spytałam z ciekawości.
- Zajebałem z jednego sklepu - odparł kudłacz śmiejąc się.
Dlaczego mnie to nie dziwi? - pomyślałam.
- Co tu jest? - wyższy blondyn wskazał palcem na drzwi po lewej.
Chciałam odpowiedzieć, ale ubiegł mnie Steven:
- A czytać umiesz? - podjął nauczycielskim tonem - "GREEN ROOM" - "zielony pokój", to takie miejsce gdzie wszystkie ściany są zielone, zamiast podłogi rośnie trawa, a ufoludki robią loda na zawołanie.
Popatrzyliśmy na niego jak na czubka. Chyba będę musiała wziąć od niego namiary na dilera. A może to ta koka od Ozz'a tak dobrze działa?
- Wszystko jedno - stwierdził Duff - mają tam wódę? - spytał prędko z błyskiem w oku.
- Owszem... - zaczęłam i nim cokolwiek dopowiedziałam, czmychnął do środka i dorwał się do barku.
Nie byliśmy gorsi i podążyliśmy za nim.
- Panie przodem - skłonił się Slash, przepuszczając mnie w drzwiach.
Gdy tylko znalazłam się przed nim klepnął mnie w tyłek na tyle mocno, że aż pisnęłam.
W sumie dobrze, że to zrobił, bo w środku siedział również Nikki wraz z resztą bandy i nie ma chuja, że tego nie zobaczył.
- Ej, Lexi! - gwizdnął, chcąc przywołać mnie do siebie.
Nie tym razem, kurwa!
Nawet nie patrząc na Sixx'a, poprowadziłam Mulata w kierunku jednego z krzeseł, stojących przy stole z przekąskami. Pchnęłam go na nie tak by usiadł, po czym oplotłam go nogami i bawiąc się jego kręconymi włosami, pozwoliłam by włożył mi ręce pod stanik.
Co chciałam osiągnąć? Sama, kurwa, nie wiem. Chyba chciałam by Nikki poczuł zazdrość? Jakieś chociaż drobne ukłucie w serduszku (o ile je miał). Chyba chciałam by się wkurwił, pokazał, że mu na mnie zależy. Wiem, wiem, kretynka ze mnie. No ale nadzieja umiera ostatnia, zaraz po Keith'ie Richardsie.
Spojrzałam w oczy Slash'a i trzepocząc rzęsami szepnęłam mu do ucha:
- Zerżniesz mnie teraz? - spytałam słodko.
- Tutaj? Tak przy wszystkich? - chyba pomyślał, że nie mówię serio.
- Yhm - skinęłam głową.
Chłopak, nie czekając aż się rozmyślę, rozsunął rozporek i zdejmując ze mnie spodenki przystąpił do dzieła.
Nie stanowiliśmy jakiegoś szczególnie niezwykłego widoku. Oprócz nas w kącie gździły się jeszcze ze dwie parki, nie licząc panienek ciagnących druta technicznym. Mimo to czułam się jakoś dziwnie. A może po prostu za mało wypiłam? Bolało mnie jednak to, że Nikki wciąż nie reagował.
Zaczęłam więc jęczeć głośniej i głośniej. Do mych uszu dobiegły pomruki aprobaty skierowane raczej do Slash'a. Ten, zachęcony tym, przyspieszył znacznie.
Traciłam już powoli nadzieję, gdy nagle Nikki zerwał się z kanapy, którą okupywał z kolegami i wyszedł trzaskając drzwiami.
Cel osiągnięty - pomyślałam.
Może i Sixx nie pofatygował się aby nam wpierdolić, ale zawsze coś.
Krótko potem kudłaty muzyk skończył we mnie i zabrał się za wpierdalanie orzeszków ziemnych. Ja wyszłam do kibla ogarnąć się nieco. Rozczesując włosy przed pomazanym lustrem uśmiechnęłam się do tej ślicznotki widocznej w szklanej tafli.
- Dumna jesteś z siebie? - zapytałam własnego odbicia.
Chuda blondyna w brudnym lustrze pokiwała pewnie głową.
LOTTI
6 lipca 1986 r.
Londyn, Anglia
Będąc w stolicy Anglii nie można było nie pójść się napić. Po tym jak zrobiliśmy z Kirk'iem "napad" na ten jego sklep z komiksami, w którym wydał chyba połowę swojej niemałej pensji, udaliśmy się do pobliskiego baru i siadając przy długiej drewnianej ławie na końcu lokalu, zamówiliśmy dla każdego po dużym kuflu piwa.
- Kto stawia? - zapytał podejrzliwie James zanim zamoczył usta w pianie.
Widocznie nie miał zamiaru być tym, który wyłożył kasę za wszystkich tu obecnych.
- Spoko stary, ja zapłacę - uspokoił go Lemmy, szarmanckim gestem rzucając plik banknotów na stół.
Zabrał się z nami, mówiąc, że chce pospędzać ostatnie wspólne chwile przed zamknięciem w studiu. Zdecydowanie wolał imprezy i życie w trasie, ale zajebiste albumy ktoś nagrywać musi.
- To co? Imprezujemy! - zawołał Kilmister, śmiejąc się w głos.
Kolejne kufle przynoszone przez skąpo odziane kelnerki znikały w mgnieniu oka. Ostra muzyka dudniła aż miło. Siedziałam oparta o ramię Hammett'a, z jointem w ręku i komiksem o Batmanie na kolanach. On głaskał mnie po włosach, opróżniając butelkę Heineken'a. Marihuana działała na mnie kojąco. Podczas gdy reszta przekrzykiwała się, śmiała do rozpuku i oblewała właśnie wniesionym szampanem, ja myślałam o tym jak cholernie szczęśliwa jestem.
Kto by pomyślał, że będę kiedyś wiodła tak zajebiste życie? Miałam pracę marzeń, super chłopaka, przyjaciół, przeżywałam masę zwariowanych przygód, podróżowałam, imprezowałam z ludźmi, których kilka miesięcy temu widziałam jedynie na plakatach, słowem - żyć nie umierać! Czym zasłużyłam sobie na takie szczęście? Ile osób nie miało nawet połowy tego co ja? Na myśl przyszła mi moja siostra... ta, która gdzieś tam sobie żyła i pewnie nawet o mnie nie wiedziała. No bo skąd? Ciekawe jakie życie wiodła? Gdzie mieszkała? Czym się zajmowała? Może założyła rodzinę i jest teraz szczęśliwą żoną i matką? Albo studiuje na jakiejś dobrej uczelni? Może adoptowali ją jacyś zamożni ludzie i teraz żyje jak księżniczka? A może...
- Ziemia do Lotti! - wyrwał mnie z letargu głos James'a.
Zwróciłam wzrok na blondyna machającego mi ręką przed oczami.
- Co jest? - spytałam zmulona.
Hetfield wskazał ręką na papierowy talerzyk, na którym usypana była równiutka ścieżka kokainy
- Nie, nie, dzięki - odmówiłam, kręcąc głową - zostanę przy tym - pokazałam na tlącego się skręta.
- Okej, jak wolisz - odparł chłopak, po czym podsunął kartonik Kirk'owi.
Ten pochylił się nad stołem i zakrywając jedną dziurkę wciągnął biały proszek przez zwinięty uprzednio w rulonik banknot.
Nie przeszkadzało mi, że chłopaki ćpają. Kim byłam żeby im tego odmawiać? Jednak sama wolałam unikać twardych dragów. Marihuana to jedno, wszyscy ją palili, ale koka i inne takie to już nie dla mnie.
Spojrzałam na Hammett'a i na mojej twarzy wymalował się uśmiech.
- O co chodzi? - zdziwił się chłopak.
- Masz trochę śniegu na nosie - zaśmiałam się, strzepując z niego pył.
Kirk, wykorzystując to, że jestem tak blisko, wpił się w moje usta, na co Lemmy głośno zagwizdał.
- Gorzko! Gorzko! - zaczął wołać, a pozostali mu zawtórowali.
- Co nas ominęło? - przy stoliku pojawili się Ellen i Sebastian, którzy właśnie wyszli z kibla.
Dziewczyna miała rozczochrane włosy i pomiętą bluzkę, a chłopak niedopięte dżinsy i kapelusz kowbojski założony na bakier. Kilmister od razu podał parze po kuflu piwa, a sam odpalił jedno ze swoich Marlboro i zaciągnął się dymem.
- Ktoś? Coś? - pomachał paczką w stronę wszystkich zebranych.
Kilka osób poczęstowało się.
- Wiesz co z Viki? - zapytała Ellen, siadając obok i szturchając mnie ramieniem.
- Nie - popatrzyłam na nią pytająco.
Rozstałyśmy się rano, zaraz po śniadaniu, a później poszłam na zakupy z Kirk'iem. Wydawało mi się, że ochłonęła już po wczorajszych wydarzeniach, ale co jeśli..
- Nie mów, że coś sobie zrobiła - szepnęłam wystraszona.
- Nie wiem - odparła Ellen - raczej nie, ale jak wychodziłam z hotelu to słyszałam, że ostro się z kimś kłóciła...
- Co?! - przerwałam jej oburzona - i nic z tym nie zrobiłaś?!
- A co miałam zrobić?! To przecież nie moja sprawa! - broniła się dziewczyna.
- Kirk - zwróciłam się do chłopaka, w pośpiechu zbierając swoje rzeczy - musimy szybko wracać do hotelu - zarządziłam, zarzucając torbę na ramię.
Nie umiałam tego dokładnie wyjaśnić, ale miałam przeczucie, że stało się coś złego. Miałam nadzieję, że się mylę, ale słowa Ellen zaniepokoiły mnie.
Pozostali spojrzeli na nas zdziwieni.
- Co się stało? - nie rozumiał Hammett.
- Po drodzę ci wszystko wytłumaczę - obiecałam mu - ale teraz chodźmy - szarpnęłam go lekko za rękaw.
Nie opierał się zbytnio. Zgarnął swoje komiksy i poszedł za mną.
Prędko złapaliśmy pierwszą lepszą taksówkę i pojechaliśmy do hotelu. Po drodze wysiadłam na moment by skorzystać z budki telefonicznej w celu skontaktowania się z Viktorią, ale gdy po połączeniu się z jej pokojem nikt nie odbierał moje obawy jeszcze bardziej wzrosły.
- Mam bardzo złe przeczucia - wyznałam Kirk'owi, gdy wbiegaliśmy na trzecie piętro.
- Viki! - zawołałam, pukając zawzięcie do drzwi - Viki, błagam otwórz! - odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
Złapałam się za głowę, próbując zebrać myśli.
- Wywarz drzwi - poprosiłam Kirk'a, gdy mimo dalszego pukania nikt nie otwierał.
- Kotku, nie przesadzasz trochę? - chłopak starał się mnie uspokoić.
- Proszę cię, wywarz te cholerne drzwi! -próbowałam zachować spokój i trzymać nerwy na wodzy, ale nie potrafiłam, gdy w głowie rysował mi się najczarniejszy scenariusz.
Kirk popatrzył na mnie trochę jak na wariatkę.
- Błagam cię, zrób to dla mnie! - poprosiłam kolejny raz, patrząc mu w oczy.
Chłopak westchnął, odsunął się trochę, zdjął kurtkę i wziąwszy zamach pchnął drzwi z całej siły. Potem jeszcze raz i jeszcze i gdy w końcu one drgnęły i otworzyły się na oścież, rozejrzał się i powoli wszedł do środka. Ruszyłam zaraz za nim.
W pokoju było ciemno. Hammett wymacał na ścianie kontak i naszym oczom ukazało się istne pole bitwy. Walające się wszędzie ubrania i potłuczone szkło, roztrzaskana szafka, wywrócone do góry nogami łóżko. Najbardziej przeraziły nas jednak ślady krwi, prowadzące do łazienki.
Spojrzałam na Kirk'a i odruchowo ścisnęłam go za rękę. On, wyczytawszy niemałe przerażenie z mojej twarzy, otoczył mnie ramieniem i zbliżywszy się do drzwi łazienki niepewnie nacisnął na klamkę.
To co zobaczyłam sprawiło, że omal nie zemdlałam.
- V-viki! - wydukałam przelękniona, klękając przy niej oszołomiona.
Dziewczyna leżała na zimnych kafelkach wsparta plecami o brudną od krwi ścianę. Miała poszarpaną koszulkę, również zbrudzoną brunatną cieczą, podbite oko i sino-fioletowe usta.
- Co ten skurwiel ci zrobił?! - wydusiłam przez zaciśnięte zęby, chwytając jej lodowatą dłoń.
Kirk, otrząsnąwszy się z początkowego osłupienia, podbiegł do telefonu i wykręcając numer krzyknął do mnie:
- Sprawdź jej puls!
Następnie połączył się z centralą ratunkową i wezwał karetkę.
- ...błagam, pośpieszcie się! - zakończył, odkładając niedbale słuchawkę i wrócił do mnie.
- Co z nią? - spytał, przyklękając przy nieruchomej Viki.
- Oddycha i ma puls - odparłam zgodnie z prawdą - co teraz robimy? - spojrzałam na niego ze łzami w oczach, bojąc się co usłyszę w odpowiedzi.
- Czekamy - stwierdził Kirk, ocierając mi wierzchem dłoni mokre policzki.
Czekanie napełniło mnie okropnym lękiem. Czas dłużył się niemiłosiernie.
Boże jedyny, dlaczego?! Dlaczego to się musiało tak potoczyć?! Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że kiedy ja sobie imprezowałam w najlepsze, ten stary oblech zaatakował Viki i...
- Matko jedyna, kiedy oni przyjadą?! - wariowałam już od tego czekania.
Nie miałam żadnych wątpliwości, że to McLeish stał za tym co przytrafiło się Viktorii. Był chujem z manią kontrolowania innych, a po tym jak ona postawiła mu się zeszłej nocy musiał się ostro wściec. Nie mieściło mi się jednak w głowie jak ostro powalonym trzeba być żeby dźgać kogoś nożem podczas kłótni.
- Spokojnie, Lotti, zrobiliśmy wszystko co mogliśmy, zawiadomiliśmy pogotowie, na pewno zaraz będą - Hammett starał się zachować zimną krew.
Na prawdę nie wiem jakim cudem udawało mu się być tak spokojnym w tej sytuacji, ale był dla mnie wielkim wsparciem. Odczuwałam ogromną ulgę, że nie jestem tu sama.
Minęło jakieś piętnaście minut i do naszych uszu dobiegł dźwięk karetki na sygnale. Zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do okna. Odsunęłam zasłony i machając rękami dałam znać przybyłym ratownikom, na które piętro mają się udać.
Po chwili mężczyźni w butelkowozielonych uniformach weszli na górę.
Dalej wszystko działo się niezwykle szybko.
Ratownicy podłączyli Viki kroplówkę, położyli ją na noszach i okryli kocem. Zadawali sporo pytań, ale na większość nie byłam w stanie odpowiedzieć. Kirk musiał mówić za mnie. Kręciło mi się w głowie od tego wszystkiego. Kiedy wynosili Viktorię z pokoju miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję ze stresu. Chciałam jechać z nią karetką, ale ponieważ nie byłam z rodziny nie pozwolili mi na to. Próbowałam namówić Kirk'a żebyśmy od razu złapali taryfę i udali czym prędzej do szpitala, jednak on wytłumaczył mi, że lekarzez całą pewnością dobrze się nią zajmą i będzie lepiej jeśli pojedziemy tam rano.
- To był długi dzień, oboje powinniśmy odpocząć - mówił, całując mnie w czoło.
Westchnęłam ciężko.
- Może masz rację - potarłam dłońmi oczy.
Zebrało mi się na ziewanie.
- Ale obiecujesz, że jutro do niej pojedziemy? - upewniłam się.
- Obiecuję - przysiągł Hammett z ręką na sercu.











