czwartek, 17 września 2020

Route Diaries 23

LEXI

5 lipca 1986 r. 
Cal Expo Amphitheatre 
Sacramento 
Wkręciłam tego kudłatego gitarzystę i jego dwóch kolegów na spotkanie z Ozzy'm. Nie wiem czy bardziej skłoniło mnie do tego jego szczere podjaranie Osbourne'm czy fakt, że naprawdę nie chciałam być w nocy sama, a na Nikki'ego wciąż nie mogłam patrzeć, ale zrobiłam to. Zdawałam sobie sprawę, że powinnam to z kimś najpierw skonsultować czy coś, ale chuj z tym. W nosie miałam co powie reszta, w końcu chodziło tu głównie o Ozz'a, a on na pewno nie miałby nic przeciwko. W najgorszym wypadku każą im spierdalać. Mówi się trudno.
O umówionej godzinie cała trójka przyszła na parking przed tylnym wejściem. Wiedziałam, że tam są, ale pozwoliłam im poczekać na siebie kilkanaście minut. W końcu gdy byłam już zupełnie pewna, że wariują ze zniecierpliwienia, zaszczyciłam ich swoją obecnością.
- Widzicie, mówiłem, że przyjdzie - usłyszałam głos pełen ulgi, wychodząc przez zardzewiałe metalowe drzwi na świeże powietrze. 
No może nie takie do końca świeże, gdyż wszyscy tam zebrani kopcili aż miło.
Zeszłam po kilku niewysokich stopniach. Poczułam jak trzy pary oczu dosłownie pożerają mnie. Nie byłam tym oczywiście zaskoczona, w końcu skórzane, czarne, idealnie dopasowane szorty i mocno wycięta koszulka z napisem "I'm with the band" wyraźnie eksponowały to co najlepsze.
Obleciałam chłopaków szybkim spojrzeniem.
Kudłaty Mulat ubrany był w rozpiętą, podartą koszulę i mocno znoszone jasne dżinsy. Opierał się nonszalancko o ścianę, lecz gdy mnie ujrzał wyprostował się nieco. Stojący po jego prawej wysoki blondyn zaciągał się papierosowym dymem mrużąc przy tym oczy. Miał na sobie czarne, przetarte na kolanie rurki, motocyklowe buty i koszulkę Sex Pistols "God save the Queen". Nikki miał kiedyś podobną. Z uśmiechem na ustach zauważyłam, że chowa za plecami butelkę taniego wina marki Night Train Express. Już wiedziałam, że go polubię. Trzeci z nich - niższy blondas - siedział na ziemi i grzebał w ziemi patykiem. Chuj wie po co. Na mój widok powstał jednak i odrzucając patyk w pizdu przybrał pozę top modela. Jego strój składał się z dżinsowych spodni, amatorsko pociętego T-shirtu i wątpliwej jakości adidasów. Wyszczerzywszy się szeroko zawołał:
- Witam piękną panią! Steven jestem - wyciągnął do mnie rękę.
- Lexi - uścisnęłam jego dłoń.
- Duff - przedstawił się najwyższy z chłopaków, zgniatając peta o podeszwę buta i szturchnął w bok gapiącego się na mój biust bruneta.
- No a mnie już znasz - puścił do mnie oczko kudłacz.
- Owszem - odparłam, opierając ręce na biodrach - ale za kiego nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywasz - wyznałam zgodnie z prawdą.
Chyba nawet mi tego nie zdradził, ale nie 
wykluczone, że po prostu puściłam tę informację w niepamięć.
- Mów mi Slash - rzucił chłopak i lekko uniósł swój cylinder do góry.
- Skąd taka ksywa? - spytałam, patrząc na niego badawczo. 
Wzruszył tylko ramionami. 
- Tak jakoś wyszło - stwierdził - podobno dlatego, że ciągle się gdzieś spieszę i wszędzie mnie pełno. 
- Gówno prawda - zaśmiał się blondasek - ostatnio cały tydzień przeleżał na kanapie żłopiąc wódę - wyjaśnił mi chichrając się. 
Uniosłam kąciki ust i również się zaśmiałam. Gdy wszyscy ucichli znów zabrałam głos:
- No dobra, to może zamiast tak tu sterczeć wejdziemy do środka? - ruszyłam przodem, zachęcając ich ruchem ręki by szli za mną. Wyglądali na nieźle podnieconych tym wszystkim. To zrozumiałe, pewnie pierwszy raz w życiu widzieli duży koncert "od kuchni". Ten cały Slash wspominał coś, że są młodym zespołem, więc pewnie grali jedynie w małych klubach i na domówkach. 
- Juuhuu! Lexi! - usłyszałam piskliwy i jakże irytujący głos Roxy, tępej dziwki kręcącej się przy Mötley Crüe od ostatniego tygodnia. 
Wkurwiała mnie, bo była taka przemądrzała, wścibska, no i... po prostu wkurwiająca. 
- A kogo tu nam przyprowadziłaś? - wypytywała, wdzięcząc się do chłopaków. 
- Nie twoja sprawa - odepchnęłam ją na bok nieco mocniej niż zamierzałam i nie chcąc tracić czasu na zbędną dyskusję przyspieszyłam kroku.
Stwierdziłam, że najlepiej będzie jak zabiorę chłopaków do Ozz'a. Pogadają sobie, wypiją coś, później Ozzy polezie na scenę, ja wybiorę sobie jednego z tej uroczej trójeczki (a może i wszystkich), upewnię się, że Nikki na pewno nas widzi i... no cóż, zrobię to w czym jestem najlepsza. 
Mój plan przebiegał niemalże idealnie. Ozzy współpracował. Chłopacy prawie posikali się w gacie ze szczęścia gdy poczęstował ich koką i szkocką whisky. Poględzili sobie troszku o jakichś pierdołach, Osbourne sypnął kilkoma żartami i gdy przeszedł do opowiadania historii swojego życia, wybiła godzina jego wyjścia na scenę.
I tu znów do akcji wkroczyłam ja. 
- No to co, idziemy za kulisy, nie? - klasnęłam w dłonie, chwytając za jedną z flaszek i biorąc Slash'a za rękę.
Całą czwórką udaliśmy się pooglądać występ. Akurat tak się ciekawie złożyło, że Mötley Crüe podążali tym samym korytarzem do swojej garderoby. Nie mogłam stracić takiej okazji! Gdy się mijaliśmy, przywarłam całym ciałem do kudłatego gitarzysty i wsuwając język do jego buzi, kątem oka sprawdziłam czy Sixx nas zauważył. 
Niby zauważył, ale chyba nie przejął się zbytnio. Niech to diabli! 
Oderwałam się od zaskoczonego, acz 
usatysfakcjonowanego gitarzysty i poszliśmy dalej. 
- Fajny ten twój kapelusz, wiesz? - rzuciłam, zdejmując chłopakowi nakrycie głowy - pożyczę sobie, ok? - Slash nie protestował, więc włożyłam go na siebie. Kapelusz, nie Slash'a, dla jasności. 
- Ładnie mi? - zapytałam, na co on przytaknął z uśmiechem - skąd go w ogóle masz? - spytałam z ciekawości. 
- Zajebałem z jednego sklepu - odparł kudłacz śmiejąc się. 
Dlaczego mnie to nie dziwi? - pomyślałam. 
- Co tu jest? - wyższy blondyn wskazał palcem na drzwi po lewej. 
Chciałam odpowiedzieć, ale ubiegł mnie Steven:
- A czytać umiesz? - podjął nauczycielskim tonem - "GREEN ROOM" - "zielony pokój", to takie miejsce gdzie wszystkie ściany są zielone, zamiast podłogi rośnie trawa, a ufoludki robią loda na zawołanie. 
Popatrzyliśmy na niego jak na czubka. Chyba będę musiała wziąć od niego namiary na dilera. A może to ta koka od Ozz'a tak dobrze działa?
- Wszystko jedno - stwierdził Duff - mają tam wódę? - spytał prędko z błyskiem w oku. 
- Owszem... - zaczęłam i nim cokolwiek dopowiedziałam, czmychnął do środka i dorwał się do barku. 
Nie byliśmy gorsi i podążyliśmy za nim. 
- Panie przodem - skłonił się Slash, przepuszczając mnie w drzwiach. 
Gdy tylko znalazłam się przed nim klepnął mnie w tyłek na tyle mocno, że aż pisnęłam. W sumie dobrze, że to zrobił, bo w środku siedział również Nikki wraz z resztą bandy i nie ma chuja, że tego nie zobaczył. 
- Ej, Lexi! - gwizdnął, chcąc przywołać mnie do siebie. 
Nie tym razem, kurwa! Nawet nie patrząc na Sixx'a, poprowadziłam Mulata w kierunku jednego z krzeseł, stojących przy stole z przekąskami. Pchnęłam go na nie tak by usiadł, po czym oplotłam go nogami i bawiąc się jego kręconymi włosami, pozwoliłam by włożył mi ręce pod stanik. 
Co chciałam osiągnąć? Sama, kurwa, nie wiem. Chyba chciałam by Nikki poczuł zazdrość? Jakieś chociaż drobne ukłucie w serduszku (o ile je miał). Chyba chciałam by się wkurwił, pokazał, że mu na mnie zależy. Wiem, wiem, kretynka ze mnie. No ale nadzieja umiera ostatnia, zaraz po Keith'ie Richardsie. 
Spojrzałam w oczy Slash'a i trzepocząc rzęsami szepnęłam mu do ucha: 
- Zerżniesz mnie teraz? - spytałam słodko.
- Tutaj? Tak przy wszystkich? - chyba pomyślał, że nie mówię serio. 
- Yhm - skinęłam głową. 
Chłopak, nie czekając aż się rozmyślę, rozsunął rozporek i zdejmując ze mnie spodenki przystąpił do dzieła. 
Nie stanowiliśmy jakiegoś szczególnie niezwykłego widoku. Oprócz nas w kącie gździły się jeszcze ze dwie parki, nie licząc panienek ciagnących druta technicznym. Mimo to czułam się jakoś dziwnie. A może po prostu za mało wypiłam? Bolało mnie jednak to, że Nikki wciąż nie reagował. Zaczęłam więc jęczeć głośniej i głośniej. Do mych uszu dobiegły pomruki aprobaty skierowane raczej do Slash'a. Ten, zachęcony tym, przyspieszył znacznie. 
Traciłam już powoli nadzieję, gdy nagle Nikki zerwał się z kanapy, którą okupywał z kolegami i wyszedł trzaskając drzwiami. 
Cel osiągnięty - pomyślałam. 
Może i Sixx nie pofatygował się aby nam wpierdolić, ale zawsze coś. 
Krótko potem kudłaty muzyk skończył we mnie i zabrał się za wpierdalanie orzeszków ziemnych. Ja wyszłam do kibla ogarnąć się nieco. Rozczesując włosy przed pomazanym lustrem uśmiechnęłam się do tej ślicznotki widocznej w szklanej tafli.
- Dumna jesteś z siebie? - zapytałam własnego odbicia. 
Chuda blondyna w brudnym lustrze pokiwała pewnie głową. 




LOTTI 
6 lipca 1986 r. 
Londyn, Anglia 
Będąc w stolicy Anglii nie można było nie pójść się napić. Po tym jak zrobiliśmy z Kirk'iem "napad" na ten jego sklep z komiksami, w którym wydał chyba połowę swojej niemałej pensji, udaliśmy się do pobliskiego baru i siadając przy długiej drewnianej ławie na końcu lokalu, zamówiliśmy dla każdego po dużym kuflu piwa. 
- Kto stawia? - zapytał podejrzliwie James zanim zamoczył usta w pianie. 
Widocznie nie miał zamiaru być tym, który wyłożył kasę za wszystkich tu obecnych. 
- Spoko stary, ja zapłacę - uspokoił go Lemmy, szarmanckim gestem rzucając plik banknotów na stół. 
Zabrał się z nami, mówiąc, że chce pospędzać ostatnie wspólne chwile przed zamknięciem w studiu. Zdecydowanie wolał imprezy i życie w trasie, ale zajebiste albumy ktoś nagrywać musi. 
- To co? Imprezujemy! - zawołał Kilmister, śmiejąc się w głos. 

Kolejne kufle przynoszone przez skąpo odziane kelnerki znikały w mgnieniu oka. Ostra muzyka dudniła aż miło. Siedziałam oparta o ramię Hammett'a, z jointem w ręku i komiksem o Batmanie na kolanach. On głaskał mnie po włosach, opróżniając butelkę Heineken'a. Marihuana działała na mnie kojąco. Podczas gdy reszta przekrzykiwała się, śmiała do rozpuku i oblewała właśnie wniesionym szampanem, ja myślałam o tym jak cholernie szczęśliwa jestem. 
Kto by pomyślał, że będę kiedyś wiodła tak zajebiste życie? Miałam pracę marzeń, super chłopaka, przyjaciół, przeżywałam masę zwariowanych przygód, podróżowałam, imprezowałam z ludźmi, których kilka miesięcy temu widziałam jedynie na plakatach, słowem - żyć nie umierać! Czym zasłużyłam sobie na takie szczęście? Ile osób nie miało nawet połowy tego co ja? Na myśl przyszła mi moja siostra... ta, która gdzieś tam sobie żyła i pewnie nawet o mnie nie wiedziała. No bo skąd? Ciekawe jakie życie wiodła? Gdzie mieszkała? Czym się zajmowała? Może założyła rodzinę i jest teraz szczęśliwą żoną i matką? Albo studiuje na jakiejś dobrej uczelni? Może adoptowali ją jacyś zamożni ludzie i teraz żyje jak księżniczka? A może... 
- Ziemia do Lotti! - wyrwał mnie z letargu głos James'a. 
Zwróciłam wzrok na blondyna machającego mi ręką przed oczami.
- Co jest? - spytałam zmulona. 
Hetfield wskazał ręką na papierowy talerzyk, na którym usypana była równiutka ścieżka kokainy 
- Nie, nie, dzięki - odmówiłam, kręcąc głową - zostanę przy tym - pokazałam na tlącego się skręta. 
- Okej, jak wolisz - odparł chłopak, po czym podsunął kartonik Kirk'owi. 
Ten pochylił się nad stołem i zakrywając jedną dziurkę wciągnął biały proszek przez zwinięty uprzednio w rulonik banknot. 
Nie przeszkadzało mi, że chłopaki ćpają. Kim byłam żeby im tego odmawiać? Jednak sama wolałam unikać twardych dragów. Marihuana to jedno, wszyscy ją palili, ale koka i inne takie to już nie dla mnie. 
Spojrzałam na Hammett'a i na mojej twarzy wymalował się uśmiech. 
- O co chodzi? - zdziwił się chłopak. 
- Masz trochę śniegu na nosie - zaśmiałam się, strzepując z niego pył. 
Kirk, wykorzystując to, że jestem tak blisko, wpił się w moje usta, na co Lemmy głośno zagwizdał. 
- Gorzko! Gorzko! - zaczął wołać, a pozostali mu zawtórowali. 
- Co nas ominęło? - przy stoliku pojawili się Ellen i Sebastian, którzy właśnie wyszli z kibla. 
Dziewczyna miała rozczochrane włosy i pomiętą bluzkę, a chłopak niedopięte dżinsy i kapelusz kowbojski założony na bakier. Kilmister od razu podał parze po kuflu piwa, a sam odpalił jedno ze swoich Marlboro i zaciągnął się dymem. 
- Ktoś? Coś? - pomachał paczką w stronę wszystkich zebranych. 
Kilka osób poczęstowało się.
- Wiesz co z Viki? - zapytała Ellen, siadając obok i szturchając mnie ramieniem. 
- Nie - popatrzyłam na nią pytająco. 
Rozstałyśmy się rano, zaraz po śniadaniu, a później poszłam na zakupy z Kirk'iem. Wydawało mi się, że ochłonęła już po wczorajszych wydarzeniach, ale co jeśli.. 
- Nie mów, że coś sobie zrobiła - szepnęłam wystraszona. 
- Nie wiem - odparła Ellen - raczej nie, ale jak wychodziłam z hotelu to słyszałam, że ostro się z kimś kłóciła... 
- Co?! - przerwałam jej oburzona - i nic z tym nie zrobiłaś?! 
- A co miałam zrobić?! To przecież nie moja sprawa! - broniła się dziewczyna. 
- Kirk - zwróciłam się do chłopaka, w pośpiechu zbierając swoje rzeczy - musimy szybko wracać do hotelu - zarządziłam, zarzucając torbę na ramię. 
Nie umiałam tego dokładnie wyjaśnić, ale miałam przeczucie, że stało się coś złego. Miałam nadzieję, że się mylę, ale słowa Ellen zaniepokoiły mnie. 
Pozostali spojrzeli na nas zdziwieni. 
- Co się stało? - nie rozumiał Hammett. 
- Po drodzę ci wszystko wytłumaczę - obiecałam mu - ale teraz chodźmy - szarpnęłam go lekko za rękaw. 
Nie opierał się zbytnio. Zgarnął swoje komiksy i poszedł za mną. 
Prędko złapaliśmy pierwszą lepszą taksówkę i pojechaliśmy do hotelu. Po drodze wysiadłam na moment by skorzystać z budki telefonicznej w celu skontaktowania się z Viktorią, ale gdy po połączeniu się z jej pokojem nikt nie odbierał moje obawy jeszcze bardziej wzrosły. 
- Mam bardzo złe przeczucia - wyznałam Kirk'owi, gdy wbiegaliśmy na trzecie piętro. 
- Viki! - zawołałam, pukając zawzięcie do drzwi - Viki, błagam otwórz! - odpowiedziała mi tylko głucha cisza. 
Złapałam się za głowę, próbując zebrać myśli. 
- Wywarz drzwi - poprosiłam Kirk'a, gdy mimo dalszego pukania nikt nie otwierał. 
- Kotku, nie przesadzasz trochę? - chłopak starał się mnie uspokoić. 
- Proszę cię, wywarz te cholerne drzwi! -próbowałam zachować spokój i trzymać nerwy na wodzy, ale nie potrafiłam, gdy w głowie rysował mi się najczarniejszy scenariusz. 
Kirk popatrzył na mnie trochę jak na wariatkę.
- Błagam cię, zrób to dla mnie! - poprosiłam kolejny raz, patrząc mu w oczy. 
Chłopak westchnął, odsunął się trochę, zdjął kurtkę i wziąwszy zamach pchnął drzwi z całej siły. Potem jeszcze raz i jeszcze i gdy w końcu one drgnęły i otworzyły się na oścież, rozejrzał się i powoli wszedł do środka. Ruszyłam zaraz za nim. 
W pokoju było ciemno. Hammett wymacał na ścianie kontak i naszym oczom ukazało się istne pole bitwy. Walające się wszędzie ubrania i potłuczone szkło, roztrzaskana szafka, wywrócone do góry nogami łóżko. Najbardziej przeraziły nas jednak ślady krwi, prowadzące do łazienki.
Spojrzałam na Kirk'a i odruchowo ścisnęłam go za rękę. On, wyczytawszy niemałe przerażenie z mojej twarzy, otoczył mnie ramieniem i zbliżywszy się do drzwi łazienki niepewnie nacisnął na klamkę. To co zobaczyłam sprawiło, że omal nie zemdlałam. 
- V-viki! - wydukałam przelękniona, klękając przy niej oszołomiona. 
Dziewczyna leżała na zimnych kafelkach wsparta plecami o brudną od krwi ścianę. Miała poszarpaną koszulkę, również zbrudzoną brunatną cieczą, podbite oko i sino-fioletowe usta. 
- Co ten skurwiel ci zrobił?! - wydusiłam przez zaciśnięte zęby, chwytając jej lodowatą dłoń. 
Kirk, otrząsnąwszy się z początkowego osłupienia, podbiegł do telefonu i wykręcając numer krzyknął do mnie: 
- Sprawdź jej puls! 
Następnie połączył się z centralą ratunkową i wezwał karetkę. 
- ...błagam, pośpieszcie się! - zakończył, odkładając niedbale słuchawkę i wrócił do mnie.
- Co z nią? - spytał, przyklękając przy nieruchomej Viki. 
- Oddycha i ma puls - odparłam zgodnie z prawdą - co teraz robimy? - spojrzałam na niego ze łzami w oczach, bojąc się co usłyszę w odpowiedzi. 
- Czekamy - stwierdził Kirk, ocierając mi wierzchem dłoni mokre policzki. 
Czekanie napełniło mnie okropnym lękiem. Czas dłużył się niemiłosiernie. 
Boże jedyny, dlaczego?! Dlaczego to się musiało tak potoczyć?! Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że kiedy ja sobie imprezowałam w najlepsze, ten stary oblech zaatakował Viki i... 
- Matko jedyna, kiedy oni przyjadą?! - wariowałam już od tego czekania. 
Nie miałam żadnych wątpliwości, że to McLeish stał za tym co przytrafiło się Viktorii. Był chujem z manią kontrolowania innych, a po tym jak ona postawiła mu się zeszłej nocy musiał się ostro wściec. Nie mieściło mi się jednak w głowie jak ostro powalonym trzeba być żeby dźgać kogoś nożem podczas kłótni. 
- Spokojnie, Lotti, zrobiliśmy wszystko co mogliśmy, zawiadomiliśmy pogotowie, na pewno zaraz będą - Hammett starał się zachować zimną krew. 
Na prawdę nie wiem jakim cudem udawało mu się być tak spokojnym w tej sytuacji, ale był dla mnie wielkim wsparciem. Odczuwałam ogromną ulgę, że nie jestem tu sama. 
Minęło jakieś piętnaście minut i do naszych uszu dobiegł dźwięk karetki na sygnale. Zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do okna. Odsunęłam zasłony i machając rękami dałam znać przybyłym ratownikom, na które piętro mają się udać. Po chwili mężczyźni w butelkowozielonych uniformach weszli na górę. 
Dalej wszystko działo się niezwykle szybko. 
Ratownicy podłączyli Viki kroplówkę, położyli ją na noszach i okryli kocem. Zadawali sporo pytań, ale na większość nie byłam w stanie odpowiedzieć. Kirk musiał mówić za mnie. Kręciło mi się w głowie od tego wszystkiego. Kiedy wynosili Viktorię z pokoju miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję ze stresu. Chciałam jechać z nią karetką, ale ponieważ nie byłam z rodziny nie pozwolili mi na to. Próbowałam namówić Kirk'a żebyśmy od razu złapali taryfę i udali czym prędzej do szpitala, jednak on wytłumaczył mi, że lekarzez całą pewnością dobrze się nią zajmą i będzie lepiej jeśli pojedziemy tam rano.
- To był długi dzień, oboje powinniśmy odpocząć - mówił, całując mnie w czoło. 
Westchnęłam ciężko. 
- Może masz rację - potarłam dłońmi oczy. 
Zebrało mi się na ziewanie. 
- Ale obiecujesz, że jutro do niej pojedziemy? - upewniłam się. 
- Obiecuję - przysiągł Hammett z ręką na sercu.

wtorek, 9 czerwca 2020

Route Diaries 22

LEXI

5 lipca 1986 r.
Bar w Sacramento
Nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie naprawiłyby zakupy. No i alkohol. Po tym jak przewaliłam hajs Ozzy'ego na sukienki i buty nieco droższe niż te, które na co dzień nosiłam (No co?! Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć) poszłam do najbliższego pubu, usiadłam przy barze i czekałam, aż mój urok osobisty załatwi resztę. Nie myliłam się. Już po niedługiej chwili dosiadł się do mnie pewien chłopak z nieco ciemniejsza karnacją i burzą loków zasłaniających większą część twarzy. Był nawet całkiem przystojny, choć ciężko było dokładnie stwierdzić przez wyżej wspomniane włosy.
- Cześć maleńka - rzucił, rozsiadając się wygodnie na stołku - można postawić ci drinka? - spytał, odgarniając włosy z czoła i mierząc mnie znad przeciwsłonecznych okularów.
- Ja też bym ci coś chętnie postawiła - mruknęłam, oblizując wargi i czekając na jego reakcję.
Brunet w pierwszej chwili zrobił minę jakby myślał, że się przesłyszał, ale zaraz uśmiechnął się zadziornie i zdejmując okulary ruchem ręki przywołał barmana.
- Dwa razy Jack z colą - powiedział, zerkając na mnie.
Skinęłam głową na znak, że ten drink mi pasuje i wyciągnęłam z mojej nowiutkiej czarnej, lakierowanej torebki przyozdobionej rządkiem ćwieków i dużą srebrną kłódką paczkę fajek.
- Masz ognia? - zwróciłam się do siedzącego obok mnie chłopaka.
- Jasne - wyjął srebrną zapalniczkę z kieszeni skórzanej podniszczonej kurtki.
- Dzięki - odparłam, zapalając papierosa i zaciągając się dymem - no więc - zaczęłam szukać jakiegoś byle tematu do rozmowy - czym się zajmujesz? - spytałam, jakby mnie to interesowało.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a cwaniacki uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Bo ja wiem? - zlustrowałam go od znoszonych kowbojek po czubek czarnego cylindra - wyglądasz mi na kolesia, który wyrywa niezłe laski na tanie drinki i głupawe uśmiechy, bo to daje poczucie satysfakcji i jest przy tym jedyną okazją na zaruchanie kogoś kto nie spędził ostatnich tygodni śpiąc w śmietniku, a poza tym jest tańsze niż wynajęcie prostytutki - powiedziałam tonem znudzonego życiem i tą rozmową eksperta.
Może to podłe, ale jakie prawdziwe.
Chłopaka nieco zamurowało, ale nie tracąc rezonu odpowiedział :
- Otóż, myli się pani, pani psycholog - roześmiał się, pochylając w moją stronę. Pachniał Marlboro i tanim winem oraz mocną wodą kolońską.
- Jestem muzykiem - oznajmił z dumą, pusząc się jak paw - konkretnie gitarzystą.
Chyba myślał, że mi zaimponował.
- Tak? - uniosłam jedną brew - to dlaczego cię nie znam?
- Widocznie mało znasz się na muzyce - rzucił jakby urażony, na co ja prawie zachłysnęłam się drinkiem.
No kurwa, kto jak kto ale ja to akurat na muzyce znam się jak mało kto! W końcu nie ruchałabym tych wszystkich grajków tylko za to, że mieli ładne buźki i duże fiuty. A uwierzcie mi, nie wszyscy mieli. Ale przynajmniej dobrze grali. Za to ten tutaj kudłaty typek, który, kurwa, nie wiadomo kim był i co robił, a śmiał się nazywać muzykiem sugerował mi bezczelnie, że ja się nie znam! JA?!
Spiorunowałam go wzrokiem.
- To może łaskawie mnie oświecisz i powiesz w jakim zespole grasz? - zasugerowałam.
Dziwna sprawa, z jednej strony irytował mnie ten koleś, a z drugiej cholernie pociągał. Niby mogłam w każdej chwili olać go i wyjść, poszukać kolejnego śliniącego się na mój widok kolesia, których, nie oszukujmy się, nie brakowało, albo po prostu spędzić samotny wieczór z flaszką Jack'a i kokainą. Ale jednak coś mówiło mi żebym została.
- Road Crew - wypalił mój rozmówca, opróżniając szklankę na raz.
- Road Crew? - powtórzyłam powoli - nie, nic mi to nie mówi - teraz to ja uśmiechałam się złośliwie.
- Cóż, dopiero zaczynamy... - próbował wyjaśnić takim tonem, że nie umiałam rozgryźć jego emocji - gramy głównie w klubach, jesteśmy dość popularni w Los Angeles - na jego twarzy ponownie zawitał zawadiacki uśmiech, który zaczynał mnie drażnić.
Nie no, tu już przesadził! Fantazja cię poniosła, chłopcze - pomyślałam. Co jak co, ale w LA nawet średnio popularny zespół nie umknąłby mojej uwadze.
- W takim razie co robisz tutaj, panie "gwiazdo"? - znów uniosłam brew z ironią, ale mój głos zabrzmiał dość łagodnie. Nie planowałam tego.
- Przyjechaliśmy z kumplami na koncert Ozzy'ego! - wyszczerzył się jak dzieciak na widok cukierka, co chyba było podobnie jak w przypadku mojego głosu niezamierzone, ale co tam - widzieliśmy go już trzy razy, mamy wszystkie jego płyty, jedną nawet z autografem, Duff odkupił ją od jednego ziomeczka za kasę na żarcie i głodowaliśmy przez trzy dni - pochwalił się, albo raczej wyznał.
Wywołał tym u mnie pobłażliwy uśmiech. Ale nie taki wrednie pobłażliwy, a bardziej coś w rodzaju uśmiechu, który maluje się na twojej twarzy gdy widzisz kogoś kto wciąż ma marzenia, w które spełnienie wierzy całym sercem, kogoś kogo los nie jest w żaden sposób przesądzony, kogoś kto potrafi autentycznie cieszyć się z życia i nie bać opinii innych, kogoś kto właśnie zrzucił maskę pozera udającego gwiazdę i obnażył przed tobą duszę fana.
- Więc jesteś fanem Ozzy'ego - podsumowałam. Do głowy wpadł mi pewien pomysł.
Chłopak energicznie pokiwał głową, rozczochrując jeszcze bardziej swoją  bujną szopę.
Nie chciało mi się słuchać kolejnej historii o tym jak w wieku 11 lat dostał płytę Sabbath'ów od ojca/ wujka/ kochanka matki - niepotrzebne skreślić, zakochał się w każdym pojedynczym riffie zagranym przez Iommi'ego i słówku wyśpiewanym przez Osbourne'a, uznał, że Tony jest bogiem, sam zaczął grać na gitarze, zwiał ze szkoły, domu, wyjechał do Miasta Upadłych Aniołów i blah! Blah! BLAH!  Wszystkie te opowiastki były takie same i słyszałam je już milion razy. Postanowiłam więc przejść do rzeczy.
- Tak się akurat składa, że jestem tu z Ozzy'm i ekipą Mötley Crüe - o tym drugim wolałabym w sumie zapomnieć.
- Pierdolisz! - chłopak zerwał się ze stołka i wytrzeszczył te swoje wielkie, brązowe oczy ledwie widoczne zza kaskady loków, omal nie rozlewając przy tym mojego drinka.
- Jak chcesz się przekonać to wpadnij dziś za kulisy - powiedziałam, zakładając nogę na nogę i pociągając łyk Daniels'a z colą - wkręcę cię na afterparty - obiecałam.
Kudłaty prawie zamarł z wrażenia.
- WOW! Poważnie?! DZIĘKI! - jarał się jak kościoły w Norwegii.
Tylko się nie zesraj z wrażenia - pomyślałam, lecz zamiast tego rzuciłam:
- Drobnostka.



LOTTI

5 lipca 1986 r.
Hammersmith Odeon
Londyn, Anglia
- Kotku... - zaczął Hammett słodko gdy czesałam mu włosy - bo wiesz, jutro mamy dzień wolny i tak sobie pomyślałem, że może wyskoczymy gdzieś?
- A co proponujesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie przeczesując kolejne pasma jego ciemnych loków.
Uwielbiał gdy to robiłam, choć sama nie wiem czemu. Zaznaczałam wielokrotnie, że fryzjerka ze mnie żadna. Swoje własne włosy nosiłam przeważnie związane w kucyk bądź po prostu luźno opadające na ramiona. Nie byłam nawet pewna czy dobrze je rozczesuję, o żadnych poważniejszych fryzurach nie wspominając. Jednak z jakichś przyczyn Kirk lubił jak go czesałam, no a czego się nie robi dla swojego misiaczka? WTF?! Od kiedy ja używam takich słów?!
- Tak się składa, że widziałem tu w okolicy sklep z komiksami - uśmiechał się coraz szerzej i szerzej.
Wiedziałam, że nie odpuści pójścia tam choćby się waliło i paliło. Za dobrze go znałam. Mimo to postanowiłam odrobinę się z nim podroczyć.
- Przecież masz całą walizkę komiksów - przypomniałam mu żartobliwym tonem.
- A ty masz całą walizkę płyt - odgryzł się Kirk, obracając na krześle i śmiesznie potrząsając głową.
- Haha, no ok, wygrałeś. Pójdziemy tam - obiecałam, całując go w policzek.
Chłopak cieszył się jak nekrofil w kostnicy.
- Dzięki! Dzięki! Dzięki! - zerwał się z miejsca, ściskając mnie i podnosząc do góry - jesteś najlepsza! Wiesz, że jesteś?
- Dobra, dosyć tych amorów, bo się zrzygam - mruknął James, rzucając w nas pustą puszką po piwie.
- Zrzygasz to się na pewno, ale tylko dlatego, że wyżłopałeś właśnie pół zgrzewki browców - wypomniał mu Cliff, spokojny i opanowany jak zawsze.
- Jamesik, czy ty nie jesteś czasem odrobinę zazdrosny? - zachichotała Viki, rzucając Hetfield'owi znaczące spojrzenie.
Siedziała akurat na podłodze i wybierała przypinki na kurtki chłopaków, co ładniejsza zatrzymując dla siebie, jednocześnie przeglądając jakiś magazyn modowy.
- Ja? Zazdrosny?! - prychnął blondyn, krzyżując ręce na piersiach - i co jeszcze?! - starał się udawać obrażonego, ale widać było, że śmieje się pod nosem.
Brakowało tylko Lars'a. Nikt z nas nie miał pojęcia gdzie się podział. Ostatni raz widzieliśmy się z nim wszyscy w hotelu, a teraz jakby zapadł się pod ziemię. Już chcieliśmy iść go szukać, gdy drzwi od garderoby otworzyły się z impetem. Zdyszany Duńczyk wpadł przez nie niczym huragan i nie zwracając uwagi na nic przelazł po przypinkach Viki, strącił kilka klamotów z szafki i i wymachując jakąś gazetą, cały podekscytowany obwieścił:
- Chłopaki! Mamy to, kurwa! Patrzcie! - i opadł ciężko na krzesło.
Zebraliśmy się wokół niego zaciekawieni tym co ma nam do pokazania.
- No co mamy? - dopytywał James, zaglądając mu przez ramię.
- Jesteśmy na okładce pieprzonego Rolling Stone'a! - wykrzyknął, wyrzucając ramiona w górę i wskazał na zdjęcie.
- O kurwa! Pokaż! - Kirk wyrwał mu magazyn z ręki - ja pierdole! Serio! - wykrzyknął, wytrzeszczając oczy i podskakując jak oszalały.
- Daj! - zażądał Hetfield, odbierając gazetę Hammett'owi - hehe! Ale ciebie Larsik to chyba, kurwa, ostro wyretuszowali, bo w życiu takiego gładkiego ryja nie miałeś! - zarechotał doniośle, a reszta zawtórowała mu. Tylko Lars obrażony przeklął coś w swym ojczystym języku.
- Ciebie za to chyba zapomnieli wyretuszować, bo masz na mordzie więcej pryszczy niż "Dynastia" odcinków - odciął się Ulrich, dumny, że udało mu się wymyślić jakąś ciętą ripostę.
James już szykował się by coś odpowiedzieć, ale Cliff go powstrzymał.
- Dajcie spokój - wywrócił oczami - ile wy macie lat?!
- Burton ma rację - zgodził się Kirk - gdyby natura obdarzyła was taką piękną cerą jak moja to żadne retusze nie byłyby wam potrzebne - wybuchnął śmiechem, nie mogąc się powstrzymać, po czym zrobił szybki unik, gdyż Lars cisnął w niego gazetą.
Pewnie zaczęliby się napieprzać, gdyby nie fakt, że musieli wyjść na scenę.
- Jak duże dzieci - westchnęła Viki, kręcąc głową.
- Nawet gorzej - dodałam, wzdychając.

Trafienie na okładkę Rolling Stone'a nie było jedyną okazją do świętowania. Tego wieczoru Metallica grała swój ostatni koncert z Motörhead. Później Lemmy i ekipa mieli wrócić do studia nagrywać nowy album, którego całym fanowskim serduszkiem nie mogłam się doczekać, no a Meta ruszała na dalszy podbój Europy. Smutno było rozstawać się z Kilmister'em i spółką, no ale takie życie.
Szybko uwinęłyśmy się z Viki z robotą (tak, o dziwo Viki mi pomagała) i pospieszyłyśmy na backstage oglądać najprawdopodobniej ostatni występ naszych idoli, na który załapiemy się za darmo.
W czarnych koszulkach ze Snaggletooth'em stanęłyśmy za kulisami, posłuchałyśmy jeszcze dwóch ostatnich kawałków Mety i ze zniecierpliwieniem czekałyśmy na Motörhead.
- Ej, laski! Podajcie ręczniki! - zakrzyknął James cały spocony, schodząc ze sceny.
- Sam se weź - mruknęła Viki - tam leżą - machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
Hetfield zmarszczył gniewnie brwi i splunąwszy na ziemię podszedł do nas bliżej.
- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to leży w zakresie twoich pierdolonych obowiązków - sapnął nieźle wkurzony - to, że sypiasz z szychą z wytwórni nie oznacza, że możesz się opierdalać i migać od roboty! - warknął zaciskając pięści i dopiero widząc jak Viki lata podbródek, a jej oczy zachodzą łzami zdał sobie sprawę, że pojechał nieco za ostro.
- Kurde, sorry! Ja nie chciałem... - zreflektował się, rozkładając ręce, ale ona tylko pobiegła przed siebie nieudolnie tłumiąc płacz.
Spiorunowałam James'a wzrokiem. Stojący obok Lars uczynił to samo.
- Gratulacje, idioto! - pacnął go w ucho.
- Ała! - krzyknął Hetfield - no przecież przeprosiłem... - wymamrotał, rozmasowując bolące miejsce.
Po chwili dołączyli do nas Kirk z Cliff'em i nie wiedząc o co chodzi, pytająco popatrzyli na nasze twarze.
Niewiele myśląc pobiegłam w kierunku, w którym zmierzała roztrzęsiona Viki.
Dogoniłam ją w jednym z bocznych korytarzy prowadzących do wyjścia.
- Viki! - zawołałam, gdy zamaszystym ruchem otworzyła ciężkie drzwi.
Dziewczyna nie zareagowała. Wyszła na dwór i opierając się o srebrną poręcz, nerwowym ruchem odszukała w kieszeni fioletowej ramoneski paczkę cienkich fajek oraz zapałki. Trzęsącymi się dłońmi próbowała zapalić jednego z papierosów. Gdy w końcu jej się to udało zwiesiła głowę i głośno oddychając starała się uspokoić. Niestety bezskutecznie.
Nie wiedząc co powiedzieć po prostu zbliżyłam się do niej i położyłam rękę na jej dygoczącym ramieniu.
- Viki... - zaczęłam szeptem.
Dziewczyna głośno załkała.
- To wszystko jest takie pojebane... - westchnęła ciężko, kręcąc głową i wycierając wierzchem dłoni spływające po jej policzkach łzy.
- Wiem coś o tym - uśmiechnęłam się blado - mogę jednego? - spytałam, wskazując na papierosa.
Viktoria bez  słowa wyciągnęła w moją stronę paczkę Cameli.
- Dzięki.
Ponieważ minuty mijały, a dziewczyna wciąż milczała pociągając tylko nosem od czasu do czasu, musiałam odezwać się ja:
- Wiem, że jest ci przykro, ale James na pewno nie chciał cię urazić - spojrzałam na wciąż popłakującą Viki, której makijaż rozmazał się po całej twarzy - wiesz jaki on jest - kontynuowałam - najpierw gada, później myśli - poklepałam ją po ramieniu - o ile w ogóle myśli - dodałam pod nosem, uśmiechając się krzywo.
Viki uniosła lekko kąciki ust. Najwyraźniej usłyszała ostatnie zdanie.
Zdaję sobie sprawę, że James miał trochę racji, Viki niemal zawsze szukała okazji do lenienia się. Jej związek z McLeish'em przyprawiał mnie o mdłości, ale to był, do cholery, jej wybór! Co by ze nie była za kumpela, gdybym jej to wytykała?! James, świadomie, bądź nie, trafił w jej najczulszy punkt i zranił ją. Chujowo wyszło. No, ale teraz zamiast rozwodzić się nad intencjami Hetfield'a, czułam, że muszę wymyślić coś by pocieszyć Viki. Znowu.
- On ma rację! - wypaliła nagle dziewczyna - zachowuję się jak zwykła, pospolita dziwka! - wyjaśniła, spostrzegając moją zdziwioną minę.
- Przecież on wcale tak nie powiedział...
- Ale pomyślał! - przerwała mi, podnosząc głos - wszyscy tak myślą i mają pierdoloną rację! Ale nie rozumiem jednego, dlaczego kiedy te wypindrzone dziunie, świecące cyckami w pierwszych rzędach dają dupy muzykom to wszystko jest ok, ale jak ja spotykam się z gościem, który jest w stanie doprowadzić mnie w życiu do czegoś więcej niż pranie gaci tej bandzie debili - tu wskazała trzęsącą się ręką, brudną od cieni do powiek i tuszu, na drzwi za nami - to nagle jestem tą najgorszą, puszczalską szmatą?! W czym ja jestem gorsza od tych dziewczyn?! - wykrzyknęła, po czym skuliła się na betonowych schodkach i głośno załkała.
- Na prawdę chcesz się porównywać do tych pustych lasek? - spytałam z niedowierzaniem.
Viktoria tylko popatrzyła na mnie załamana, mrugając mokrymi oczami, po czym przytuliła się do mnie mocno, mocząc łzami moją koszulkę i wybuchła kolejną falą płaczu.
- Co jest ze mną nie tak? - wydusiła z trudem.
- Ciii, już dobrze... - chciałam ją jakoś uspokoić - wiesz - podjęłam po dłuższej przerwie najspokojniejszym głosem jakim tylko umiałam - może to wcale nie chodzi o ciebie - odgarnęłam jej włosy z czoła - tylko o to, że  McLeish - starałam się ostrożnie dobierać słowa - nie jest najsympatyczniejszym facetem na świecie i ludzie patrzą na wasz związek...
Viki spojrzała na mnie spode łba.
- No i co z tego?! - warknęła rozżalona, gasząc nerwowo peta i ciskając go przed siebie.
Wzięłam głęboki oddech. Powoli brakowało mi już pomysłów jak z nią rozmawiać. Viki wciąż zanosiła się płaczem. Wplotła palce między włosy, przymknęła powieki i cała się trzęsła.
- Kochasz go w ogóle? - zapytałam zupełnie poważnie, patrząc jej w oczy.
Ona tylko pociągnęła nosem.
- Nie wiem - wymamrotała po chwili, wlepiając wzrok w czubki swoich butów.
- A on ciebie kocha? - spytałam, tym razem o pół tonu ciszej.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i albo mi się zdawało albo nieznacznie potrząsnęła przecząco głowa, a pojedyncza stróżka łez wypłynęła spod jej przymkniętych powiek.

Przez następne dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut nic już nie mówiłyśmy, siedziałyśmy tylko obok siebie, czekając aż Viki w pełni się uspokoi. Już prawie wcale nie drżała i nareszcie przestała płakać.
Chwilę tę przerwał jeden z technicznych, podbiegając do nas wyraźnie czymś poruszony.
- Kurwa mać! Dziewczyny, wszędzie was szukam! - zawołał z przejęciem - chodźcie szybko, Lemmy woła wszystkich - zakomunikował szczerząc się jak głupi, pokazując nam przy okazji swoje braki w uzębieniu.
Popatrzyłyśmy na niego zaskoczone.
- Ale o co chodzi? - próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej.
- Po prostu chodźcie! - ponaglił nas i już go nie było.
Po niecałej minucie zawahania pomogłam Viki wstać i wróciłyśmy do środka.
- No w końcu jesteście! - ucieszył się ktoś na nasz widok.
Rozejrzałyśmy się ciut zmieszane. Cała ekipa, wszyscy techniczni, dźwiękowcy i sprzątaczki, kierownik sceny, oświetleniowcy, kierowca autobusu, kilka groupies, nawet babka od kateringu stali stłoczeni na backstage'u. Panował ogromny gwar, każdy coś gadał, przekrzykiwał jeden drugiego. Pośrodku całego tego zamieszania, na stercie skrzynek po piwie stał Lemmy i odchrząknąwszy zaczął przemawiać:
- UWAGA LUDZIE! Plan jest taki, za chwilę wychodzimy na scenę, chwilę popitolę i zaczniemy grać "Road Crew". Po pierwszych dźwiękach wszyscy, jak tu stoicie, zapierdalacie na scenę i robicie rozpierduchę! - uśmiechnął się szelmowsko - chcę widzieć totalne szaleństwo, róbcie wszystko, co tylko przyjdzie wam do głowy! Krzyczcie, skaczcie, rzucajcie się w tłum, śpiewajcie z nami, możecie nawet zdemolować scenę! To nasz ostatni koncert na tej trasie, a gdyby nie wy nie odbyłby się ani ten, ani żaden inny występ! Jesteście, kurwa mać, częścią zespołu! Każdego wieczoru odwalacie z pięć... TFU! dziesięć razy więcej roboty niż my i bez was moglibyśmy się co najwyżej po dupie podrapać! Co nie, chłopaki? - zwrócił się do swoich kolegów z zespołu, na co oni energicznie przytaknęli głowami - wracając, ta piosenka jest wasza, scena jest wasza i... WE ARE THE ROAD CREW! - wykrzyczał na cały regulator, a każdemu jego słowu towarzyszył aplauz i okrzyki euforii.
Motörhead wyszli na scenę. Za chwilę dołączyli do nich chłopaki z Metallicy. My, ogarnięci dziką radością i podjarani do granic możliwości, czekaliśmy w napięciu na naszą kolej, nie mogąc uwierzyć w to co za chwilę miało się wydarzyć. Naszą ekstremalną podnietę przerwał jednak nie kto inny, a McLeish. Przedzierając się przez tłum, cały poirytowany i z poczerwieniałą ze złości twarzą wrzeszczał:
- Co ten cały cyrk ma znaczyć?! Nie zgadzam się! Słyszycie, gnojki?! Macie natychmiast wracać do roboty, szmaciarze! - wypowiadał te słowa z niezwykłą zawziętością, cały się zapluł i o mało nie zapowietrzył - słyszycie mnie, do choler?! - popchnął na ziemię dwie dziewczyny, które nie zdążyły w porę zejść mu z drogi - macie się rozejść, albo wyleję was wszystkich na zbity pysk! - darł się, wymachując rękami, a żyły na jego czole wyglądały jakby w każdej chwili mogły eksplodować.
W tym jednak momencie nawet on nie mógł nas powstrzymać, bo gdy ze sceny padły magiczne słowa "We are the Road Crew", a do naszych uszy dopłynęły początkowe akordy utworu, bez chwili namysłu popędziliśmy niczym jedna wielka masa w stronę estrady, witani najgłośniejszym piskiem publiczności jaki dany mi było słyszeć. Biegnąc wraz z innymi spostrzegłam jak ta łajza, zwąca się naszym szefem, szarpie Viki za rękę i drze się na nią. Za pewne za sprawą buzującej mi w żyłach adrenaliny cofnęłam się, pochwyciłam Viktorię za drugi nadgarstek i odsuwając ją od tego cwela, syknęłam patrząc mu w te małe, szczurze oczka:
- Zostaw ją, skurwielu!
Tamten zaśmiał się pogardliwie i zamierzył się na mnie, a ja zebrawszy w sobie jakąś nadludzką siłę, którą nawet nie wiedziałam, że posiadam, zacisnęłam palce w pięść i bez najmniejszego zahamowania przywaliłam temu kretynowi prosto w ten zadarty nos. McLeish był tak oszołomiony, że tylko cofnął się łapiąc oburącz za krwawiący kinol, a ja ciągnąc za sobą nie mniej zdezorientowaną Viki pomknęłam na wielką, jasno oświetloną scenę by razem z całą ekipą i tysiącami fanów zakrzyknąć pierwsze:

We are the Road Crew!

Każdy następny moment pamiętam jak przez mgłę, ale tego co udało mi się zapamiętać nie zapomnę nigdy! Matko Najświętsza, co tam się działo! Nim zdążyłam się obejrzeć zostałam wciągnięta w rozkręcające się właśnie pogo, zaraz potem ktoś ścisnął mnie ramieniem, po czym zrzucił się ze sceny. W górę poleciały staniki i bluzki, jakiś koleś zaczął oblewać wszystkich wódką, podczas gdy Lemmy zadzierając sobie gardło śpiewał:

Another town, another place
Another girl, another face
another truce, another race
I'm eating junk, feeling bad
Another night, I'm going mad
My woman's leaving, I feel sad

Kątem oka dojrzałam Ellen, która w samym staniku i dżinsowej spódniczce szalała w objęciach Sebastiana, który machał włosami na wszystkie strony. Zerknęłam w prawo, a tam Viki w samiutkim środku czegoś, co chyba miało przypominać kankana (?) żwawo przebierała nogami z miną jakby nie do końca wiedziała co się dzieje, ale podobało jej się to. Liczyła się tylko ta chwila, ten moment. A Kilmister kontynuował:

But I just love the life I lead
Another beer is what I need
Another gig, my ears bleed

I wszyscy razem:

We are the Road Crew!

Grupa postawnych technicznych zaczęła zderzać się głowami. Jakaś niewiasta z pokaźnym biustem wskoczyła na ramiona Cliff'owi. Dwóch panów zajmujących się na co dzień oświetleniem podrzucało wysoko do góry panią Gwendy - tą od kateringu, ta śmiejąc się do rozpuku, wymachiwała rękami układając dłonie w kształt diabełka.
Znów rozejrzałam się za Viki, a ona stojąc na podeście perkusyjnym, zaraz obok Lars'a i Pete'a Gill'a, skakała i uśmiechając się szeroko śpiewała wraz z Lemmy'm i innymi:

Another town I've left behind
Another drink completely blind
Another hotel I can't find
Another backstage pass for you
Another tube of super glue
Another border to get through
I'm driving like a maniac
Driving my way to hell and back
Another room a case to pack

WE ARE THE ROAD CREW! 

Zakrzyknęła publiczność wyrzucając pięści w górę.
Phil Campbell wraz z moim Kirk'iem wycinali dzikie gitarowe popisy. Kawałek od nich James robił co mógł, by połączyć grę wraz z obściskiwaniem się z jakąś laską. Nim solówka dobiegła końca ktoś popchnął mnie na nich, a zaraz w następnej chwili Hammett przyciągnął mnie do siebie i wpijając się w moje usta, rzucił wiosło gdzieś na bok, mocno chwycił moją dłoń i skoczył wraz ze mną w szalejący tłum. Zamknęłam oczy i głośno pisnęłam. Tysiące rąk unosiło nasze ciała w głąb hali.

Another hotel we can burn
Another screw, another turn
Another Europe map to learn
Another truck stop on the way
Another game I learn to play
Another word I learn to say
Another bloody customs post
Another fucking foreign coast
Another set of scars to boast

Trzymaliśmy się za ręce tak długo jak się tylko dało, a gdy stało się to niemożliwe ponownie zamknęłam oczy i po raz ostatni krzyknęłam naładowana szaloną energią:

WE ARE THE ROAD CREW!



poniedziałek, 4 maja 2020

Route Diaries 21

LOTTI

2 lipca 1986 r.
Olympiastadion 
Berlin, Niemcy
- Dlaczego musimy grać koncert w Niemczech?! Tu nawet nie ma fajnych lasek - marudził rozżalony Hetfield, zgniatając pustą puszkę Heinekena na czole i ciskając ją w kąt.
- Pff, brzmisz jak te glam metalowe cipy - wypomniał mu Lars - co cię obchodzą laski? Jesteśmy tu dla muzyki, zapomniałeś?! - uniósł się Duńczyk.
- A ty brzmisz jak jakiś pedał - prychnął James - mów za siebie, dla mnie laski to stały element udanego koncertu - powiedział z pełną powagą.
Ulrich zmarszczył groźnie brwi i krzyżując ręce na piersiach zaczął coś mamrotać. W odpowiedzi blondyn pokazał mu fuckera.
- Ej, myślicie, że mogę założyć koszulkę ze swastyką? - zażartował Hammett, chcąc rozluźnić nieco napiętą atmosferę wywołaną przez kolegów.
James beknął głośno, ignorując go.
- Jesteście wszyscy ostro pojebani - stwierdziła Viki, śmiejąc się pod nosem i zgarniając ze stolika pod ścianą opróżnione wcześniej butelki i wrzucając je do wora na śmieci - a koszulka, o której mówisz jest w praniu - dodała, sugerując, że nie ma szans, by Kirk ją włożył.
- Luzik Viki, tak sobie tylko śmieszkowałem - uśmiechnął się gitarzysta, szturchając ją w bok.
- No ja myślę - zachichotałam, kręcąc głową z rozbawieniem - nie chciałabym, żeby mój chłopak był nazistą.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- Hehe, chodź tu - powiedział Hammett, przyciągając mnie do siebie, obejmując mocno ramieniem i czule całując.
Z każdym kolejnym dniem zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej. Kirk był moim pierwszym poważnym chłopakiem. Sama nie wiem czemu, ale czułam, że to coś więcej niż szczeniackie zauroczenie. Był taki wyrozumiały, ciepły i kochany. Mogłam z nim gadać godzinami dosłownie o wszystkim, a gdy potrzebowałam pomocy i wsparcia zawsze przy mnie był. Nie chciałam obiecywać sobie nie wiadomo czego, w końcu od wydarzeń w Paryżu nie minęło aż tak dużo czasu, ale nie mogłam się też oszukiwać, od samego początku Kirk nie był mi obojętny, po prostu wcześniej nie chciałam tego przyznać.
Bałam się i to potwornie, że coś nie wyjdzie, że z czasem coś się między nami popsuje, że może zwykła przyjaźń byłaby lepsza, ale próbowałam odpędzić te myśli. Nie chciałam o tym myśleć. Nie teraz. Teraz chciałam być wreszcie w pełni szczęśliwa. Przecież chyba na to zasługiwałam.

Koncert przebiegł jak zwykle pomyślnie. McLeish próbował się czegoś czepiać, ale Viki wzięła go na bok, szepnęła coś do ucha i zanim się obejrzałam, zniknęli w toalecie. Wzdrygnęłam się lekko na myśl, że Viki może to z nim robić, ale postanowiłam, jak to miałam w zwyczaju, skupić się na robocie. Pomogłam się przebrać chłopakom, posegregowałam rzeczy do prania, posprzątałam trochę w garderobie i korzystając z chwili spokoju, wróciłam za kulisy popatrzeć na występ Motörhead.

If you like to gamble
I tell you I'm your man
You win some, lose some
All the same to me

Chłopaki grali właśnie swój największy hit. Nie mogłam się oprzeć i zaczęłam podrygiwać.

The pleasure is to play
Makes no difference what you say
I don't share you greed
the only card I need
Is the Ace of spades
the Ace of spades

Machałam energicznie głową w rytm muzyki. Lemmy i ekipa dawali czadu!

You know I'm born to lose
And gambling's for fools
But that's the way I like it baby
I don't wanna live forever

Czułam się trochę jakbym znów miała szesnaście lat i pierwszy raz słyszała ten utwór lecący w radiu w jednym z nowojorskich sklepów muzycznych.

And don't forget the joker!

Kilku technicznych patrzyło z rozbawieniem na moje dzikie pląsy, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Bawiłam się przednio.
- Nieźle tańczysz, mała - usłyszałam niski, męski głos.
Aż podskoczyłam.
Lemmy stał obok i uśmiechał się po przyjacielsku. Popijał tradycyjnie Jack'a Daniels'a. Nawet nie zauważyłam kiedy się tu zjawił.
- A ty nie na scenie? - zapytałam, doprowadzając swoje rozczochrane włosy do ładu.
- Hehe, zrobiłem sobie małą przerwę, no wiesz, trzeba uzupełnić płyny - zarechotał, pociągając duuuuży łyk prosto z butelki i wycierając usta rękawem kurtki - zaraz muszę wyjść na bis - dodał z powagą.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- Chcesz trochę? - zapytał Kilmister, wskazując na trunek.
- A poproszę - uśmiechnęłam się szczerze, a Lemmy podał mi butelkę.
Wzięłam spory łyk i chciałam mu ją oddać, dochowując kolejności, ale on już wyciągnął dla siebie drugą. Zrobiłam zdziwioną i jednocześnie pełną podziwu minę, ale po chwili przypomniałam sobie, że to przecież Lemmy i cała butelka whisky to dla niego kaszka z mleczkiem.
- Dobra, będę leciał - rzucił po chwili, nasłuchując jak okrzyki tłumu domagającego się jeszcze jednej piosenki wzrastają - trzymaj się, mała - klepnął mnie w plecy na pożegnanie, przerzucił przez ramię basówkę i pognał z powrotem na scenę, ku ogromnej uciesze fanów.
Zostałam z pełną w 3/4 flaszką Daniels'a. W przeciwieństwie do Lemmy'ego nie byłam w stanie sama jej opróżnić. Udałam się więc do garderoby, by podzielić się zdobyczą z resztą. Chłopaki oczywiście ucieszyli się niezmiernie. Co z tego, że alkoholu mili pod dostatkiem?
- Ooo, Lotti, nie musiałaś! - powiedział James teatralnym głosem.
- Podziękujcie Lemmy'emu - odparłam wesoło, kładąc whisky na długim brązowym stole, pokrytym pokaźną ilością pustych, bądź prawie pustych puszek po piwie i Coca coli, dwiema napoczętymi paczkami tanich fajek i gazetkami pornograficznymi.
Posiedzieliśmy chwilę i przenieśliśmy tę kameralną imprezkę do hotelu.
Później James stwierdził, że trzeba zamówić jakieś dziwki, ale koniecznie musza mieć na ryjach jakieś fikuśne maski albo chociaż torby, bo Niemki są tak brzydkie, że inaczej mu nie stanie i nie zarucha. Rzecz jasne to jego słowa, nie moje. Nie miałam zbytniej ochoty obserwować jak chłopaki urządzają sobie orgietkę z udziałem szpetnych prostytutek. Pożegnałam się więc ze wszystkimi i poczłapałam w stronę swojego i Kirk'a pokoju.
- Lotti, czekaj! - usłyszałam za sobą wołanie.
- Co jest, skarbie? - odwróciłam się przodem do Hammett'a.
- Może skoczymy coś zjeść? - zaproponował radośnie - umieram z głodu - wyznał, a jego brzuch, jakby na potwierdzenie tych słów, głośno zaburczał.
- Haha, no skoro tak to chodźmy - zgodziłam się, bo szczerze mówiąc też chętnie bym coś zjadła.


Jak łatwo można było się domyśleć, Berlin znałam jedynie z podręcznika od geografii, za to Hammett zapewniał mnie, że doskonale wie gdzie iść i nie ma opcji żeby się zgubić. Przestałam wierzyć w te słowa, gdy piąty raz skręciliśmy w tą samą uliczkę, a żadna budka z kebabem czy McDonald nie ukazały się naszym oczom.
- Na pewno dobrze idziemy? - zapytałam, widząc kolejny raz ten sam pomnik.
- Tak, tak to na pewno gdzieś tutaj - Kirk rozglądał się po okolicy niepewnie.
- Może zapytamy kogoś o drogę? - podsunęłam.
- Nie no, co ty?  - oburzył się nieco chłopak - Lotti, nie ufasz mi? - zaśmiał się nerwowo.
- Tobie ufam - zapewniłam go - ale twojej orientacji w terenie już trochę mniej - dodałam ciszej.
Chodziliśmy tak w kółko jeszcze przez jakiś czas aż w końcu Kirk nie wytrzymał.
- Nosz kurwa jego jebana mać! - wrzasnął przyciągając tym uwagę grupki turystów - jak to jest do jebanej cholery możliwe, że nigdzie nie ma żadnej zasranej budy z żarciem?! - denerwował się, a jego brzuch burczał złowrogo.
- Spokojnie, kochanie - starałam się go jakoś uspokoić - ochłoń chwilę, poszukamy jakiejś mapy czy coś i będzie nam łatwiej znaleźć drogę - uśmiechnęłam się do niego czule głaszcząc jego ramię.
Kirk pokiwał powoli głową i głośno odetchnął.
- Masz rację - przyznał - przepraszam Lotti, nie chciałem być nie miły. Po prostu jestem już cholernie głodny... - zaczął się tłumaczyć.
- Spokojnie, rozumiem. Ja też chciałabym już coś zjeść, ale nerwy nam w niczym nie pomogą - powiedziałam, omiatając wzrokiem okolicę, po czym ruszyłam przed siebie.
- Guten Abend - przywitałam się grzecznie z jakimś starszym facetem siedzącym na ławeczce nieopodal nas - wie pan może jak dojść do jakiejś najbliższej restauracji? - zapytałam uśmiechając się przyjaźnie.
Mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu paru lat odwzajemnił uśmiech i w kilku prostych do zrozumienia zdaniach wyjaśnił mi, że należy kierować się prosto ulicą, z której właśnie przyszliśmy, następnie skręcić w lewo, przejść przez jezdnię i powinniśmy być na miejscu.
- Danke schön! - ukłoniłam się lekko i pobiegłam z powrotem do Kirk'a, przekazałam mu czego się dowiedziałam i chwytając się za ręce podążyliśmy we wskazanym kierunku.
Już po chwili siedzieliśmy w ciepłym barze jedząc tłuste smażone kiełbaski i zapijając je piwem. Co jak co, ale piwo to Niemcy mają nieziemskie! W tle rozbrzmiewały przyjemne dźwięki "Still loving you" Scorpions'ów.
Kirk wcinał aż mu się uszy trzęsły. Serio musiał być baaardzo głodny. Jadł tak zachłannie i szybko, że uwalił sobie całą twarz i przy okazji koszulkę musztardą, co wywołało u mnie szeroki uśmiech.
- Jesz jak świnia - zażartowałam, podając mu serwetki.
- Chrum, chrum - chrumkał Hammett, przechylając się przez stół w moją stronę - daj buziaczka swojej śwince - próbował mnie pocałować, przez co chichrałam się jeszcze głośniej, bo wciąż był brudny od żółtego sosu.
- Przepraszam? - obok nas stała czwórka nastolatków w skórzanych kurtkach i koszulkach Metallicy.
Spojrzeliśmy na nich, odsuwając się od siebie, a Kirk szybko wytarł buzię.
- Możemy prosić o autograf? - spytał jeden z nich, wyciągając w stronę Hammett'a zeszyt pokryty naklejkami i długopis.
- No pewnie - odparł chłopak posyłając fanom przyjazny uśmiech - jak macie na imię? - spytał, patrząc na ich podekscytowane młodzieńcze twarze.
- Ja jestem Andi - przedstawił się prędko pierwszy z nich - a to są Dennis, Kosta i Alfred - wskazał kolejno na resztę chłopaków.
Kirk nabazgrał coś szybko w zeszycie i oddał go właścicielowi.
- Proszę bardzo - uśmiechnął się ponownie.
- Dzięki stary! - zawołał uradowany fan i wraz z kolegami począł oglądać dedykację - jesteś najlepszy! - dodał na odchodne i cała czwórka ruszyła w tylko im znanym kierunku.
- To na czym stanęliśmy? - spytał uwodzicielskim tonem Hammett, patrząc mi w oczy.
- Na tym, że powinieneś umyć zęby - zażartowałam, odsuwając się od niego lekko.
- I wtedy dasz się pocałować? - spytał z nadzieją w głosie, choć wiedziałam, że przez "całowanie" rozumie coś znacznie więcej.
- Wtedy tak, ty mój Prosiaczku - zapewniłam go, puszczając mu oczko.



LEXI

5 lipca 1986 r.
Hotel SureStay
Sacramento
Miło było, ale się skończyło. Po paru dniach przyszło mi się z moją kochaną Pati rozstać. Wyczaiła w L.A. jakiś nowy, młody zespół stojący, jak to mówią, u progu sławy i postanowiła się wokół niego zakręcić. Terminy koncertów Aerosmith również przestały pokrywać się z trasą Ozza i Mötley Crüe no i ich drogi się rozeszły. Ja zostałam. Nie chciałam i po części nie mogłam zostawić Nikki'ego i reszty chłopaków. Sama nie wiem co się ze mną działo, jeszcze nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam, ale nie byłam w stanie wytrzymać bez tego tapirowanego ćpuna u mego boku. Nie, to nie była żadna pierdolona miłość, ale Pati miała rację, darzyłam Sixx'a pewnym wyjątkowym uczuciem. Może i liczyły się dla niego tylko sex i dragi, ale walić to! Dla mnie liczyło się dokładnie to samo. Byliśmy jak Sid i Nancy, jak Bonnie i Clyde, jak Harley i Joker - zdegenerowani, szaleni i niebezpieczni. Para psychopatów, którym do szczęścia wystarczyła butelka whisky i odrobina hery. 
No właśnie, heroina... największa miłość Nikki'ego. Nie mogłam z nią konkurować. Nikt nie mógł. Zresztą, nawet nie próbowałam. Poddawałam się jej działaniu tak samo jak on. Przecież nie mogłam być gorsza! Fakt, odkąd zaczęliśmy się spotykać dawałam w żyłę częściej niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie czułam się inaczej. A na pewno nie gorzej. Czułam się wspaniale! Odlatywałam w najodleglejsze zakamarki kosmosu i było mi bosko! Potrzebowałam tego, bo mimo, że szaleliśmy jak opętani, to życie z Nikkim wcale nie było usłane różami. Oprócz tego, że był idealnym dopełnieniem mojej spaczonej duszy, potrafił też być strasznym chujem. Nie raz przez niego płakałam i jeszcze nie raz miało mi przyjść zapłakać.

- Gdzie ją, kurwa, masz?!
- Nie wiem o co ci, do cholery, chodzi!
- Nie udawaj głupszej niż jesteś, ty pieprzona dziwko! Dawałem ci wczoraj na imprezie pierdoloną działkę hery! Miałaś jej pilnować! Byłaś aż tak najebana, ze nie pamiętasz?! - Nikki wydzierał się jak nigdy, wymachując przy tym zaciśniętymi pięściami. Żyły na jego szyi i skroniach wyglądały jakby miały zaraz eksplodować. Przypominał wściekłego buldoga, jeszcze tylko brakowało, żeby zaczął toczyć pianę z ust!
- Ogłuchłaś, kurwa, czy co?! - wrzasnął, chwytając mnie za ramiona i potrząsając mocno.
Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Stałam jak wryta i gapiłam się na niego z wytrzeszczonymi oczami. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia co stało się z tą przeklętą działką! Musiałam ją zgubić, dać komuś albo sama zażyć... KURWA, NIE WIEM! Wiedziałam za to, że Nikki nie żartuje.
- Jak się nie znajdzie, to cię chyba normalnie zajebię!
Był serio wkurwiony. Przerażał mnie! Latał po całym pokoju rozrzucając moje rzeczy, a ja nie wiedziałam co zrobić. Bałam się.
Jeszcze wczoraj świetnie się bawiliśmy cała ekipą na grillu z okazji Dnia Niepodległości zorganizowanym przez wytwórnię. Oglądaliśmy pokaz fajerwerków, piliśmy na umór i było super. Potem przenieśliśmy się do klubu. Tańczyłam, wciągnęłam małe co nieco, obciągnęłam jakiemuś gościowi w kiblu. Nikki może i dał mi coś na przechowanie, ale nie pamiętałam tego.
Sixx wywalał kolejne ciuchy z mojej walizki i niszczył wszystko co wpadło mu w ręce. Nie umiałam go powstrzymać. Serce waliło mi jak pojebane. Szczerze? Miałam nadzieję, że to jakiś chory sen, z którego zaraz się obudzę. Oh, głupia ja!
Mimo wszystko starałam się nie okazywać emocji, ale gdy ten pojeb dorwał się do mojej ulubionej sukienki nie wytrzymałam!
- Zostaw to, ty jebany szmaciarzu! - ryknęłam, rzucając się na niego ze łzami w oczach i wbiłam paznokcie w jego ramię tak głęboko, że aż pociekła krew.
Ten tylko odepchnął mnie z całej siły tak, że poleciałam na podłogę. Zabolało, nie powiem, chyba stłukłam sobie tyłek, ale nie zważając na ból, szybko podniosłam się, chcąc jeszcze raz zawalczyć o moją własność.
Ta sukienka była najcenniejszą rzeczą jaką miałam. Na ogół nie przywiązywałam większej wagi do ubrań, tak to jest, kiedy większość ciuchów ma się kradzionych albo z secondhand'ów, Nikki mógł sobie je rozwalać do woli! Ale tej jednej rzeczy, tej jednej jedynej sukienki nie wolno mu było tknąć! Po prostu, kurwa, nie!
Ktoś powie "co to za wielkie halo?! To w końcu tylko zwykły kawałek szmaty, w dodatku nie za ładny." Może i racja, ale to się liczy. Ten "kawałek szmaty" dostałam od Giny - uzależnionej od wszelkich dragów nimfomanki. Była moją przyjaciółką jeszcze zanim poznałam Pati, czyli lata świetlne temu. Gina uciekła z domu od ojca alkoholika, który ją bił i gwałcił. Jebany skurwiel. Nie miała pieniędzy, więc wylądowała na ulicy. Sprzedawała się, żeby mieć kasę na narkotyki, ale twierdziła, że to lubi. Koniec końców stoczyła się na samo dno, zaraziła jakimś syfem i umierała w strasznych męczarniach. Kiedy ostatni raz ją widziałam leżała na przesiąkniętych wilgocią i szczurzym moczem kartonach obok jakiegoś śmietnika. Była już na wykończeniu, choć wtedy nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Trzęsła się i kaszlała krwią. Twarz miała brudną, w kolorze ziemi, a zapuchnięte oczy ledwie trzymała otwarte. Całe jej ciało pokrywały ropiejące wrzody i strupy. W okół walały się zużyte strzykawki i inne śmieci. Okropny widok. Niczym nie przypominała zadziornej szesnastolatki, która jeszcze do niedawna była.
- Nie mam na świecie nikogo, żadnej rodziny, ani przyjaciół. Wszyscy się ode mnie odwrócili, brzydzą się mną - mamrotała wyczerpana gorączką i ciągłymi wymiotami - mam tylko ciebie, Lexi - powiedziała, ściskając mocniej moją dłoń swoimi kościstymi palcami - tylko ty mnie nie zostawiłaś - mówiła z wyraźnym trudem. Widać było, że nie miała już na nic siły - dlatego chcę ci to dać - wystękała, wyciągając spod starego, dziurawego koca, którym była przykryta niewielkie zawiniątko.
Ostrożnie rozwinęłam materiał i ujrzałam ową pudroworóżową  sukienkę z lekkim dekoltem, zakończoną falbaną.
- Dostałam ją jako zapłatę za upojną noc od najbogatszego i najprzystojniejszego faceta jakiego w życiu spotkałam - wykrzywiła sine usta w coś na kształt uśmiechu - mnie się już nie przyda - westchnęła ciężko, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Gina, proszę, nie mów tak! - błagałam ją, głaszcząc jej posklejane od brudu włosy - zabiorę cię do lekarza, wszystko będzie dobrze, wyleczą cię, zobaczysz - zapewniałam ją, naiwnie wierząc we własne słowa - będziesz żyć, słyszysz?! - mówiłam przez łzy, przytulając się do przyjaciółki, jak gdyby to miało pomóc mi zatrzymać ją przy sobie na zawsze.
Gina tylko uśmiechnęła się błogo, jakby właśnie załadowała sobie działkę najwyborniejszej heroiny. Chwilę potem wyzionęła ducha. Ta sukienka to jedyne co mi po niej pozostało.
- Co suko?! Pewnie tu ją schowałaś! - krzyknął Nikki triumfalnie, rozdzierając kieckę na strzępy.
- Zostaw to, chuju! Oddawaj! - wrzeszczałam rozhisteryzowana, waląc go w szale pięściami po plecach. Przestałam się jakkolwiek kontrolować.
- Powiedziałam, kurwa, ZOSTAW! - kopnęłam go w nerki.
Nikki spojrzał na mnie z pogardą, strzelił z plaskacza w twarz i wrócił do niszczenia mojej ukochanej pamiątki. Dobrze już wiedział, że nic tam nie znajdzie, ale robił to żeby jeszcze bardziej mi dopiec.
Złapałam się za piekący policzek i tak jak stałam wybiegłam stamtąd, trzaskając drzwiami. Miałam na sobie jedynie przydługi T-shirt z Van Halen, ale w tym momencie nie obchodziło mnie to bardziej niż zwykle. Biegłam boso przez korytarz nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu czułam się kompletnie bezsilna. Nie miałam żadnych prawdziwych przyjaciół, może poza Pati, ale jej już tu przecież nie było. Stevena i Aerosmith również. Do reszty tych debili z Motley Crue również nie mogłam pójść, wiadomo, że wzięliby stronę Nikki'ego albo wcale się tym nie przejęli. Kto mi pozostał? Do kogo miałam się zwrócić?



Mój wybór padł na Ozzy'ego. Nie oczekiwałam od niego niczego wielkiego, ale najzwyczajniej w świecie potrzebowałam się komuś wygadać.
- Japierdziu! Lexi, co ci?! - spytał Osbourne, gdy stanęłam przed drzwiami jego pokoju.
Dziwne, że w ogóle mnie poznał. Nie przypominałam siebie, bardziej zapłakanego, roztrzęsionego bachora.
- Właź do środka - wpuścił mnie, nie czekając na odpowiedź.
Weszłam i usiadłam na skraju wielkiego wygodnego łóżka. Apartament Ozzy'ego był chyba z dwa razy większy od tego, który dzieliłam z Sixx'em, ale chuj z tym.
Zrzuciłam na podłogę kilka pustych puszek i podciągnęłam nogi, opierając brodę na kolanach.
- Co ci się stało? - zapytał Osbourne, wskazując na twarz, po czym wyjął z barku butelkę Hennesy i dwie spore szklanki.
Zastanowiłam się chwilę, czy aby na pewno powinnam mówić mu prawdę,  chociaż w sumie czemu nie? Ozzy był czubem, ale to wiadomo. W sumie był taki sam jak my wszyscy, interesowały go tylko sex, narkotyki i alkohol. Pewnie już swędział go kutas i gdyby nie moja wizyta zamówiłby se dziwkę lub napaloną fankę by wykorzystać okazję, że Sharon nie ma w pobliżu i zaruchać. Byłam pewna, że na drugi dzień nie będzie pamiętał ani słowa z naszej rozmowy i właściwie pasowało mi to.
- Pokłóciłam się z Nikkim - wyznałam, biorąc jedną ze szklanek.
- Nieźle cię urządził - mruknął Ozzy bardziej do siebie niż do mnie.
Lekko chwiejnym krokiem podszedł do łóżka i usiadł, a raczej rozwalił się na nim, rozlewając przy okazji swoją whisky na kołdrę.
Wzruszyłam tylko ramionami. Co on tam mógł wiedzieć? Pewnie nie raz urządził Sharon gorzej po pijaku.
- Najgorsze jest to, ze ten kutas zniszczył mi wszystkie ubrania - rzuciłam, wypijając zawartość szklanicy duszkiem i wlepiając pusty wzrok w częściowo przykrytą puchatym, biało-czarnym  dywanem podłogę.
Starałam się na powrót przywdziać maskę wypranej z emocji suki, ale jakoś mi nie szło.
Ozzy podrapał się po głowie, wymamrotał coś pod nosem, zwlekł się z wyra i sięgnął do szafki stojącej nieopodal. Otworzył kilka szuflad, wywalając z nich całą zawartość, aż w końcu wygrzebał gdzieś z pomiędzy gaci i skarpetek plik pieniędzy.
- Masz - powiedział, wręczając mi go - kup sobie jakieś łaszki i co tam chcesz, ale... - zawiesił się na moment - jeśli mam być szczery - odkaszlnął - radziłbym ci wracać do domu.
Zamurowało mnie. zrobiłam dziwną minę, jakbym nie wiedziała o co chodzi. Jakiego, kurwa, domu?! Nie miałam przecież żadnego pieprzonego domu! Byłam sierotą, od zawsze zdaną tylko i wyłącznie na siebie. Moim "domem" była ulica i tanie motele. Do czego ja niby miałabym wracać?!
- Łatwo ci mówić - spojrzałam na Ozza z wyrzutem, marszcząc brwi - ty masz żonę, która mimo wszystkich twoich chorych jazd cię kocha, masz dzieci, rodzinę, masz do czego wracać. A ja? - ku mojemu zdziwieniu mówiłam o wiele spokojniej i mniej chaotycznie niż przypuszczałam, że mówić będę.
Ozzy wyraźnie unikał mojego wzroku.
- Rób co chcesz - powiedział w końcu - ale moim zdaniem zasługujesz na kogoś lepszego niż Nikki. Lepszego niż my wszyscy - dodał ściszywszy głos.
Nie miałam zamiaru ani ochoty dłużej go słuchać.
- Wiesz co? Dzięki za porady, ale jeśli pozwolisz, pójdę teraz kupić sobie jakieś ubrania - powiedziałam chłodno, po czym wstałam, przeczesałam palcami włosy i skierowałam się do wyjścia - aha i dzięki za forsę, oddam ci jak będę miała - rzuciłam na odchodne i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Route Diaries 20

LEXI

26 czerwca 1986 r.
Bar, gdzieś przy autostradzie

"Gdy cię pierwszy raz ujrzałem
Fajna dupa - pomyślałem
Lepszej nigdy nie widziałem
I się z miejsca zakochałem
Lexi, Lexi, jesteś taka sexy
Wszyscy cię tu uwielbiamy
Wierniejszej fanki nie mamy
Jesteś super no i chuj
Podpisuje: Mötley Crüe"

Nikki stał na chyboczącym się stole i recytował napisany na serwetce wiersz, który zespół sklecił zeszłej nocy zapewne po pijaku. Obok niego znajdował się czekoladopodobny tort kupiony na stacji benzynowej, który zamiast świeczek powtykane miał papierosy. Tak właśnie wyglądały moje urodziny i może trudno w to uwierzyć, ale za żadne skarby nie chciałabym spędzać ich inaczej niż z tymi zjebami w podupadłym barze gdzieś przy autostradzie.
- Nie wiedzieliśmy ile dokładnie lat kończysz, więc daliśmy dwie paczki - wyjaśnił Tommy, wskazując na zatopione w polewie fajki.
- Oh! Jak słodko - ucieszyłam się, bo tym sposobem załapałam się na kilka dodatkowych marlborków.
O dziwo, kompletnie nie przeszkadzał mi fakt, że na torcie widniało, o zgrozo, 40 niby-świeczek.
Zamoczyłam palec w czekoladowej polewie.
- Mmmm, pycha - uśmiechnęłam się, choć tort był paskudny, nie ważne - jesteście cudowni! - przesłałam im buziaka.
Nikki zlazł ze stołu i usiadł obok mnie. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i skierował płomień w moją stronę.
- Pomyśl życzenie - zachęcił mnie.
- Tylko nie mów na głos! - zaznaczyła Pati - bo się nie spełni.
Przymknęłam pokryte soczyście różowym cieniem powieki, zastanowiłam się chwilę i zdmuchnęłam płomień.
Wszyscy zaczęli bić brawo.
Tak, to był ten jeden wyjątkowy dzień w roku, w którym mogłam zdjąć maskę zimnej, cynicznej suki i być... sobą? W każdym razie, urodzin nie obchodziłam często. W sierocińcu uczczenie tego dnia sprowadzało się do dodatkowej porcji zupy podczas obiadu i mszy w mojej intencji, w której uczestniczenie było bardziej karą niż nagrodą. Jak łatwo można się domyśleć, podczas moich początków na ulicach L.A. również nie za często zdarzało mi się świętować ten dzień. Nie było ku temu powodów. Wtedy liczyło się tylko to żeby przetrwać, mieć za co zjeść i wypić oraz gdzie przenocować. Drobna zmiana nastąpiła gdy poznałam Pati. Była chyba jedyną osobą, której zdradziłam datę swych urodzin. Zwykle w ten dzień kupowałyśmy flaszkę taniego wina i obalałyśmy ją gdzieś na wzgórzach Hollywood, przy jednaj z literek L. Dałabym se rękę uciąć, że to właśnie ona wyjawiła reszcie kiedy się urodziłam.
Zamówiliśmy tyle alkoholu ile się tylko dało i zaczęliśmy zabawę.
- To zdradzisz nam w końcu ile lat kończysz? - spytał Ozzy, bezpośredni jak zwykle.
- Haha, nigdy w życiu - pogroziłam mu palcem.
- Ale jesteś pełnoletnia, co nie? - zaśmiał się Nikki - inaczej wszyscy mielibyśmy tu przekichane - rechotał - a ja najbardziej!
- Nic nie powiem - rozłożyłam ramiona, posyłając mu cwaniacki uśmiech.
- Gdyby ci powiedziała musiałaby cię zabić - zachichotała Pati, kończąc drugi kawałek ciasta i zapijając go szampanem - odgryzłaby ci fiuta albo coś.
- Wiesz w ogóle skąd to cytat? - podjął Steven, który trzymał ją na kolanach.
- To o fiucie? - wytrzeszczyła oczy brunetka.
- To o zabijaniu - sprecyzował Tyler, patrząc na nią z mieszanką rozbawienia i politowania, ale z przewagą tego pierwszego.
- Nie wiem, "Top Gun"? - strzeliła, wzruszając ramionami i biorąc kolejny łyk musującego napoju.
- A to nie z "Ojca Chrzestnego"? - wtrącił Mick, który do tej pory nie udzielał się zbytnio w dyskusji, jak to miał w zwyczaju.
Zamiast tego patrzył gdzieś w dal na ledwie widoczną zza upaćkanej szyby drogę, po której raz po raz przejeżdżały ciężarówki, rzadziej auta osobowe i kołysał się na krześle, paląc papierosa, z miną seryjnego mordercy psychopaty. Cały Mick.
- Chuj wie - wzruszył wytatuowanymi ramionami Tommy - wciągniemy coś? - zaproponował.
- O, prawie bym zapomniała, mamy coś dla ciebie! - przypomniała sobie Pati w połowie drugiej kreski.
Wstała z kolan Stevena i pobiegła po coś do autobusu zaparkowanego przed wejściem. Po chwili wróciła niosąc w ręku średnich rozmiarów pudło przewiązane czerwoną wstążką i z wyciętymi na górze dziurkami... o cholera jasna! NIE!
- Czy to... - zaczęłam, wybałuszając gałki oczne i szybko mrugając.
Ze środka pudełka dobyło się ciche drapanie.
- no dalej, otwórz - zachęciła mnie ruchem ręki dziewczyna.
Z jej twarzy biło samozadowolenie i satysfakcja.
Rozwiązałam kokardę i powoli uniosłam wieko do góry.
Reszta przysunęła się bliżej, zaciekawiona zawartością. Chyba nawet Steven nie miał pojęcia co też ta jego ulubiona groupie wykombinowała, albo tak dobrze udawał.
Cóż, moje przypuszczenia się sprawdziły. W pudełku leżał mały, biały pudel, albo coś w tym rodzaju. Na szyi miał różową obróżkę i chyba zlał się do kartonu. Gdy mnie zobaczył zaczął szybciej machać puchatym ogonem i wydawać w chuj irytujące dźwięki w postaci przeszywającego uszy szczekania i skamlenia.
Popatrzyłam po wszystkich. Nikki miał minę jakby nie wiedział czy pogłaskać szczeniaczka, czy wywalić go w pizdu.
- Ja po nim sprzątać nie będę - oznajmił od razu.
- Podoba ci się? - zapytała Pati z promiennym uśmiechem na gębie.
Miałam ochotę udusić tą kobietę i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie fakt, że była moją najlepszą, no dobra, jedyną przyjaciółką, a w okół było za dużo świadków.
- I co ja mam z nim niby zrobić? - podniosłam psa na ręce i przyjrzałam mu się bliżej.
- Skąd ty go w ogóle wytrzasnęłaś? - podrapał się po głowie Steven.
- No przecież sam mówiłeś, że miałam załatwić prezent dla naszej kochanej kurewki, no to załatwiłam - Pati absolutnie nie widziała nic dziwnego w kupowaniu w prezencie psa komuś kto nie ma nawet stałego adresu zamieszkania.
- Chodziło mi bardziej o jakąś kieckę, buty, złote dildo, cokolwiek! Ale, że psa? - Tyler wyraźnie nie miał pojęcia jakim cudem ten "genialny" pomysł wpadł jej do głowy.
- Każdy lubi pieski - stwierdziła Pati.
- Nie każdy - podkreśliłam.
- Może go ugotujemy i zjemy czy coś - zaproponował Ozzy, którego nie wiedzieć czemu ta sytuacja bawiła.
Piesek groźnie szczeknął.
- Dobra, wyluzuj kolego, tylko żartowałem - Osbourne podniósł ręce w geście obrony.
- Jest całkiem słodki - stwierdziła piskliwym tonem jedna z nowych groupies Vince'a.
- Jak ci się tak podoba to go weź - podałam jej pudla z wymuszonym uśmiechem.
- Awww - rozczuliła się tamta - Vincei, zobacz jaki śliczny! - zachwycała się - a jaki ma mądry pyszczek! A jakie ciudne łapki! Ktio jest ślicznim pieskiem, nio kto? - tarmosiła psa, mówiąc przy tym jak niedorozwój.
Neil zrobił minę jakby właśnie podjął decyzję o pozbyciu się tej jakże irytującej niewiasty na następnym postoju.
Gdy pudel, nazwany przez dziwkę Vince'a Skarbusiem, zasnął, a następne butelki whisky znikały w zastraszającym tempie, niezręczna atmosfera wywołana niefortunnym prezentem Pati odeszła w zapomnienie.
Wyczailiśmy stojącą w koncie szafę grającą. Nikki wstał by wybrać jakiś kawałek.
- Kurwa! - usłyszeliśmy z drugiego końca lokalu - mają tu tylko jebanego Franka Sinatrę!
Wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem. Nikki wrócił zrezygnowany i walnął się ciężko na krzesło.
- Sam coś zaśpiewaj - poklepałam go po policzku.
- Wszyscy zaśpiewajmy! - zawołał rozentuzjazmowany Steven, podrywając się z miejsca.

Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści
Wtedy słucha się najlepiej
Morskich opowieści

- zaczął, wymachując flaszką Daniels'a, rozlewając przy okazji część jej zawartości.

Hej, ho kolejkę nalej
Hej, ho kielichy wznieśmy
To zrobi doskonale
morskim opowieścią

- dołączyliśmy się wszyscy.

Pływał raz marynarz, który
Żywił się wyłącznie wódką
Dawał wódkę małolatom
No i prostytutkom

Pływał z nami raz szantymen
Śpiewał bardzo niskim basem
W rękach zawsze miał gitarę
Ster trzymał kutasem

- kontynuowaliśmy, obejmując się za ramiona i zalewając łzami ze śmiechu.

Pij bracie, pij na zdrowie
Jutro ci się humor przyda
Spirytus ci nie zaszkodzi
Idzie sztorm - wyrzygasz!

Kilku motocyklistów siedzących przy sąsiednim stoliku, po dłuższej chwili przyglądania się, postanowiło bawić się z nami.
- Co to za okazja? - zapytał jeden z nich, odwracając jedno z krzeseł i siadając na nim okrakiem.
- Ta tutaj ma urodziny - oznajmił Tommy, wskazując na mnie, wciąż kołysząc się w rytm śpiewanej przez resztę przyśpiewki.
- No to wszystkiego najlepszego, mała! - huknął drugi harleyowiec, szczerząc pożółkłe zęby - ej, barman! - zawołał donośnie - kolejka dla wszystkich na nasz koszt! - obwieścił, za co otrzymał donośne wiwaty i oklaski, po czym wszyscy razem  zaintonowaliśmy:

Hej, ho kolejkę nalej
Hej, ho kielichy wznieśmy
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!





LOTTI

26 czerwca 1986 r.
Campanile Hotel
Zwolle, Holandia
Ten dzień zaczął się zwyczajnie, jak każdy inny. Wstałam koło ósmej. Viki oczywiście jeszcze smacznie spała, kręcąc się w pościeli i mamrocząc coś przez sen. Wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam zrobić sobie kawę i płatki z mlekiem. Gdy wróciłam Viktoria siedziała skrzyżnie w swojej pidżamie z Sailor Moon, oglądając MTV i jadła burgera, kupionego wczoraj podczas postoju w McDonaldzie. Powitałam ją szerokim uśmiechem, który mimowolnie malował mi się na twarzy.
- O, hejka - przywitała się Viki - a już się zastanawiałam gdzie cię wcięło.
- Byłam zrobić śniadanie - wyjaśniłam, wciąż się uśmiechając.
- Mhm - pokiwała głową dziewczyna, przeżuwając hamburgera, po czym oderwała na chwilę wzrok od teledysku Britny Fox i przyjrzała mi się lepiej - a co ty taka wesoła od rana? - zapytała podejrzliwie.
- A wiesz, nic specjalnego - machnęłam ręką - po prostu mam dziś urodziny i ...
- Masz dziś urodziny?! - powtórzyła Viki zaskoczona, plując przy okazji kawałkami mięsa - ale super! - zerwała się na równe nogi by mnie uściskać - wszystkiego najlepszego! - przytuliła mnie mocno.
- Macie pożyczyć suszarkę? - do pokoju weszła Ellen z mokrymi włosami, opadającymi jej na twarz - a co tu się dzieje? - spytała zdezorientowana, odgarniając do tyłu swą bujną czuprynę.
- Lotti ma urodziny! - oznajmiła Viki, odgrywając się ode mnie i sięgając do walizki w poszukiwaniu suszarki.
- Jak zamierzasz świętować? - zwróciła się do mnie Ellen, siadając na brzegu łóżka.
- Sama nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą.
Nie miałam jakichś konkretnych planów na ten dzień. Urodziny zawsze sprawiały mi masę radości. Jak byłam mała co roku chodziłyśmy z ciocią na lody do pobliskiej kawiarni. Ciotka mimo braku pieniędzy zawsze starała się zrobić mi jakiś drobny prezent. Zwykle było to coś praktycznego, jak przybory szkolne na przyszły rok, czy ciepły sweter na zimę, bo latem były na nie spore przeceny, ale pewnego razu zrobiła mi najlepszy prezent w życiu. To były moje dwunaste urodziny. Miłość do coraz cięższej muzyki powoli się we mnie budziła. Brytyjski zespół UFO właśnie wydał swój trzeci album "Phenomenon". Ciocia doskonale wiedziała jak bardzo zależy mi na tej płycie, mimo, że ani razu nie wspominałam jej o tym. Wiedziałam, że płyty kosztują, a my powinnyśmy oszczędzać każdy cent, zamiast wydawać kasę na zachcianki. Tym większe było moje zaskoczenie i nieopisana radość, gdy tego dnia ciotka wręczyła mi płaski kwadrat owinięty kolorowym papierem. Z błyszczącymi oczyma rozerwałam powoli papier i ujrzałam wymarzonego winyla. Pamiętam doskonale, jak długo dziękowałam za tak cudowny podarunek i wręcz płakałam ze szczęścia.
- Może w takim razie wyskoczymy gdzieś wieczorem na piwo? - rzuciła Ellen, spoglądając to na mnie to na Viki.
- Jasne, z wielką chęcią - przystałam na jej propozycję.
- No chyba, że Kirk zaplanował dla ciebie coś innego - Viktoria znacząco poruszyła brwiami, a moją twarz zalał ogromny rumieniec.
- Dajcie spokój - zaczęłam - to wcale nie tak, on na bank nie wie, ze to dziś, bo z resztą skąd miałby wiedzieć... - próbowałam przemówić im do rozsądku, ale czerwone policzki i nie schodzący z twarzy uśmiech uniemożliwiały mi to skutecznie.
- Kirk i Lotti, fiki miki, pojechali do Afryki, a w Afryce powiedzieli: słodszej pary nie widzieli - recytowały dziewczyny, rechocząc przy tym jak opętane.
Pewnie trwałoby to znacznie dłużej, gdyby nie fakt, że trzeba było się ogarnąć i jechać do hali koncertowej, a po drodze wstąpić jeszcze do jakiegoś sklepu bo Viki skończył się lakier i zapas gumek do włosów.
Ellen zabrała suszarkę i wróciła do siebie, a my, no dobra ja, posprzątałam po śniadaniu i spakowałam potrzebne mi na dzisiaj rzeczy w mały, poręczny plecak.

Zakluczałyśmy właśnie pokój, gdy ni stąd ni zowąd pojawił się Lars.
- Lotti - zaczął siląc się na powagę, choć cały czas uśmiechał się pod nosem - jest do ciebie sprawa - obwieścił, próbując się nie roześmiać.
Wymieniłyśmy z Viki zdziwione spojrzenia.
- O co chodzi? - zapytałam, nie wiedząc czego się mam spodziewać.
- Eee, McLeish cię szuka - odpowiedział Ulrich, próbując ukradkiem przekazać coś Viki ruchem głowy.
- McLeish?! - powtórzyła tamta zaskoczona.
Lars znów spróbował dać jej jakiś znak, myśląc że tego nie widzę.
- Aaa - zreflektowała się DaSilva - to może ja sama pójdę na te zakupy i spotkamy się w hali, ok? - zwróciła się do mnie.
- Jak wolisz - odparłam.
- To ja pójdę z tobą - zaoferował jej Lars - albo chociaż odprowadzę cię do wyjścia.
- Dobra - uśmiechnęła się dziewczyna.
-  Kir...eee, to znaczy McLeish czeka w zachodnim skrzydle  - rzucił jeszcze Ulrich na odchodne i ruszył w towarzystwie Viki w stronę windy, a ja upewniłam się, że zamknęłam pokój i poszłam na wskazane przez Lars'a miejsce.

Nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona na spotkanie z szefem. Z doświadczenia wiedziałam, że skończy się to albo opieprzem, albo nawet wywaleniem z pracy. Może McLeish dowiedział się jakoś co zaszło między mną, a Kirk'iem i chciał mnie dyscyplinarnie zwolnić? Co ja bym wtedy zrobiła? Nawet gdybym znalazła szybko inną pracę, to przecież nie miałam domu, byłam w kompletnie obcym kraju, nie znałam języka... MATKO NAJŚWIĘTSZA, BYŁAM W TOTALNEJ DUPIE!
Doszłam na miejsce z walącym sercem. Dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego w urodziny? Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przed siebie.
- Kirk?! - potrząsnęłam zdziwiona głową i zaczęłam rozglądać się w koło.
Jeszcze nie dotarło do mnie co tu jest grane, mimo, że było to niemal oczywiste.
Hammett stał na końcu korytarza, trzymając w reku lukrowaną babeczkę z jedną świeczka na czubku i pęk kolorowych balonów.
- Niespodzianka! - zawołał, uśmiechając się promiennie.
Zaśmiałam się głośno, bo właśnie dotarło do mnie jak bardzo dałam się nabrać.
- Boże, Kirk... - zaczęłam, patrząc mu w oczy.
- Zdmuchnij świeczkę - wręczył mi babeczkę, uśmiechając się jeszcze szerzej i jeszcze piękniej.
Zamknęłam oczy i bez chwili namysłu zdmuchnęłam płomień. Doskonale wiedziałam czego sobie życzyć.
- Mam coś dla ciebie - powiedział po chwili, wyjmując z kieszeni dżinsowej kamizelki małe pudełeczko przewiązane błękitną wstążką.
Ręce mu drżały gdy je otwierał.
- Odwróć się - poprosił.
- Ok - zgodziłam się, obracając się do niego plecami.
Kirk odgarnął mi włosy i zapiął coś wokół mojej szyi.
Na srebrnym łańcuszku zawieszony był mały wisiorek w kształcie kostki gitarowej. Z przodu wygrawerowany miał logo Metallicy, a z tyłu ozdobny napis "Lotti + Kirk" otoczony sercem.
- Ty jesteś niemożliwy! - pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Podoba ci się? - spytał, chociaż dobrze znał odpowiedź.
- Jest prześliczny! - zawołałam, uważnie oglądając naszyjnik - dziękuję! - przytuliłam chłopaka mocno, a on odwzajemnił uścisk, całując mnie w czoło.
- To jeszcze nie wszystko - zapewnił brunet, po czym chwycił mnie za rękę.
- Żartujesz!
- Nie - zaprzeczył - a teraz zamknij oczy.
Posłuchałam go i przymknęłam powieki. Kirk przewiązał mi oczy bandaną i zaczął gdzieś prowadzić.
- Ale nie porywasz mnie, co nie? - upewniłam się, chichocząc.
- Nie, nie, tylko wytnę ci kilka organów i puszczę wolno - zażartował, mam nadzieję, Hammett.
Szliśmy chwilę, aż w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś. Usłyszałam dźwięk otwierania zamka w drzwiach, po czym Kirk wprowadził mnie do środka.
- Możesz już patrzeć! - powiedział zadowolonym z siebie tonem.
Zsunęłam z oczu bandanę i... no kurde, zamurowało mnie!
Na obsypanym płatkami róż wielkim łóżku leżał czarny, skórzany futerał.
- Kirk, ciebie serio pogięło! - wydusiłam z siebie.
- No już, otwórz - ponaglił, racząc mnie swym ciepłym głosem i uroczym śmiechem.
No to otworzyłam. W środku, jak zdążyłam się domyślić leżała piękna elektryczna gitara, ale nie byle jaka.To była dokładnie ta, którą podziwiałam przez szybę w Paryżu!
- Boże, ale jak? Skąd? Kiedy? - nie mogłam w to wszystko uwierzyć.
- Mam swoje sposoby - pochwalił się Hammett.
- Skąd w ogóle wiedziałeś, że mam urodziny? - zadałam kolejne pytanie.
- Ptaszki wyćwierkały - puścił do mnie oczko - no dobra, poszperałem w danych personelu - wyznał, pesząc się lekko - to co, przetestujemy to cudeńko? - klasnął w dłonie i sięgnął po swoją gitarę i wzmacniacz.
Delikatnie wyciągnęłam błyszczący, pachnący nowością instrument z pokrowca, podłączyłam go do Marshalla i przejechałam palcami po strunach, po czym zagrałam kilka losowych akordów. Gdy już nieco oswoiłam się z gitarą, postanowiłam spróbować swoich sił w solówce do "Paranoid' Sabbath'ów.
Kirk dołączył się do mnie i tak razem sobie brzdąkaliśmy, podśpiewując przy okazji. Zagraliśmy jeszcze kilka kawałków Judas Priest, coś Scorpions'ów i oczywiście Led Zeppelin. W między czasie coraz bardziej przybliżaliśmy się do siebie, aż w końcu, sama nie wiem kiedy, wylądowaliśmy na sobie nadzy i spoceni, połączeni w długim, namiętnym pocałunku.
To zdecydowanie były moje najlepsze urodziny w życiu, których z całą pewnością nigdy nie zapomnę!



wtorek, 31 marca 2020

Route Diaries 19

LEXI

21 czerwca 1986 r.
Rodeway Inn, Indianapolis
Śniadanie. Jedna z najmniej istotnych pór dnia. I tak nikt go nie jadł, wszyscy byliśmy zbyt skacowani i zamiast jeść chciało nam się wymiotować.
- Zaraz się zrzygam - mruknął Nikki z niewyraźną miną, łapiąc się oburącz za brzuch.
- To idź do kibla - rzuciłam ze znudzeniem mieszając łyżeczką czarną kawę.
Nie wiem z czego to wynikało, ale w hotelowych bufetach kawa zawsze smakowała jak gówno i ledwie dało się ją pić.
- Za późno! - jęknął Sixx, a jego na ogół blada twarz przybrała zielonkawy kolor.
- Co? NIE! - próbowałam odsunąć go od stołu, ale nie zdążyłam.
Ani się obejrzałam, a zwymiotował prosto na swoją jajecznicę i przy okazji na moją spódnicę.
- Oooohh, Nikki! - westchnęłam ciężko, wycierając się serwetką.
- Sorry - wymamrotał chłopak, opadając na krzesło i spuszczając głowę.
Cisnęłam w niego tylko zmiętą serwetką i spiorunowałam wzrokiem jedną z dziwek Vince'a, która najwyraźniej uznała całe to zdarzenie za niezwykle zabawne i zaczęła rechotać jak głupia.
- O, hejka! - do stołówki wszedł Tommy.
Był dziwnie wesoły od rana. Może właśnie odkrył, ze nie złapał rzeżączki? Chuj go tam wie.
- Co tam? - zagaił, przysiadając się do nas i próbując wyczytać coś z naszych wybitnie tępych min.
Rzucił okiem na talerz Nikki'ego.
- O, nie będziesz tego jadł? - spytał i nie czekając na odpowiedź dobrał się do talerza Sixx'a.
Spojrzałam na Vince'a i Mick'a, którzy podobnie jak ja zamarli z obrzydzenia. Tommy wygrał chyba wszystkie konkursy ohydy we wszechświecie! Nikki zwymiotował drugi raz.




Jeśli jest na świecie jakaś rzecz pewniejsza niż to, że wszyscy kiedyś zdechniemy to to, że tam gdzie jest Steven Tyler prędzej czy później musi pojawić się i Pati. Moja kochana, zdzirowata Pati. Oh, ona to dopiero znała potrzeby facetów! Potrafiła włożyć sobie w cipkę całą butelkę taniego wina, byle by tylko im zaimponować. Do granic możliwości ubóstwiała Tylera, jak i całe Aerosmith. Gdyby mogła cofnąć czas sprawiłaby, żeby to kutas Steven'a przerwał jej błonę dziewiczą. A przynajmniej tak mi się kiedyś zwierzyła, gdy jeszcze razem klepałyśmy biedę na ulicach Hollywood.
Teraz moja droga przyjaciółka wiodła iście królewskie życie u boku najzdolniejszych i przy okazji najseksowniejszych muzyków tej epoki.
- Lexi! Szmato najukochańsza! - rzuciła mi się na szyję, kiedy spotkałyśmy się w hotelowym lobby - nie widziałam cię od czasu trójkącika z Vince'm! Pochwal się ladacznico, kogo teraz ruchasz? - spytała uradowana, całując mnie na przywitanie.
- Wszystko co się da! - oznajmiłam tym samym nadmiernie podekscytowanym tonem co ona, odwzajemniając pocałunek.
- Moja dziewczynka! Tak trzymać - klasnęła w ręce Pati, klepiąc mnie po chwili w tyłek.
- A ty co? Ledwie zwęszyłaś trop Tyler'a i już rzucasz wszystko i biegniesz do niego z wywalonym jęzorem? - mruknęłam, zapalając papierosa i podając paczkę Pati.
- Oj tam, oj tam! - machnęła ręką dziewczyna, częstując się Chesterfield'em - Great White skończyli trasę i wrócili do Kalifornii nagrywać nowy album. Co niby lepszego miałam do roboty? - wzruszyła chudymi ramionami i pociągnęła mnie w stronę windy, bo spocony kurdupel z recepcji wydzierał się, że tu nie można palić.
- Jasne, jasne, tłumacz się dalej - droczyłam się z nią w drodze do jednego z najlepszych i najdroższych apartamentów.
Uwielbiałam to robić.
- Taka mądra jesteś? - zaśmiała się dziewczyna, unosząc znacząco brew - to powiedz lepiej co cię jeszcze trzyma z Nikki'm Sixx'em?
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Skąd wiesz, że jestem akurat z Nikki'm? W końcu jest tu przecież cała masa facetów - powiedziałam wykonując zamaszysty ruch ręką.
- Ohh, błagam! Lexi, nie znam cię od wczoraj, dobrze wiem, że nigdy nie spotykasz się z jednym kolesiem dłużej niż trzy tygodnie, a tu proszę! Minął już ponad miesiąc, a ty wciąż prowadzasz się z tym samym zespołem, miedzy tobą i Vince'm nie zaiskrzyło, na Mick'a byś się nawet nie obejrzała, w grę wchodziłby ewentualnie lodzik po pijaku, ale to tyle, Tommy ma tę swoją aktoreczkę Heather, Ozzy' ego wiecznie pilnuje Sharon, no a Steven jest mój. Został tylko Nikki. Nie trzeba być mistrzem dedukcji, żeby domyśleć się, że jesteś tu właśnie dla niego.
Na twarzy Pati pojawił się dumny uśmiech. Pewnie czuła jak jej IQ skoczyło o jakieś trzysta procent. Gratulacje Sherlocku - pomyślałam. Nie chciałam jej jednak pokazać jak bardzo ma rację. Zamiast tego powiedziałam:
- Wielkie mi halo! Miesiąc, tydzień, rok... kogo to obchodzi?! - przewróciłam oczami.
- Poza tym wszystkie gazety o was piszą. Swoją drogą, chore akcje się tu u was dzieją, nie ma co - brunetka pokiwała głową z uznaniem.
- Cóż, z tobą będą pewnie jeszcze chorsze - odparłam, gasząc peta o jasno żółtą ścianę.
Pati w tym czasie zatrzymała się przed drzwiami na końcu korytarza, odszukała w torebce mały srebrny kluczyk i otworzyła je na oścież.
- I za to wypijmy! - klasnęła w dłonie, rzucając się na wielkie łoże z kotarami zawieszonymi po obu stronach.
Chwyciła za telefon leżący na niewielkim, gustownym i za pewne w chuj drogim stoliczku.
- Mam tu złotą kartę Steven'a, dał mi ją na zakupy - wyszczerzyła się, obracając w zgrabnych palcach kartę kredytową.
- Nieźle! - pochwaliłam - ile na niej jest? - spytałam z ciekawości.
- Jakieś 25 tysięcy! - zapiszczała Pati, zdejmując z nóg czarne szpilki i rzucając je w kąt pokoju, po czym wykręciła numer recepcji.
- 25 tysięcy?! - powtórzyłam, omal nie zachłysnąwszy się z wrażenia.
- Właśnie tak - zaświergotała dziewczyna, cholernie dumna z tego, że mi zaimponowała - kochana, dzisiaj będziemy imprezować jak królowe! - zapewniła, czule obejmując mnie ramieniem.
Chciała chyba coś jeszcze powiedzieć, ale akurat połączyła się z hotelową recepcją, więc zajęła się składaniem zamówienia.
- ...wszystko to na rachunek pana Tyler'a - zakończyła, odkładając słuchawkę na widełki i przytulając się do mnie mocniej.

LOTTI

22 czerwca 1986 r.
Paryż, Francja
- Omg! Omg! Omg! OMG! Idziesz na randkę z Kierk'iem Hammett'em! Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?! - Viki niemalże krzyczała na mnie z mieszaniną ekscytacji i złości.
Sama nie wiedziałam co jej odpowiedzieć. Szczerze mówiąc nie zamierzałam. Nie chciałam jej nic mówić. Nie żeby coś, uwielbiałam Viki i w ogóle, tylko po prostu nie rozumiałam niektórych jej zachowań. Jak chociażby tego, dlaczego wciąż spotykała się z McLeish'em, zwłaszcza, że w domu czekał na nią narzeczony. Nie miałam zamiaru jej osądzać ani nic, po prostu nie byłam w stanie tego ogarnąć i nie miałam pewności czy mogę jej w stu procentach ufać.
- W co zamierzasz się ubrać? - wyrwało mnie z zamyślenia kolejne pytanie Viki.
- Eeee, w sumie nie wiem - podrapałam się po głowie - jeszcze o tym nie myślałam - odparłam zgodnie z prawdą - poza tym to nie żadna randka tylko zwykłe przyjacielskie wyjście na koncert - zaznaczyłam.
- Jasne, jasne, a ja jestem Tina Turner - postukała się palcem w czoło - dziewczyno!  Jesteśmy, kurna, w Paryżu! Najbardziej romantycznym miejscu na ziemi! Nadal myślisz, że to nie jest randka?
- Bo nie jest - powiedziałam stanowczym tonem - bądźmy realistkami, to przecież Kirk Hammett! Miliony lasek się o niego zabijają i słusznie, bo jest świetnym facetem, ale ma mnie tylko za przyjaciółkę i nic więcej.
- Boże, Lotti! Bo zaraz nie wytrzymam! - złapała się za głowę Viki - ty jesteś ślepa czy co?! Przecież widzę jak on na ciebie patrzy.
- O nie! Nie cierpię tego tekstu! Co to w ogóle znaczy to całe "widzę jak na ciebie patrzy"? - przewróciłam oczami lekko zirytowana - no niby jak patrzy?
- Hi, hi, jak zakochany kundel!
Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem.
- No dobra, a teraz na poważnie - Viki klasnęła w dłonie - przemyślmy dokładnie w co się ubierzesz - przespacerowała się po pomieszczeniu, po czym podeszła do wieszaków i z miną ekspertki zaczęła przeglądać wiszące na nich ubrania.
Kazała mi przymierzać nieskończenie dużą ilość rzeczy, ale nie narzekałam, zdałam się na nią i jej gust. W końcu znała się przecież na tych sprawach. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na czarne, przylegające do ciała dżinsy, koszulkę z wizerunkiem, a jak by inaczej, King'a Diamond'a, którą Viki przerobiła tak, by miała większy dekolt i kilka dodatkowych ćwieków przy rękawach oraz czarne trampki. Viki nalegała bym włożyła szpilki, ale przypomniałam jej, że to przecież koncert i w płaskich butach będzie mi o wiele wygodniej. W dodatku nie przepadałam za chodzeniem na obcasach. Dopełnieniem całej stylizacji była ramoneska z frędzelkami, duże srebrne kolczyki w kształcie żyletek i delikatny makijaż.
- Wyglądasz prześlicznie - zachwycała się  Viki, prowadząc mnie do lustra - jak prawdziwa rock'n'roll'owa księżniczka! - dodała z entuzjazmem.
Kurcze, serio wyglądałam ślicznie, zupełnie jak nie ja! Viktoria odwaliła kawał niezłej roboty.
Na około pięć minut przed umówionym czasem spotkania przyszłam na parking przed hotelem. kirk już tam czekał. Ubrany był w podarte dżinsy i czarną koszulę. Wyglądał na prawdę dobrze. Uśmiechnął się na mój widok i przytulił na powitanie.
- Pięknie wyglądasz - powiedział, spoglądając na mnie zza przeciwsłonecznych okularów.
Zmieszałam się lekko, zresztą jak zawsze w jego towarzystwie.
- Dz - dzięki - odpowiedziałam, podwijając rękawy kurtki.
Kirk otworzył mi drzwi od taksówki, a sam załadował gitarę do bagażnika i usiadł obok mnie.
Na początku gadaliśmy o pierdołach, w stylu "co tam u ciebie?" albo "ładna dziś pogoda", ale szybko rozmowa przeszła na tematy King'a Diamond'a i jego najlepszych płyt oraz innych zespołów metalowych i tego kto zagrał najlepszego Drakulę w historii kina, aż w końcu dojechaliśmy na miejsce. Nawet nie spostrzegłam kiedy minęła nam droga.
Wysiedliśmy przed halą koncertową i weszliśmy do środka tylnym wejściem. Kirk wziął mnie za rękę, nie powiem, było to całkiem miłe, i poszliśmy w kierunku garderoby. Gdy weszliśmy reszta chłopaków już tam była i jak zwykle świetnie się bawili.
- Są i nasze gołąbeczki! - zawołał James na nasz widok, a reszta zaśmiała się - już myśleliśmy, że się nie pojawisz i chcieliśmy szukać nowego gitarzysty - zażartował - widać nasza Lotti jest ważniejsza od Diamond'a - o dziwo nie powiedział tego z wyrzutem, a raczej z pochwałą.
Pozostali wymienili porozumiewawcze spojrzenia i znów zachichotali.
- Dajcie spokój chłopaki - przewrócił oczami Hammett, uśmiechając się po nosem.
Wcale nie wyglądał na niezadowolonego ze słów kolegi.
Usiadłam na jednej ze stojących wzdłuż ściany ławek i ani się obejrzałam, a pojawiła się obok mnie Viki.
- I jak tam? - zapytała szczerząc się od ucha do ucha.
- Chyba dobrze - odparłam, wzruszając ramionami.
- Jak to chyba?! - zdziwiła się dziewczyna - no mów! Pocałował cię już? Włożył rękę pod stanik?
- VIKI! - upomniałam ją.
- No co? Tylko pytam - sięgnęła szybko do kieszeni dżinsowych szortów - masz, to się pewnie przyda później - wręczyła mi prezerwatywę z wizerunkiem Myszki Miki.
Za chuja nie wiem skąd ona ją wytrzasnęła.
- Pogięło cię?!
- No co?! Przecież trzeba się zabezpieczać. Wiesz jak mówią, lepiej dmuchać na zimne - trajkotała jak najęta.
- Błagam, mów trochę ciszej - poprosiłam ją grzecznie acz stanowczo.
Chłopaki byli przecież zaraz obok nas.
- Ale przecież nie ma się czego wstydzić - zapiszczała Viki - albo wiesz co, mam pomysł! - poderwała się z miejsca, chwyciła mnie za rękaw kurtki i pociągnęła w stronę chłopaków - słuchajcie, Metallica wychodzi na scenę dopiero pod koniec koncertu, co nie? Kirk, może zabierzesz Lotti na widownię żeby sobie pooglądała występ? Po co macie tu siedzieć z nami i się nudzić - zaproponowała, puszczając do mnie oczko.
- Świetny pomysł - zgodził się Kirk - Lotti, co ty na to? - zwrócił się do mnie.
- Bardzo chętnie - przytaknęłam, przygryzając lekko wargę.
Ruszyliśmy razem w kierunku wyjścia.
- A ty dokąd?! - Viki zatrzymała w progu Larsa, który z niewiadomych przyczyn poczłapał za nami.
- Nooo ten tego, ja też chciałem obejrzeć występ - odpowiedział Ulrich lekko zmieszany.
- Ahhh! Lars, ty nieromantyczny kartoflu! - przewróciła oczami dziewczyna - daj im odrobinę prywatności! - westchnęła, opierając się podbródkiem na ramieniu perkusisty i patrząc jak znikamy z Kirk'iem w marnie oświetlonym korytarzu.

Le Zénith,
Paryż, Francja
King Diamond zdecydowanie potrafił zrobić show i to przez duże S! Był jak mieszanka Alice Coopera z KISS, ale jego zespół grał o wiele ciężej, bardziej w stylu tradycyjnego europejskiego heavy metalu. Był po prostu boski! Albo raczej iście diabelski! I ta jego skala głosu! Nie mogłam wyjść z podziwu po tym jak w jednej chwili przechodził od piskliwego falsetu do ponurego, głębokiego barytonu.
Dopchaliśmy się z Kirk'iem gdzieś do trzeciego rzędu. Ludzie wokół wrzeszczeli, skakali, machali głowami, wskakiwali na scenę i rzucali się z niej w tłum, wiwatowali, skandowali teksty piosenek, laski piszczały, zdejmowały staniki, dwie nawet zemdlały. Totalne szaleństwo!
King, niczym prawdziwy władca piekieł albo satanistyczny kapłan, przechadzał się po scenie, śpiewając mroczne pieśni do mikrofonu zatkniętego na statywie ze skrzyżowanych kości i pijąc krew z ludzkiej czaszki. Gdy przyszedł czas na pojawienie się Metallicy Kirk wrócił na backstage, gdzie reszta chłopaków kończyła dopijać swoje tak zwane "szybkie piwko na odwagę". King zapowiedział swoich wyjątkowych gości, na widowni podniosły się okrzyki szalonej radości i chłopaki wyszli na scenę. Przecisnęłam się odrobinę bliżej barierek. Meta wykonała razem z zespołem Diamonda "No presents for Christmas", dość ironicznie, biorąc pod uwagę, ze był czerwiec, a do świąt zostało pół roku.
Gdy nastąpił moment solówki Hammett'a poczułam jak tłum dosłownie wgniata mnie w barierki, wszyscy pragnęli dostać się jak najbliżej sceny. Jeszcze bardziej przytłoczona poczułam się gdy Kirk posłał mi swój czarujący uśmiech, po czym podszedł do gitarzysty Diamond'a, powiedział mu coś wskazując ruchem głowy w moją stronę, a tamten rzucił do mnie jedną ze swoich kostek. To było bardzo miłe z jego strony, choć miałam wrażenie, że grupa dziewczyn stojących nieopodal zaraz rozszarpie mnie z zazdrości.
Po koncercie poczekałam aż większość ludzi opuści halę i udałam się za kulisy. Był tylko jeden problem - Kirk zapomniał zostawić mi przepustkę. Słodkie oczka i tłumaczenie, że przyszłam tu razem z gitarzystą Metallicy na nic się zdały w starciu z prawie dwumetrowym ochroniarzem. Na moje szczęście Hammett pojawił się w samą porę i grzecznie wyjaśnił gorylowi, że "koleżanka jest tu z nim".
- Lotti, wybacz, na śmierć zapomniałem o tej cholernej przepustce - tłumaczył się Kirk, szczerze zakłopotany - nie gniewasz się?
- Nie no, co ty - pocieszyłam go - to było nawet całkiem zabawne - zachichotałam.
Chłopak rozpromienił się.
- Skoro nie jesteś zła to chodź, przedstawię cię zespołowi - chwycił moją dłoń i zaprowadził do greenroom'u, gdzie imprezowali pozostali w towarzystwie kilku szczęśliwych fanów, groupies, przyjaciół i ludzi z ekipy technicznej.
Chwycił puszkę piwa z pierwszego stolika przy wejściu, na którym oprócz trunków i przekąsek leżały również pokaźne ilości głównie damskiej bielizny. Drugą podał mi i podeszliśmy do Lars'a, James'a, Cliff'a, Andy'ego LaRocque'a - gitarzysty King'a, no i samego Władcy Piekieł. wydawali się świetnie bawić, nic zresztą dziwnego, w końcu znali się już ładne parę lat. Zakumplowali się gdy Metallica nagrywała w Kopenhadze "Ride the Lightning" i ktoś ukradł im cały sprzęt. Poprosili wtedy King'a o pomoc, a ten użyczył zespołowi swój ekwipunek. Od tamtej pory zostali dobrymi przyjaciółmi.
Kiedy ja i Kirk dołączyliśmy do nich Lars akurat pajacował z Andym, zabierając mu piracką opaskę, którą LaRocque zwykł nosić na scenie i zakładając ją sobie na czoło, a po kilku drinkach także na tyłek, a King opowiadał o pikantnych szczegółach trasy z Girlschool.
Kim - bo tak w rzeczywistości na imię miał Diamond - prywatnie był kompletnie inny niż na scenie. bez upiornego make-up'u niczym nie przypominał już satanistycznego piewcy zagłady. Był niezwykle dowcipny i nieźle wygadany. Jak widać, nie taki diabeł straszny jak go malują. Wkurwiało nas tylko jak razem z Lars'em zaczynali nawijać coś po duńsku i śmiać się z czegoś, czego nikt oprócz nich za chuja nie rozumiał.
James odłączył się od nas szybko. Poznał  jakąś panienkę i postanowił pokazać jej garderobę. Rozejrzałam się za Viki, ale nigdzie jej tam nie było, pewnie zaszyła się gdzieś z McLeish'em.
Z biegiem czasu impreza coraz bardziej się rozkręcała. Nie wiadomo skąd pojawili się chłopcy z Saxon. Oczywiście przynieśli ze sobą jeszcze więcej alkoholu, prochów i chętnych panienek. Kilka z nich zaczęło się kleić do Kirk'a. Nie żebym była zazdrosna czy coś! Po prostu trochę dziwnie się patrzyło na półnagie tlenione blondyny obściskujące się z kolesiem, z którym akurat próbujesz prowadzić rozmowę.
Później większość ekipy przeniosła się do jakiegoś klubu, a ja zdecydowałam się wrócić do hotelu.
- Odprowadzę cię - zaproponował Hammett, przekazując nieźle zawianą blondi równie nawalonemu Peter'owi Byford'owi i zakładając kurtkę.


Avenue de Suffren
- Paryż nocą jest piękny! - westchnęłam rozmarzona, patrząc w gwiazdy.
- Nie tylko on - rzucił Hammett uwodzicielskim tonem, spoglądając mi w oczy - kurde, ale to było suche - dodał po chwili namysłu, wybuchając śmiechem.
Ja również nie mogłam powstrzymać rozbawienia.
Spacerowaliśmy już od ponad pół godziny. Na powrót się nie zanosiło. To niesamowite, ale znowu czułam się tak jak tego wieczoru w pralni. Mogłam znów swobodnie rozmawiać z Kirk'iem bez tego paskudne uczucia zażenowania. W końcu było tak jak zawsze powinno być - po prostu idealnie.
- Mogłabym tak spacerować w nieskończoność - zawołałam zachwycona, obracając się wokół własnej osi.
- Ja również - przyznał Kirk - w Paryżu zawsze jest zajebiście.
- Nigdy tu wcześniej nie byłam, ale jest cudownie - powiedziałam, podbiegając do witryny zamkniętego już sklepu muzycznego.
Mój wzrok przykuła lśniąca, pokryta srebrnym lakierem gitara elektryczna marki Ibanez.
- Wooaw! - wyrwało się z moich ust.
Stałam i gapiłam się na instrument z podziwem, oczami wyobraźni widząc jak gram na nim "Hey Joe" Hendrixa.
- Więc mówisz, że to twój pierwszy raz - głos kirk'a wyrwał mnie z błogiego zamyślenia.
- Yyy, co?
- W sensie w Paryżu - sprecyzował brunet.
- Aa, tak - przytaknęłam - szkoda, że już jutro trzeba się stad zwijać - mruknęłam - jeszcze tyle rzeczy chciałabym zobaczyć.
- W takim razie trzeba wykorzystać te plus - minus osiem godzin, które nam zostały jak najlepiej - zaczął Kirk energicznie, po czym wskazał na coś palcem - co powiesz na małą wycieczkę na wierzę Eiffla? - zaproponował z entuzjazmem.
- Ale przecież jest środek nocy, kasy biletowe są dawno zamknięte no i...
- Oj, no weź, coś się wymyśli - nie dał mi dokończyć - to jak? Piszesz się na to? No chyba, że pękasz...
- Ja? Nigdy - odparłam po chwili lekkiego zawahania, po czym klepnęłam go w ramię - kto ostatni ten pozer! - zawołałam, biegnąc co sił w nogach w kierunku pięknie rozświetlonego symbolu Paryża.
Dotarłam zdyszana na miejsce. Kirk dobiegł zaraz po mnie.
- Szybka jesteś - pochwalił, opierając ręce na kolanach i łapiąc oddech.
- Zawsze miałam piątkę z WF'u - zachichotałam, starając się wyrównać puls.
- Gotowa na wspinaczkę? - spytał Hammett po kilku minutach odpoczynku.
- Przecież jest zamknięte - wskazałam ruchem głowy na barierki i tabliczkę z napisem "CLOSED" - mówiłam ci.
- Nie wiem o czym mówisz - zażartował Kirk, dając dużego kroka ponad barierkami.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową, uśmiechając się pod nosem.
- Idziesz? - zapytał, podając mi rękę.
Chwyciłam jego dłoń i przeskoczyłam nad poręczą.
- Idziemy schodami czy jedziemy windą? - spytałam, patrząc w górę na niekończące się stopnie.
- Jasne, że idziemy - oznajmił chłopak, jakby to było oczywiste - z resztą windy już nie działają - dodał.
Ruszyliśmy więc, powoli pnąc się w górę. Na początku szliśmy obok siebie, później zaczęłam nieco zwalniać i Kirk wyprzedzał mnie o jakieś dwa - trzy schodki. Widząc to zatrzymał się i rzucił:
- Wskakuj.
- Że na ciebie? - zdziwiłam się.
- Dalej, zanim się rozmyślę - uśmiechnął się szczerzę, zginając lekko kolana i pochylając się do przodu.
- No dobra - zgodziłam się, ostrożnie gramoląc się na jego plecy - ale uprzedzam, jestem ciężka - zaznaczyłam.
- No co ty - podrzucił mnie nieco - jesteś lekka jak piórko - wyszczerzył się, pokazując rządek białych zębów.
Weszliśmy na pierwszy poziom. Na więcej nie mieliśmy siły.
- Odsapnij chwilę  - zasugerowałam Kirk'owi.
Zeszłam z niego i podeszłam na skraj tarasu widokowego. Było pięknie, ale to jeszcze nie to.
- Ruszamy dalej? - spytał Hammett po chwili.
- Yup - skinęłam głową.
Nie chciałam już więcej męczyć Kirk'a, więc najdłużej jak się dało szłam na własnych nogach. Nie będę kłamać, pod koniec już ledwo zipałam, ale dałam radę. I było cholernie warto!
- Jezu - zawołałam zachwycona oszałamiającym widokiem.
Z tej perspektywy Paryż wyglądał jak wielki atłasowy koc pokryty diamentami! Te światła, budynki, panorama miasta! Tego nie dało się opisać słowami!
- Podoba ci się? - zapytał retorycznie Hammett.
- Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś tak cudownego - wyszeptałam.
Kirk ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy. Nasze usta powoli zbliżyły się do siebie. Poczułam tak zwane motyle w brzuchu. Boże, co się właśnie działo?! Całowałam Kirk'a Hammett'a na szczycie wieży Eiffla! To było tak niewiarygodne i bajkowe, że aż nie mogłam uwierzyć, że dzieje się na prawdę! Ale się działo. I było wspaniałe.