poniedziałek, 18 lutego 2019

Route Diaries 1

LEXI

12 kwietnia 1986 r.
Sunset Strip, Los Angeles

Tony śmieci na ulicach. Obskurne alejki. Zatłoczone kluby. Ciemne zaułki, w których jakieś podejrzane typki gwałcą przypadkowo napotkane dziewczyny. Kolejny ćpun zdycha na chodniku jak pies. Kolejny małoletni kurwiszon oddaje się podstarzałemu biznesmenowi w zamian za kilka dolarów lub tandetny naszyjnik. Kolejny zespół gra kolejny koncert w kolejnym barze. Kolejne marzenia umierają. Kolejna zwykła noc na Sunset Strip.
Zmierzałam właśnie w kierunku Rainbow, ubrana w krótką skórzaną spódniczkę i top z logo Aerosmith. Mimo że była noc miałam na sobie moje ukochane okulary przeciwsłoneczne.
Grupka chłopaków zagwizdała na mój widok- nic nowego.
Jakiś samochód zatrzymał się obok mnie.
- Ej, piękna! Obciągniesz mi? - zawołał koleś opuszczając szybę w aucie.
- Tylko jeśli jesteś gwiazdą rocka i masz miliony na koncie - odpowiedziałam, cały czas idąc dalej i nie odwracając się w jego stronę. Następny frajer, który bierze mnie za łatwą dziwkę. Cóż, nie pomylił się bardzo.
Weszłam do klubu i przeciskając się przez tłum ludzi usiadłam przy barze.
- To co zawsze, proszę- zwróciłam się do barmana, zdejmując okulary i zapalając papierosa.
- Oczywiście, Lexi - uśmiechnął się tamten, podając mi whisky z colą.
- O, Boziu, Lexi! - zapiszczała jakaś dziewczyna, podbiegając do mnie z drugiego końca lokalu. Powinnam ją znać?! Pewnie to tylko kolejna zwykła fanka - naiwniaczka, która myśli, że przy odrobinie szczęścia i botoksu   może być taka jak ja. Z całego serca jej tego nie życzę.
Nazywałam się Alexandra Page, ale zmieniłam imię na Lexi. Sunset Strip było moim światem, a kluby takie jak Rainbow drugim domem, pierwszym nie licząc tanich moteli. Od pięciu lat żyłam na ulicach Hollywood. Wcześniej wychowywałam się w sierocińcu, ale kiedy skończyłam 15 lat zwiałam stamtąd, żeby skosztować prawdziwego życia. W wieku 17 lat wyjechałam do Los Angeles. To tutaj poznałam większość moich "przyjaciół". Zaczynałam jako prostytutka, ale ponieważ nie interesowali mnie łysiejący kolesie po 50-ce, żonaci, z trójką dzieci na karku, przerzuciłam się na muzyków. Zjechałam chyba całą Amerykę u boku największych gwiazd heavy metalu. Byłam w Europie, Australii, nawet w Azji. Przez te lata poznałam wszystkich liczących się w tym biznesie ludzi. Spałam z miliardem mężczyzn i władowałam w siebie hektolitry alkoholu, kwasu, hery, koki i całej masy podobnych gówien. Tu w L.A. uchodziłam za swoistą legendę.
Teraz szukałam kolejnej okazji, żeby załapać się na jakąś trasę. Takowa nadarzyła się akurat w jednej z obleśnych toalet Rainbow. Poszłam do niej,omijając bzykające się na podłodze parki, żeby wciągnąć sobie co nieco i poprawić makijaż. W środku jak zwykle był tłum dziewczyn. Stanęłam między nimi przed lustrem i wyciągnęłam z torebki kredkę do oczu.
- Cholera! - usłyszałam obok siebie głos jednej laski - masz może pożyczyć podkład, mój się skończył- zwróciła się do mnie.
- Jasne - odparłam podając jej kosmetyk - Boże! - wykrzyknęłam kiedy spojrzałam na "nią". Koło mnie stał Michael Monroe, wokalista Hanoi Rocks - fińskiego zespołu grającego mieszankę punk'a z glam rockiem.
- Ty chyba serio jesteś transwestytą!
- Coś ty - powiedział rozsmarowując podkład na twarzy - po prostu lubię tak wyglądać.
- Ale to jeszcze nie znaczy, że musisz chodzić do damskiego kibla.
- Zawsze chodzę do damskiego - przyznał się - w męskim bez przerwy dochodzi do bójek, bo wszyscy nazywają mnie pedziem, gdy widzą, że nakładam sobie makijaż - westchnął.
- Co ty w ogóle robisz w L.A.? - spytałam, zmieniając temat.
- Jesteśmy w trasie z Poison, dziś mamy wolne, a jutro gramy w Whisky, może wpadniesz?
- Może - wzruszyłam ramionami.
Wyszliśmy z toalety i poszliśmy do stolika, przy którym imprezowała reszta chłopaków z Hanoi. Dosiadłam się do nich. Przez resztę nocy szaleliśmy w Rainbow. Nieoczekiwanie miałam zajęcie na najbliższe kilka tygodni - jechałam w trasę z Hanoi Rocks.




LOTTI


12 kwietnia 1986 r.
Brooklyn, Nowy Jork

Wracałam właśnie z nocnej zmiany w szwalni. Byłam po prostu skonana, dosłownie padałam z nóg. Odkąd zmarła ciocia Willow wszystko było na mojej głowie.
Nowojorskie ulice o tej porze nie należały do najprzyjemniejszych i najbezpieczniejszych.
- Pani, poratuj dolarkiem - poprosił jakiś bezdomny siedzący przy śmietniku.
Zatrzymałam się i sięgnęłam do kieszeni podartych dżinsów.
- Mam tylko tyle - westchnęłam, podając mężczyźnie 50 centów i ruszyłam dalej.
Gdy byłam już na moim osiedlu, gdzieś w oddali usłyszałam strzały - normalka.
Wtoczyłam się na piąte piętro zniszczonego budynku do mojej ciasnej kawalerki, którą jeszcze do niedawna dzieliłam z ciotką i zaległam na kanapie.
Miałam 22 lata, nędzną pracę, obskurne mieszkanie i prawdopodobnie żadnej przyszłości.
Wychowywała mnie ciocia Willow, rodziców nie pamiętałam wcale, podobno zginęli w wypadku kiedy byłam bardzo mała. To ciotka opiekowała się mną, dbała o mnie i pozwalała u siebie mieszkać. Była cudowną kobietą o złotym sercu, niestety kilka miesięcy temu przegrała ciężką walkę z rakiem.
Teraz zostałam na świecie zupełnie sama. Nie lubiłam się nad sobą użalać, ale ciężko było mi znaleźć jakiekolwiek plusy. Kawalerka, w której rezydowałam była zadłużona, nie miałam z czego zapłacić czynszu, ledwie starczało mi na jedzenie. Jakby tego było mało groziła mi utrata pracy. W szwalni, w której harowałam na trzy zmiany przeprowadzali właśnie redukcję etatów. Byłam pewna, że wylecę, to tylko kwestia czasu. Szefowa nienawidziła mnie i tylko czekała aż popełnię jakiś choćby najmniejszy błąd.
Podniosłam się z kanapy i podeszłam do lodówki. Przeleciałam wzrokiem prawie puste półki. Nie miałam za dużego wyboru, więc zdecydowałam się na kawałek pizzy sprzed dwóch dni i odgrzałam go w mikrofali, po czym wróciłam na kanapę. Odpaliłam na walkmanie mój ulubiony album - "Reign in Blood" Slayer'a. Ledwie zdążyłam nadgryźć pizzę i wysłuchać pierwszych dwóch utworów, a już opanował mnie sen.




3 komentarze:

  1. Świetnie się zapowiada! Bardzo zaciekawiły mnie opisy dziewczyn. Wstęp był bardzo mocny, a przynajmniej tak go odczułam. Uwielbiam takie wyliczanie! Strzał w dziesiątkę, droga Lady Stardust!
    Dziewczyny faktycznie wydają się różne w absolutnie każdym aspekcie. Chciałabym w przyszłych rozdziałach zobaczyć jak rozwija się sytuacja. Mam cichą nadzieję, że odnajdą się, zaczną się uzupełniać i być dla siebie wsparciem, bo chyba obie bardzo tego potrzebują (nawet jeśli Lexi twierdz inaczej :D ).

    Nie przestawaj pisać, bo masz do tego smykałkę. Pierwszy rozdział w bardzo dobrym stylu. Tak trzymaj!

    Pozdrawiam gorąco i zabieram się za kolejne rozdziały!

    Lots of love
    Reverie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz:-) to serio dużo dla mnie znaczy:-) cieszę się, że rozdział Ci się spodobał. Co do dziewczyn to bardzo starałam się aby ich charaktery były całkowicie różne:-) nie mogę na razie za dużo zdradzić, ale zarówno w życiu Lotti jak i Lexi jeszcze sporo się wydarzy:-)
      Pozdrawiam
      Lady Stardust :-*

      Usuń
  2. Nigdy jeszcze nie czytałam takiego fanficka, super potrafisz opisywać i wczuwać się w klimat tamtych czasów, które od zawsze mnie ciekawiły. Nie wiem czy dam radę przeczytać całość, bo strasznie bolą mnie oczy od białej czcionki na czarnym tle, ale postaram się:)

    OdpowiedzUsuń