LOTTI
14 czerwca 1986 r.Mayfair Ballroom
Newcastel, Anglia
Praca dla Metallicy u boku Motörhead była najlepszym co mnie w życiu spotkało! Choć pan McLeish dokładał wszelkich starań i robił wszystko, co w jego mocy by zniszczyć przyjacielską i luźną atmosferę w ekipie. Wyznawał jakąś dziwną filozofię, według której przyjaźń czy koleżeństwo między zespołem a personelem była surowo zakazana. Był to spory cios dla nas wszystkich, biorąc pod uwagę, że do tej pory byliśmy dla siebie jak jedna wielka metalowa rodzina. Dobrze, że nie dowiedział się o naszej wizycie u Lemmy'ego, wtedy to by się dopiero wściekł.
Viki najbardziej przeżywała to, że nie mogła już chodzić z Metą na imprezy. McLeish zabronił nam nawet podróżowania z nimi. Musiałyśmy gnieździć się w furgonetce z resztą ekipy technicznej. 20 osób w max 10-cio osobowym pojeździe plus sprzęt. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem się tam mieściliśmy.
Kilka osób nie wytrzymało nowego rygoru i wróciło do domów lub przeszło do innych zespołów. Szczerze powiedziawszy, my z Viki również rozważałyśmy przez chwilę taką opcję, zwłaszcza ze względu na to, że nie było już z nami Lorri. Jednak szybko zrezygnowałyśmy z tego pomysłu. Zespół to zespół. Nie mogłyśmy opuścić chłopaków, tylko dlatego, że zrobiło się ciężej. W dodatku Europa była cudowna! A za kulisami po koncertach co wieczór odwiedzało nas tylu wspaniałych gości!
Dzisiaj przekładając stosy ubrań zastanawiałam się do kogo mogą należeć nabijane ćwiekami skórzane gacie. Co jak co, ale na pewno nie do chłopaków z Mety. Zagadka rozwiązała się, gdy z korytarza dobiegł mnie niski, ochrypły głos, krzyczący niczym w piosence "Bloodlust":
- MANTAS!
O mamusiu, czyżby to...
- Conrad, ogarnij się i nie drzyj ryja, już idę! - odpowiedział mu drugi, wyraźnie rozbawiony głos.
Tak, to byli Conrad Lant i Jeffrey Dunn, bądź jak kto woli, Cronos i Mantas z Venom - jednego z najzajebistrzycyh zespołów na planecie! W domu miałam ich plakat zawieszony nad łóżkiem i wszystkie albumy! Tylko co oni tu robili? A no tak, przypomniałam sobie, przecież Venom byli dzisiaj dodatkowym supportem. Grali przed Metallicą, podczas gdy Meta otwierała przed Motörhead.
Moje emocje sięgnęły zenitu, gdy usłyszałam szarpnięcie za klamkę.
- O rajuśku, idą tu! - podekscytowałam się, niczym nastolatka.
Niestety, niepotrzebnie.
- Charlot! Pośpiesz się! Zespół musi wyjść na scenę za 25 minut! - odezwał się surowo mój szef - jazda na backstage!
- Oczywiście - odparłam nieco rozczarowana.
Zdobywszy się jednak na odrobinę odwagi, spytałam naiwnie już prawie znikającego za drzwiami mężczyznę:
- A czy jest szansa, że chłopaki z Venom też tam będą?
McLeish odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie z wyraźną dezaprobatą.
- A co cię, do cholery, obchodzą chłopaki z Venom?! Pracujesz dla Metallicy, nie pamiętasz?! - ryknął oburzony moim pytaniem i wyszedł.
Westchnęłam ciężko, szybko dokończyłam segregowanie ubrań i pobiegłam na backstage przygotować do końca Metę do występu.
LEXI
15 czerwca 1986 r.Providence, Rhode Island
- Możemy już wracać?! - westchnęłam zrezygnowana po prawie godzinie łażenia po mieście bez celu.
Ozzy zupełnie zignorował moje pytanie.
- Mieliśmy być w autobusie już 20 minut temu - rzuciłam, spoglądając na nadgarstek, choć nie miałam na nim zegarka.
- Dobra - przewrócił oczami Ozzy - daj m i chwilę, tylko się odleję - oznajmił i zniknął za rogiem.
Oparłam się plecami o ścianę jakiegoś budynku i cierpliwie czekałam, aż mój towarzysz skończy.
- No, wreszcie - ucieszyłam się, widząc, że wraca.
Sądząc po jego minie i czasie nieobecności, mogłam iść o zakład, że oprócz załatwienia potrzeby fizjologicznej zdążył jeszcze załadować sobie działkę hery, bądź niuchnąć nieco koksu.
- Idziemy? -zapytałam, patrząc jak drżącymi rękami zapina rozporek spodni.
- Aha - mruknął tempo w odpowiedzi Osbourne, po czym oboje ruszyliśmy w kierunku pozostawionego przez nas autobusu.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy ostro spóźnieni i że manager Ozzy'ego solidnie nas opieprzy. nie podejrzewaliśmy jednak, że stanie się to, co za chwilę miało się stać. Byliśmy może z 20 - 30 metrów od parkingu, kiedy Ozzy krzyknął:
- Kurwa mać, odjeżdżają bez nas!
Myślałam, że sobie żartuje. Zdążyłam tylko spojrzeć w stronę jezdni, po czym Osbourne chwycił mnie mocno za rękę i pociągnął w prost na ulicę.
Pędził jak szalony, w ogóle nie zwracając uwagi na moje protesty i krzyki w stylu "Zatrzymaj się ty pojebany pojebie!", czy "Zaraz wpadniemy pod samochód!". W okół było słychać tylko trąbienie klaksonów i wrzaski kierowców, wyraźnie niezadowolonych z obecności dwóch zjebów biegnących środkiem jezdni.
- OZZY! Na miłość boską, STÓJ! - darłam się przerażona, kiedy kolejne auto śmignęło dosłownie kilka centymetrów przed nami.
Osbourne w końcu się zatrzymał, kiedy zdał sobie sprawę, że z pościgu nici i i tak nie dogonimy autobusu. Ostatnie co zobaczyliśmy zanim srebrny pojazd zupełnie zniknął nam z oczu, to chłopaków z Mötley Crüe pokazujących nam środkowe palce i bladą jak śnieg dupę Nikki'ego wystawioną przez tylną szybę. Zeszliśmy z ulicy i zrezygnowani przysiedliśmy na krawężniku.
- Jebane skurwiele - syknął Ozzy, szukając w kieszeni długiego płaszcza fajek.
- I co my teraz zrobimy? - zapytałam, licząc na to, że Osbourne ma jakiś pomysł albo coś wymyśli.
- Nie martw się, wrócą po nas - zapewnił mnie, częstując papierosem - przecież... nie zagrają koncertu beze mnie, prawda?
- Obyś miał rację - mruknęłam, zapalając fajkę, co znacznie utrudnił mi fakt, że zaczęło padać.
- Wrócą, zobaczysz... - powtórzył Ozzy, tym razem z mniejszym przekonaniem.
Nie wrócili. Przekonaliśmy się o tym po prawie trzech godzinach siedzenia na deszczu, gdy zaczęło robić się ciemno, a dupy niemal przyrosły nam do chodnika. W trakcie tych trzech godzin zdążyłam zmarznąć, zmoknąć i zgłodnieć tak potwornie, że toczyłam walkę z myślami czy nie zjeść leżących w pobliżu na ziemi resztek kebaba, albo przynajmniej ugryźć kawałka Ozzy'ego!
- Pierdolę! - stwierdził w końcu Osbourne, zrywając się na równe nogi - idziemy poszukać jakieś knajpy - oznajmił.
Jeśli chodzi znajdywanie brudnych, zapyziałych spelun, to Ozzy miał chyba jakiś szósty zmysł. Toteż bez problemu znalazł najbardziej obskurną dziurę w całej okolicy.
Weszliśmy do środka sypiącego się budynku, który w środku wcale nie wyglądał lepiej, usiedliśmy przy barze, a wielki jak góra wytatuowany dryblas podał nam piwo.
Ledwie zdążyłam zamoczyć usta w swoim kuflu, a poczułam, że ktoś klepie mnie bezczelnie w tyłek. Odwróciłam się gwałtownie z zamiarem opieprzenia chuja, który sobie na to pozwolił.
- Steven?! - rozdziawiłam ze zdziwienia usta.
Przede mną stał mój stary druh i kompan w całonocnych wypadach na miasto, mistrz podrywu, władca szalików Steven Tyler.
- Lexi! Wszędzie poznam te dwie okrągłe bułeczki! - uściskał mnie Steven, ponownie kładąc łapska na moje pośladki.
Pachniał wódką i kadzidełkami - idealna mieszaka amerykańskiego rockmana z buddyjskim mnichem.
- Ozzy! - zawołał, zauważywszy swojego kolegę po fachu - mój rockandrollo'owy bracie! Co wy tu, do kurwy nędzy, robicie? - zapytał, zerkając to na mnie to na Osbourne'a.
- Pijemy - odparł Ozzy, zamawiając dla Steven'a kufel piwa.
Tyler usiadł na krześle obok mnie skąd miał przy okazji idealny widok na pucującą kufle piegowatą barmankę. Przesłał jej całusa, a tamta zalotnie puściła mu oczko.
- A ty? - wyrwałam go brutalnie z miłosnych uniesień.
- Co ja? - spytał zmieszany Steven, wciąż zerkając na dziewczynę za ladą.
- Co ty tu robisz? - uzupełniłam pytanie, łapiąc delikatnie za jeden z jego szalików i obracając jego głowę w moją stronę.
- A wiesz, mamy jutro koncert w Bostonie, właśnie tam jedziemy, tylko zrobiliśmy sobie krótki postój - odpowiedział Steven, szczerząc się wciąż do młodej barmanki, zapewne w myślach zdejmował jej już gacie.
- Zajebiście się składa, ja gram tam koncert dzisiaj - oznajmił Osbourne z uśmiechem.
Byłam w szoku, że wciąż o nim pamiętał, w końcu za zwyczaj nie miał nawet pojęcia na jakiej planecie się znajduje, a tu proszę - zapamiętał nawet miejsce!
- Serio? A o której? - Tyler spojrzał na jeden z kilku zegarków zawieszonych na jego chudym nadgarstku.
- A którą mamy? - spytał Ozzy, patrząc na niego swoim tępym wzrokiem.
- Kwadrans po dwudziestej.
- No to za 45 minut - rzucił Osbourne, kończąc piwo i prosząc o następne.
- To co wy tu jeszcze robicie? - podrapał się po głowie Steven.
Chyba myślał, ze robimy sobie z niego jaja.
- To długa historia - stwierdziłam, przeklinając w myślach Nikki'ego i spółkę - ale najistotniejsze jest teraz to, że nie mamy podwózki - spojrzałam znacząco na Tyler'a, starając się zrobić słodką minkę.
- Ej, no to trzeba było tak od razu mówić - uśmiechnął się, pokazując rządek białych zębów - chodźcie, nie mamy za wiele czasu - wstał energicznie, rzucił na ladę stu dolarowy banknot, posłał barmance jeszcze jeden uśmiech, zaznaczając, że reszty nie trzeba i zrobił rundkę po lokalu, zbierając swoich kolegów z zespołu -dalej chłopaki, mamy misję do wykonania! - zawołał głosem kreskówkowego bohatera.
Spojrzeliśmy na siebie z Ozzy'm.
- No to wygląda na to, że jednak zdążę na koncert - ucieszył się Osbourne.
- Tak, a zaraz potem ja uduszę twój support - mruknęłam, już myśląc o tym jak zemszczę się na Mötley Crüe za to jak nas wystawili.


Kochana Lady Stardust!
OdpowiedzUsuńZarąbiście lekko się czytało ten rozdział, minuta i go pochłonęłam!
Czy znasz kogoś kto ma takie powiedzenie "o rajuśku"? Tak jakoś tutaj wyczuwam inspirację innym człowiekiem :D Strasznie słodko to zabrzmiało <3
Lotti jest urocza, tak sobie pomyślałam, że Lexi na jej miejscu to by taką urządziła wojnę, że ten szef sam by się zwolnił. Ale Lotti widać zdecydowała się przyjąć bardziej pokojową taktykę.
Bardzo zabiegana ta nasza bohaterka, faktycznie ma dużo na głowie. Coraz więcej obowiązków i coraz mniej przyjemności. Dobrze, że się nie poddaje. Niezbyt fajny ten szef, szkoda, że niszczy metalową rodzinkę. Bardzo smutne.
Venom - przyznaję, poszerzyłam teraz horyzonty metalowe, bo wcześniej nie miałam okazji posłuchać. Bardzo dziękuję!
No a teraz zabieramy się za Lexi (if ya know what I mean)
Biec z Ozzy'm przez środek drogi! To musiało być widowiskowe zdarzenie.
Blada jak śnieg dupa Nikki'ego wystawiona przez tylną szybę to jest tak kwintesencja rockowego humoru, że mam ochotę tarzać się po podłodze ze śmiechu :D
AAA STEVEN
Podobają mi się te epitety - mistrz podrywu, władca szalików Steven Tyler - to jest taki typowy ON <3 kooocham Stevena. I jeszcze ma takie dobre serduszko, że zawiezie Ozzy'ego na koncert! No żyć nie umierać z takim chłopem u boku!
Czekam na kolejne <3
Ciekawe co tam u Kirk'a... :D
Lots of love,
Reverie.
Od razu powiem, że rozdział miał wyjść nieco dłuższy, ale musiałam go odrobinę skrucić, ze względu na to, że mam rozpisane kilka fragmentów do przodu i później kolejny rozdział byłby za krótki, ale cieszę się, że się fajnie czytało :D
UsuńZ tym "O rajuśku" to wiem, że gdzieś słyszałam ten tekst, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie XD wydaje mi się, że w jakimś filmie/serialu ktoś tak mówił XD na pewno Myszka Miki XD ale chyba ktoś jeszcze XD
No, Lexi to by z całą pewnością rozpętała piekło XD
Pan McLeish będzie niestety jeszcze trochę uprzykszał i komplikował życie naszych bohaterów.
Venom to świetny zespół :D po prostu musiał się tutaj pojawić, bo jestem pewna, że jak bym ich nie dała to by w nocy wyszli z plakatu nad moim łóżkiem i mnie dorwali XDDD już teraz się jakoś tak złowrogo patrzą XD
No, taki Steven to skarb <3
A na koniec taka ciekawostka XD cały fragment dotyczący Lexi był pierwszym fragmentem tego opowiadania jaki kiedykolwiek powstał. Napisałam go kiedyś jako taką po prostu niezależną scenkę XD No i popatrz jak się to dalej rozwinęło XD w sumie fragment o Lotti też był jednym z takich fragmentów pisanych pod wpływem chwili :D
A Kirk już w kolejnym rozdziale się pojawi :D
Dzięki wielkie za komentarz :***
Pozdrowionka i uściski <3
Lady Stardust
Ale czaaad! Pierwszy fragment? <3 Zarąbisty!
Usuń